Ewa Formella - Jutra nie będzie

Wyświetl całość
Okładka Ewa Formella Jutra nie bedzie
Jutra nie będzie

ROZDZIAŁ 1

Tego roku czerwiec był wyjątkowo upalny. Pod koniec miesiąca, kiedy zaczął się już okres urlopowy, plaże były zapełnione turystami, ale jej nie przeszkadzał ten tłok. Idąc wolno w stronę molo, myślała o swoim życiu, które nie było przecież takie złe. Ile jest kobiet na świecie, które marzą o takim właśnie życiu. Ale ona nie marzyła. Ona cały czas oczekiwała od życia czegoś więcej. Egoistyczne pragnienie własnego szczęścia, wkrótce skończy się mrzonką. Czego oczekiwała? Chyba sama nie potrafiła tego zrozumieć.

Otworzyła torebkę i spojrzała na kupioną kilkanaście minut temu butelkę whisky Jack’a Daniels’a. Dotknęła jej i uśmiechnęła się. To będzie efektowne pożegnanie. Rozstanie się            

z wszystkimi tak jak chce i nikt jej tego nie zabroni. Idąc wolnym krokiem w stronę molo, ciekawie spoglądała na bawiące się na plaży dzieci. Chłodna woda Bałtyku delikatnie pieściła jej stopy. W powietrzu unosił się zapach olejku do opalania, glonów i potu. Widok molo zbliżał się. Oczami wyobraźni widziała siebie siedzącą na wilgotnych deskach, z nogami opuszczonymi w dół, a przed sobą widok błękitnego morza.

Po raz kolejny otworzyła torebkę i wyjęła z niej fotografię. Spojrzała na zdjęcie i dotknęła palcem twarzy mężczyzny, potem twarzy małego chłopca o jasnych, kręconych włosach. Na końcu pogłaskała kciukiem twarz dziewczynki z cienkimi blond warkoczami.

- Jak one są podobne do ojca - pomyślała i schowała fotografię z powrotem do torebki.

Nad głową usłyszała krzyk mewy. Popatrzyła w górę i odprowadziła ptaka wzrokiem tak daleko, aż zniknął z jej pola widzenia. Słońce wolno zaczęło zbliżać się do granicy nieba z morzem, przybierając kolor dojrzałego pomidora.

- Jutro znów będzie upalnie - pomyślała. - „Kiedy słońce krwawo wschodzi, w marynarzu bojaźń rodzi, kiedy czerwień o zachodzie, wie marynarz o pogodzie”- przypomniała sobie słowa, które kiedyś usłyszała od starego rybaka.

Plażowicze powolutku zaczęli opuszczać miejsce całodziennego pobytu. Coraz mniej osób uporczywie korzystało z ostatnich promieni słońca. Z czarnej torebki, którą miała przewieszoną przez ramię, zaczęła dobiegać melodyjka telefonu komórkowego. Spojrzała na numer i zignorowała połączenie. Wcisnęła czerwony przycisk wyłączający telefon i schowała aparat do kieszeni spodni.

Nareszcie molo. Dotarcie do niego plażą, zajęło jej ponad trzy godziny, ale warto było podjąć ten wysiłek. Taki długi spacer był jej potrzebny. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy podjęła decyzję i przygotowała się, tak jak wcześniej to zaplanowała. Idąc po deskach molo, obserwowała ludzi siedzących na ławkach. Nieliczni, którzy jeszcze pozostali, delektowali się ostatnimi promieniami letniego słońca.

Szła, wolno stawiając kroki. Czuła się szczęśliwa. Przed oczami przesunęło się jej całe trzydziestokilkuletnie życie. Uśmiechnęła się do swoich wspomnień z dzieciństwa, z lat szalonego okresu studenckiego i swojego małżeństwa z Igorem.

Na końcu pomostu było już prawie pusto. Nieliczni, którzy jeszcze tak jak ona przebywali tutaj, to głównie zakochani chcący spędzić romantyczne chwile przy blasku zachodzącego słońca i szumu fal.

Usiadła na skraju mola i spojrzała na rozciągający się przed nią widok. Biała piana kołysząca się na falach i spokojny szum wody, delikatnie pieściły jej zmysły.

- Tu nie wolno siedzieć! - Usłyszała nad sobą ciepły, męski głos.

Odwróciła się i popatrzyła na stojącego za nią mężczyznę.

- Wiem. Przepraszam, ale ja tylko tak na chwilkę - przesłała mężczyźnie, jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. - Tu jest tak cudownie, nie robię przecież nic złego.

- To nie chodzi o to, że pani robi coś złego, ale chodzi o pani bezpieczeństwo! - Mężczyzna odpowiedział, wyraźnie zaniepokojony jej zachowaniem.

- Proszę się nie martwić, posiedzę kilka minut i odejdę - zapewniła nieznajomego pewnym głosem. - Poza tym bardzo dobrze pływam…, gdybym niechcący wpadła do wody.

- No dobrze, ale niech pani na siebie uważa, bo siedzenie na deskach, na takim skraju jest ryzykowne. Ufam pani i żegnam. Życzę miłego wieczoru.

To powiedziawszy mężczyzna ukłonił się jak dżentelmen i odszedł. Patrzyła za nim jak odchodzi wolnym i spokojnym krokiem.

- Jak to miło, że ktoś obcy się o mnie martwi - pomyślała. - Ale nie chcę, aby się o mnie martwili. To moje życie i sama mam zamiar o nim decydować. Nie mogę pozwolić, aby moi najbliżsi żyli w poczuciu bezradności.

Wyciągnęła z torebki butelkę whisky i upiła duży łyk. Rozejrzała się dookoła            

i sprawdziła czy ktoś jej nie obserwuje. Zadowolona z tego, że pozostali na molo spacerowicze są zajęci wyłącznie sobą, upiła kolejny.

- Cudownie patrzeć na tę wolność wody, płynie sobie jak chce i nie ma żadnych problemów - powiedziała sama do siebie.

Upiła następny łyk i otwierając po raz kolejny torebkę wyjęła małą buteleczkę z tabletkami.

- „Oxazepam” - przeczytała napis na buteleczce. - Pani doktor powiedziała, że mi pomogą - uśmiechnęła się do siebie. - Nie zdawała sobie chyba nawet sprawy z tego, jak bardzo pomogą. Wysypała na rękę wszystkie tabletki, spojrzała na nie i po raz kolejny uśmiechnęła się. Włożyła do ust całą zawartość, jaka znajdowała się na jej dłoni i szybko popiła bursztynowym płynem z butelki.

- Ciekawe, kiedy zacznie działać? - Pomyślała i upiła kolejny łyk.

Siedziała delektując się szumem morza            

i malowniczym szarobłękitem nieba. Popatrzyła na zakupioną i opróżnioną już prawie do połowy butelkę i poczuła, że alkohol w towarzystwie leków pomalutku zaczyna działać. W jej głowie myśli uruchomiły taniec, połączenia napoju i tabletek.

Zaczęły się zawroty głowy, ale morze nadal wyglądało zjawiskowo. Nad głową usłyszała krzyk mewy. Zerknęła na ptaka, który chwilę krążył nad nią, a następnie zaczął oddalać się w stronę horyzontu. Na deskach molo, około dwóch metrów od niej usiadła rybitwa i przyglądała się jej z zaciekawieniem.

- Cześć mała? Chcesz trochę? Podzielę się z tobą, ale ptaszki chyba nie piją whisky? - Powiedziała do ptaka, który patrzył na nią tak jakby chciał jej odpowiedzieć.

Upiła kolejny łyk i krzyknęła:

- Na zdrowie Lauro!

Nieliczni ludzie siedzący na ławkach popatrzyli w jej stronę, ale nikt specjalnie nie zainteresował się samotną kobietą, siedząca na brzegu mola.

ROZDZIAŁ 2

Maurycy, jak każdego wieczoru wypłynął łodzią w morze, aby w ciszy i spokoju pożeglować spokojnie przy zachodzie słońca. To było jego największą przyjemnością i rozrywką odkąd przeszedł na emeryturę. Choroba jego żony, chwilami doprowadzała go do szaleństwa, ale nie miał w sobie tyle siły, aby oddać ją do zakładu. Kochał ją cały czas tak samo jak sześćdziesiąt lat temu. Ciągle była piękna mimo wieku i mimo choroby, która zawładnęła jej ciałem i umysłem.

Przepływając wzdłuż plaży, powolutku zaczął zbliżać się w okolice mola. Latarnie romantycznie oświetlały ten kawałek „drewnianego lądu”. O tej porze niewielu już było wczasowiczów, chociaż pogoda sprzyjała spacerom. Podpływając do molo zauważył kobietę siedzącą na krawędzi drewnianego podłoża mola, jednej z wielu atrakcji tej małej, nadbałtyckiej miejscowości. Złapał lornetkę i zaczął obserwować. Kobieta wyglądała na pijaną. Rozmawiała sama ze sobą i co chwilę pociągała łyk z butelki,            

którą chowała do torebki, starając się ukryć ją przed oczami innych.

- Zwariowana turystka! - Pomyślał ze złością, ale nie potrafił oderwać od niej oczu.

Kobieta, nie zdawała sobie sprawy z tego, że ktoś ją obserwuje. Popijała „ostro” i rozmawiała z rybitwą, która odważnie przystanęła w jej pobliżu.

Młoda, piękna i najprawdopodobniej z problemem. Przekonana, że alkohol go rozwiąże. Zatrzymał łódź w miejscu, w którym doskonale widział i słyszał nieznajomą. Odłożył lornetkę i zaczął obserwować kobietę z narastającym niepokojem.

Upiła kolejny, chyba ostatni łyk i wrzuciła butelkę do wody, głośno się przy tym śmiejąc.

- Koniec! - Usłyszał dźwięczny, melodyjny głos. - Adios! Żegnaj Lauro. Jutra nie będzie. Pozostaniesz wolna!

Spróbowała wstać, ale zachwiała się. Zakryła twarz dłońmi i zaczęła głośno szlochać

- Wybaczcie mi - powiedziała. - Nie mogę wam tego zrobić, musicie żyć radosne, a nie w bezsilności i rozpaczy. Kocham was. - Wyjęła z torebki kawałek papieru, przytuliła do twarzy i schowała pod bluzką w okolicy serca.

Po tych słowach wstała i chwiejąc się wskoczyła do wody.

* * *

Powieki były ciężkie jak z ołowiu. Kiedy próbowała otworzyć oczy, wszystko wokół wirowało, a głowa była jak „zaminowana”. Każdy ruch mógł spowodować jej wybuch. Oddychanie sprawiało wielki ból, jak gdyby na klatce piersiowej ktoś położył ogromny kamień. Przełykając ślinę czuła coś w rodzaju, przyczepionych do jej gardła tysięcy rozżarzonych węgli. Leżała starając się nie otwierać oczu. Ciszę, jaka ją otaczała od jakiegoś czasu przerywał wesoły świergot wróbla.

- To niemożliwe - pomyślała. - W piekle nie ma ptaków, a na niebo sobie nie zasłużyłam.

Usłyszała odgłos otwieranych drzwi, za którym „wszedł” przyjemny zapach smażonego boczku i jajek. Poczuła mdłości. Bojąc się otworzyć oczu pomyślała, że to tyko złudzenie. Ktoś postawił coś obok niej, a zapach, jaki docierał do jej zmysłów zaczynał się niebezpiecznie zbliżać. Doświadczyła dziwnego ucisku w żołądku. Z środka brzucha coś gwałtownie chciało wydostać się na zewnątrz. Otworzyła oczy i spojrzała w stronę, z której dochodził zapach. Na stoliku obok łóżka stała taca, a na niej znajdowały się kubek z parującym kakao oraz talerz z jajecznicą i dwoma pachnącymi bułkami.

Popatrzyła w stronę, dochodzącego do niej światła i zobaczyła nad sobą opaloną twarz starszego mężczyzny.

- Obudziłaś się wreszcie - powiedział uśmiechając się do niej. - Przyniosłem ci śniadanie. Mam nadzieję, że dziś jesteś głodna. Smacznego. Wrócę za jakiś czas i zabiorę naczynia.

Mężczyzna pogłaskał ją po dłoni i wyszedł z pomieszczenia

- Jezu, gdzie ja jestem!? Przecież nie mogłam trafić do nieba za to, co zrobiłam, bo zrobiłam coś złego - pomyślała.

Rozejrzała się dookoła. Przez okno wpadały wesołe promienie słońca. Leżała w łóżku, w czystej pachnącej pościeli. Ściany pokoju były w kolorze pistacji, a na drewnianej podłodze leżał beżowobrązowy dywan. W jednym rogu znajdowała się trzydrzwiowa, stara szafa na ubrania a w drugim, toaletka z dużym lustrem. Na stoliku przy łóżku stał wazon z świeżymi daliami i talerz z pachnącą jajecznicą, kubek z parującym napojem i szklanka soku pomarańczowego, oraz butelka wody mineralnej. Na dużym wiklinowym fotelu, stojącym pod oknem leżały jakieś ubrania. Przyjrzała się im i od razu stwierdziła, że nie należą do niej. Spojrzała na siebie i dopiero teraz zauważyła, że na sobie ma zielony męski podkoszulek, pod którym nie było nic, żadnej bielizny. Zamiast majtek miała założony pampers jak            

u małego dziecka. Odruchowo pociągnęła materiał zakrywając intymne części swojego ciała i ciaśniej owinęła się lekką kołdrą, którą była przykryta.

Usiadła na łóżku i zabrała się do jedzenia. Smakowało, chociaż żołądek próbował stawiać opór i chciał zaraz wszystko oddać z powrotem. W głowie cały czas czuła wielkie kołatanie, ale narastający głód zwyciężył nad bólem głowy.

- Co jest? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Kim jest ten facet? - Próbowała odtworzyć w pamięci ostatnie chwile. - Byłam na molo, piłam whisky, bo chciałam… O nie! To nie może być prawdą! On nie mógł tego zrobić, ja przecież miałam wszystko zaplanowane do ostatniej sekundy - zakryła dłońmi twarz i rozpłakała się. - To nieprawda, to tylko moja wyobraźnia, ja nie chcę… Jutra nie ma!

Uszczypnęła się w nogę. Zabolało jak diabli. Wstała z łóżka i chwiejnym krokiem podeszła do lustra. Kobieta, która patrzyła na nią z drugiej strony wyglądała jak zombie.            

Szara na twarzy, a luźno opadające na ramiona włosy przypominały zmoczone siano. Pod lewym okiem na policzku, widniał duży fioletowy siniak, a ciemne plamy pod oczami tylko dodawały upiorności. Wróciła do łóżka, schowała głowę pod kołdrę i rozpłakała się.

Drzwi pomieszczenia otworzyły się i usłyszała głos mężczyzny, który przyniósł jej tacę z napojami i jedzeniem.

- Zjadłaś. To cudownie! - Mężczyzna odchylił kołdrę i popatrzył na nią z uśmiechem. - Cokolwiek cię dręczy obiecuję, że ci pomogę.

Usiadł na brzegu łóżka i pogłaskał jej mokry policzek.

- Masz problem, a ja mam nadzieję, że pozwolisz sobie pomóc. - Spojrzał w jej zdziwione, zielone oczy. - Może jestem stary, ale nie mogłem patrzeć na to jak skaczesz do wody. Nie mogłem pozwolić ci… domyślam się, co chciałaś zrobić… - mężczyzna ściszył głos do szeptu. - Wiem też, że dobrze zrobiłem ratując cię. Mam nadzieję, że            

opowiesz mi kiedyś o tym, co ci leży na sercu. Dotknął jej drżącej dłoni i wyszedł.

- Dlaczego?! Dlaczego?! Dlaczego?! - Krzyczała w myślach.

Położyła się w pozycji embrionalnej i zaczęła głośno szlochać. Płacz zmęczył ją tak bardzo, że zasnęła. Kiedy ponownie obudziła się pokój zalewała ciemność tylko przez okno wdzierał się delikatny blask księżyca. Firanka lekko falowała, co świadczyło o tym, że okno jest uchylone.

Usiadła na łóżku i głęboko wciągnęła świeże, nocne powietrze zmieszane z zapachem lipy i lawendy. Pomyślała o mężu i dzieciach, których zostawiła uciekając na drugi koniec Polski. Za kilka dni wrócą z wakacji i znajdą na stoliku w kuchni list, który napisała, aby uchronić ich przed cierpieniem, przed bezradnością, przed rozpaczą. Dobrze wiedziała, że Igor nie uwierzy w to, co napisała. Będzie jej szukał, ale pisząc ten list łudziła się, że nigdy jej nie odnajdzie. Wszystkie swoje dokumenty            

schowała w bankowej skrytce, aby nie można było zidentyfikować ciała. Jedyne, co miała przy sobie to nowy telefon komórkowy, ale ten po zetknięciu z wodą nie powinien dawać szansy na identyfikację człowieka. Miała także zdjęcie, które pod wpływem wody, nie powinno być czytelne.

Wstała i podeszła do okna. Otworzyła je na całą szerokość i usiadła na parapecie z myślą opuszczenia pokoju. Poczuła się jednak zbyt słaba i postanowiła poczekać, aż dojdzie do siebie i nabierze sił.

Wróciła do łóżka i wsunęła się pod kołdrę. Przytuliła twarz do poduszki i zamknęła oczy. Zasnęła.

ROZDZIAŁ 3

Zza okna dochodził dziecięcy śpiew. Dziewczynka śpiewała piosenkę znaną jej z dzieciństwa. Tę samą, którą często sama nuciła przed snem swojej małej córeczce.

- Śpij laleczko moja mała, małe oczka zmruż, ja cię będę kołysała luli, luli lu…

Laura podeszła do okna i popatrzyła w stronę dochodzącego głosu. Na ogrodowej ławeczce przed domem, siedziała mniej więcej siedmioletnia dziewczynka, trzymająca na kolanach lalkę z kręconymi, czarnymi lokami. Dziewczynka miała śniadą cerę i również czarne kręcone włosy. Różowa sukienka w groszki, ciekawie kontrastowała z jej ciemną karnacją skóry.

- Cześć! - Dziewczynka zauważyła w oknie nieznajomą i zawołała posyłając jej szczery dziecięcy uśmiech.

Laura odruchowo schowała się za firanką.

- Jestem Izabela, a ty jak się nazywasz? - Wpatrywała się w okno z nadzieją, że nieznajoma wróci. - Długo spałaś, ja nigdy nie śpię aż tak długo. Może wyjdziesz do mnie do ogrodu? - Kontynuowała wesoło szczebiocząc.

Głos dziecka dochodził do Laury jakby z bardzo daleka. Poczuła silny zawrót głowy i zobaczyła jak dłonie zaczynają jej drżeć. Szybko podeszła do łóżka i położyła się, przykrywając głowę kołdrą. Nie chciała            

słyszeć głosu dziewczynki, bo słyszała w nim wesoły głosik swojej małej córeczki Asi. Chciała zapomnieć o córce, by nie mieć wyrzutów sumienia z powodu tego, co zrobiła, a właściwie z powodu tego, co chciała zrobić.

Usłyszała skrzypnięcie drzwi i ciche kroki zbliżające się do łóżka. Ktoś postawił na stoliku tacę z jedzeniem. Odkryła kołdrę i spojrzała na stojącego przy łóżku mężczyznę. Jego wzrok był smutny i zaniepokojony. Oczy wskazywały na brak snu. Usiadł na fotelu i zaczął się jej przyglądać.

- Mam nadzieję, że zgłodniałaś - szepnął. - Od wczorajszego śniadania nic nie jadłaś. Przespałaś kolejny dzień, ale widzę, że pomalutku już stajesz na nogi. Może porozmawiasz ze mną? - Delikatny uśmiech rozjaśnił jego zmęczoną twarz. - Masz na imię Laura? Słyszałem jak do siebie mówiłaś, tam na molo.

Popatrzył głęboko w jej wystraszone oczy i odwrócił głowę w stronę okna.

- Ja jestem Maurycy. Nie jesteś moim            

jedynym problemem, ale zrobię wszystko, aby ci pomóc. Jak będziesz gotowa ze mną porozmawiać, to jestem do twojej dyspozycji, pamiętaj o tym.

Wstał i wolnym krokiem wyszedł z pokoju. Laura usiadła na łóżku i zerknęła na talerz z kanapkami. Wyglądały bardzo apetycznie. Spojrzała jeszcze raz w stronę drzwi, za którymi zniknął mężczyzna i zabrała się za jedzenie. Z ogrodu ponownie dobiegł do niej śpiew dziewczynki, tym razem wesoła piosenka o małych pieskach.

Uśmiechnęła się i kończąc posiłek postanowiła ubrać coś i wyjść z pokoju.

Wstała z łóżka i podeszła do szafy. Otworzyła ją i ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła w niej pełną garderobę kobiecą, włącznie ze swoimi ubraniami, wypranymi i wyprasowanymi. Szybko wciągnęła na siebie swoje rzeczy i wyszła z pokoju w poszukiwaniu łazienki. Znalazła ją dopiero po otwarciu trzecich drzwi. Wzięła szybki prysznic i naga usiadła na brzegu wanny.            

Spojrzała do lustra i odkryła, że jej wygląd zewnętrzny bardzo się zmienił. Brak makijażu, mokre włosy oraz siniak na policzku powodowały, że w odbiciu nie widziała siebie, tylko obcą kobietę. Szybko założyła ubranie i wyszła na słońce wysuszyć włosy. Usiadła na trawie i zaczęła kołysać się w przód i w tył.

- Cieszę się, że w końcu zdecydowałaś się opuścić pokój - usłyszała nad sobą głos Maurycego. - Słońce dobrze ci zrobi, posiedź trochę, tylko nie oddalaj się od domu. Proszę.

Nie zareagowała na jego słowa. Udała, że ich nie słyszy, ale jego ciepły głos dźwięczał jej w uszach. Nie podniosła głowy, żeby na niego popatrzeć. Nie miała ochoty z nim rozmawiać, nie mogła zrozumieć, jakim prawem wtrącił się do jej życia. Nagle poczuła wielką złość do tego obcego mężczyzny. Złość i żal, że nie pozwolił jej umrzeć teraz, kiedy była na to gotowa.

Zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się.

Siedziała dłuższą chwilę i nie mogła złapać            

oddechu. Za zamkniętymi oczami powracał obraz jej domu, męża i dzieci czytających pozostawiony przez nią list. W pewnej chwili poczuła na twarzy dotyk czegoś ciepłego i mokrego. Gwałtownie otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą ogromną, kudłatą głowę psa. Dużych rozmiarów szczeniak owczarka belgijskiego, beztrosko lizał jej mokre od łez policzki. Siedziała jak sparaliżowana. Pies usiadł naprzeciwko niej i przekrzywiając swój łeb przyglądał się jej z zaciekawieniem dysząc ciepłym oddechem prosto w jej twarz. Podniosła rękę i powoli zbliżyła ją do jego grzbietu. Pogłaskała miękkie futerko i strach stopniowo zaczął z niej uchodzić.

- Bari gdzie jesteś!? - Usłyszała dobiegający zza krzaków dziecięcy głos.

Pies odwrócił się, pomachał wesoło ogonem i nie ruszając się z miejsca wesoło szczeknął

Na trawnik wbiegła dziewczynka i mocno przytuliła się do niego. Uśmiechnęła się do Laury i wyciągnęła w jej stronę swoją małą, pulchną rączkę.

- Chodź, pokażę ci ogród.

Laura nie ruszyła się z miejsca. Przyglądała się małej zafascynowana jej urodą, odwagą i radością.

- No chodź - dziewczynka złapała ją za łokieć i próbowała podnieść. - Pokażę ci gdzie rosną najsmaczniejsze jabłka.

Wstała i jak automat poszła za małą Izabelą, radośnie podskakującą obok swojego kudłatego psa. Obeszły duże rododendrony, za którymi rosły róże we wszystkich kolorach świata. Pod rozłożystymi drzewami stały małe ławeczki. Minęły je i weszły do sadu.

- Te są niedobre, tych nie jedz - dziewczynka wskazała dłonią na jedno z drzew. - O, tu są te najsmaczniejsze - podeszła do jabłonki obwieszonej dużymi, zielono-żółtymi jabłkami. - Chcesz? - Zerwała jeden apetycznie wyglądający owoc i podała swojej towarzyszce.

Laura popatrzyła na jabłko, potem na dziewczynkę i pokręciła przecząco głową. Izabela widząc, że tamta nie ma ochoty na            

zerwany owoc sama zabrała się do jedzenia. Ugryzła duży kęs, aż sok spłynął jej po brodzie. Jadła z taką radością i z takim apetytem, że Laura postanowiła jednak spróbować. Podeszła do drzewa, wybrała duże jabłko, zerwała i przyłączyła się do Izabeli.

- Smaczne, prawda? - Dziewczynka powiedziała z pełną buzią soczystego owocu i uśmiechnęła się.

Laura kiwnęła głową i ugryzła kolejny duży kawałek.

- Dziadek powiedział, żebym cię nie męczyła, bo jesteś chora, ale ja cię chyba nie męczę? Prawda? - Spojrzała z ciekawością na swoją nową znajomą.

Kobieta pokręciła przecząco głową i nieśmiało uśmiechnęła się do dziecka.

- Dziadek powiedział, że nazywasz się Laura. Umiesz mówić tylko na razie… - dziewczynka zamyśliła się - zaraz, zaraz…, co on mi takiego powiedział? - Zmarszczyła czoło zastanawiając się nad doborem słów - ach nieważne. - Machnęła ręką i wyrzuciła            

ogryzek jabłka daleko przed siebie, na co szybko zareagował pies i zadowolony pobiegł w tym kierunku.

- Izi! Izuniu! Gdzie jesteś? Bari!

Usłyszały wołanie dobiegające od strony domu. Obie jednocześnie zerknęły w stronę dochodzącego głosu. Laura poczuła niepokój i szybko zaczęła oddalać się w głąb sadu. Dziewczynka zdziwiona spojrzała za oddalającą się kobietą. Nie przejmując się wołaniem podbiegła do niej i złapała ją za rękę.

- Nie bój się, to moja mama.

Przytrzymała mocniej dłoń kobiety i zawołała:

- Mamusiu jesteśmy w sadzie - pociągnęła Laurę w stronę domu mocno ściskając jej rękę. Mała, ciepła dłoń dziecka dokonała cudu, pozwoliła poczuć spokój i bezpieczeństwo. Laura nie potrafiła oprzeć się swojej małej towarzyszce.

Na progu domu stała młoda kobieta, mniej więcej w tym samym wieku, co ona.            

Elegancka, błękitna garsonka podkreślała jej urodę. Ich oczy spotkały się i kobieta uśmiechnęła się na widok córki w towarzystwie Laury.

- Dzień dobry. Jestem Daniela, mama Izabeli - podała swoją szczupłą, wypielęgnowaną dłoń.

Laura stała jak zahipnotyzowana i nie zareagowała na powitanie kobiety. W pewnej chwili wyrwała swoją dłoń z małej rączki dziewczynki i wbiegła do domu uciekając do „swojego” pokoju. Zatrzasnęła drzwi i usiadła na łóżku. Cała się trzęsła, a do oczu napłynęły jej łzy.

- Musi opuścić ten dom. Jak najszybciej. Nie chce żyć patrząc na czyjeś szczęście, kiedy sama nie może go zaznać. Po co oni się nią zajęli? Jakim prawem ingerują w jej prywatność? To jej życie, więc niech zostawią ją wszyscy w spokoju - myśli huczały w jej obolałej głowie.

Siedząc na łóżku, z twarzą ukrytą w dłoniach nie zauważyła, że matka Izabeli            

weszła za nią do pokoju. Kiedy poczuła zapach perfum, zaniepokoiła się i spojrzała w stronę okna. Kobieta stała oparta o parapet i przyglądała się jej. Laura odwróciła głowę i zaczęła tępym wzrokiem wpatrywać się w kwiaty umieszczone w wazonie.

- Wiem, że jesteś chora. Czy dlatego chciałaś odejść? - Ciepły, spokojny głos brzmiał jak kołysanka na dobranoc. - Zrobiliśmy ci podstawowe badania. Krew, mocz, prześwietlenie klatki piersiowej oraz EKG. Kilka dni byłaś w śpiączce, ale na szczęście wróciłaś do nas. - Kobieta, mówiła do niej cichym tonem wolno dobierając słowa. - Z badań wynika, że… - przerwała na chwilę i zamyśliła się - masz jakiś stan zapalny. Prędzej czy później dojdziemy do tego, ale szybciej będzie jak nam pomożesz i powiesz...

- Oponiak - Laura powiedziała tak cicho, że ledwo sama siebie usłyszała.

- Oponiak, czego? - Zapytała Daniela siadając obok niej na łóżku.

- Mózgu.

Kobieta głęboko wciągnęła powietrze i objęła Laurę, swoimi delikatnymi ramionami.

- Ale… oponiaki są zazwyczaj łagodne, łatwe do zoperowania - szepnęła.

- Ten nie. Zdarza się jeden na tysiąc taki, który niszczy życie. Ten wybrał moje. - Laura mówiła drżącym głosem. - Od dwóch lat rośnie w przyspieszonym tempie - po policzku spłynęła jej łza i kapnęła na złożone jak do modlitwy dłonie. - Mój ojciec na to zmarł.

- Jestem lekarzem. Wprawdzie tylko pediatrą, ale mam wielu przyjaciół w branży medycznej. Pomogę ci. Może nie wszystko stracone. Jutro zawiozę cię do szpitala i zrobimy dokładne badania.

- Nie będzie żadnego jutra! - Krzyknęła i wyrwała się z ramion kobiety.

Wybiegła z pokoju, na korytarzu mijając zaskoczonego Maurycego. Opuściła budynek i zaczęła biec prosto, nie oglądając się za siebie. Biegła tak długo, aż nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa, a silny ból            

w klatce piersiowej próbował rozerwać ją na drobne kawałki. Poczuła zapach morza. Dobiegła do plaży, położyła się na piasku twarzą do ziemi i zaczęła głośno szlochać. Piasek wpadał jej do ust, ale nie zwracała na to uwagi. Nieco uspokojona usiadła i zaczęła wpatrywać się w horyzont.

- Gdyby nie ten cholerny facet nie przeżywałabym tego wszystkiego na nowo. Gdyby nie ten zwariowany staruch, byłabym już wolna.

Rozejrzała się dookoła. Plaża, na której się znalazła była prawie pusta. Od ulicy oddzielała ją szeroka wydma porośnięta skąpą roślinnością. Na wodzie spokojnie przepływały małe jachty, jeden za drugim jak kaczęta za mamą kaczką.

- Pewnie w pobliżu jest jacht klub i dzieciaki uczące się żeglowania - pomyślała ocierając dłonią, mokry od łez policzek. - Nie wróci do tamtego domu, ale na trzeźwo nie będzie mogła powtórzyć tego, czego nie pozwolił jej skończyć ten Maurycy.

Położyła się na plecach i zamknęła oczy. Rytmiczny szum fal uderzających o brzeg powoli uspokajał jej rozkołatane myśli.


ROZDZIAŁ 4

Spokojny szmer morskich fal, towarzyszący lekkim powiewom wiatru delikatnie pieszczący jej twarz spowodował, że powieki same opadły i zasnęła..

Obudziły ją dziwne hałasy. Otworzyła oczy i uzmysłowiła sobie, że przespała prawie cały dzień. Słońce było już bardzo nisko, a pomarańczowe niebo wyraźnie wskazywało na godziny późno popołudniowe. Może nawet wieczorne. Z powodu braku zegarka, nie była w stanie stwierdzić, która jest godzina

Hałasy, które ją obudziły dochodziły z bardzo bliskiej odległości. Usiadła na piasku i spojrzała w stronę, z której słychać było liczne głosy.

Na plaży w odległości około dziesięciu metrów od niej, siedziała grupa młodych mężczyzn popijających piwo.

W pewnej chwili, jeden z nich odwrócił się i zawołał:

- Witaj śpiąca królewno, może przyłączysz się do nas?

Reszta towarzystwa zawtórowała głośnym śmiechem. Mężczyzna wstał i chwiejnym krokiem zaczął zbliżać się do Laury. Poczuła strach, ale jej ciało było jak sparaliżowane. Nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Usiadł obok niej na piasku i szorstką dłonią pogłaskał jej policzek.

- Może się trochę zabawimy, królowo? - Zbliżył twarz do jej policzka i usiłował pocałować usta.

Odepchnęła go. Mężczyzna w odwecie mocno złapał ją za nadgarstek i uśmiechnął się ukazując rząd zepsutych zębów.

- Nie broń się królowo, przecież lubisz się tak zabawić? - Przysunął się do niej i wyszeptał.

Poczuła jego odrażający, kwaśny oddech.

- Puść mnie. Proszę - powiedziała błagalnym tonem, wpatrując się w jego            

przekrwione od alkoholu oczy.

- No, co ty? Będę grzeczny jak aniołek. Zabawimy się trochę i ja znikam. Ty pójdziesz w swoją stronę chyba, że… - mężczyzna spojrzał w kierunku swoich kompanów - któryś z moich kumpli, też będzie chciał się z tobą trochę pobawić.

- Nie! - Krzyknęła i spróbowała wyrwać się z mocnego uścisku nieznajomego.

- Królowo, przecież to jest takie miłe.

Wsadził dłoń między jej nogi i niebezpiecznie zbliżył się do wystraszonej twarzy.

- Nieeee!

Zaczęła się szarpać i wyrywać jak ryba złapana na haczyk. Krzyczała, lecz on nie reagował i dotykał jej ciała w każdym miejscu upokarzając ją na oczach swoich kumpli. Mimo tego, że strach paraliżował jej wszystkie zmysły słyszała dochodzący śmiech współtowarzyszy swojego napastnika. W pewnej chwili mężczyzna znieruchomiał, a jego uścisk wyraźnie zelżał. Śmiech            

dochodzący z boku ucichł, i zamiast niego dotarł do niej inny niezidentyfikowany jeszcze odgłos. Spojrzała na leżącego na niej mężczyznę i zobaczyła w jego oczach strach większy od jej upokorzenia. Nad jego sylwetką usłyszała coś w rodzaju warkotu silnika motocyklowego. Mężczyzna

puścił ją, wstał i szybkim krokiem oddalił się, dobiegając do swoich kompanów opuszczających w pośpiechu plażę.

Laura usiadła i szybkimi ruchami zaczęła poprawiać ubranie. Warkot ucichł. Podniosła głowę i zobaczyła stojącego nad nią innego mężczyznę, a przy nim dwa spokojnie siedzące rotwailery. Na widok psów ponownie poczuła strach.

- Proszę się nie obawiać. Pani one nie zrobią nic złego - jej wybawiciel uśmiechnął się i podał dłoń, aby pomóc jej wstać. - Odprowadzę panią do domu, żeby już nie było takich spotkań jak to tutaj.

- Nie! Dziękuję, poradzę sobie - pragnęła delikatnie pozbyć się swojego wybawcy.            

- Mieszkam niedaleko, pójdę sama. Bardzo dziękuję panu za pomoc, ale dalej już sobie naprawdę poradzę.

Popatrzyła na psy, uśmiechnęła się i skierowała w stronę wyjścia z plaży. Mężczyzna stał nie ruszając się z miejsca i spoglądał na oddalającą się chwiejnym krokiem kobietę. Czuł, że coś jest z nią nie tak, ale nie chciał się jej narzucać. Ciekawość jednak zwyciężyła i postanowił pójść za nią, aby sprawdzić, dokąd pójdzie. Odczekał dłuższą chwilę, zapiął psy na smyczach i wolnym krokiem poszedł za kobietą.

Szła ulicą nie oglądając się za siebie. Starał się iść na tyle daleko, aby nie zorientowała się, że ją śledzi. Kobieta doszła do parku i zatrzymała się. Rozejrzała się wokół i podeszła do jednej z pustych ławek. Usiadła na niej i zakryła twarz dłońmi. Z ruchów jej ciała domyślił się, że płacze. Miał wielką ochotę podejść do niej, ale obawiał się, że może go uznać za intruza. Patrzył jak szlocha i nie miał odwagi jej pomóc. Odpiął psy            

ze smyczy żeby swobodnie pobiegały a sam ukrył się za dużym rododendronem. Nie chciał, aby go zauważyła. Stał jednak na tyle blisko niej, że słyszał jej szloch. W pewnej chwili do ławki podeszło dwoje ludzi. Usiedli obok niej. Starszy mężczyzna objął ją ramieniem, a kobieta powiedziała z ulgą w głosie:

- Nareszcie cię znaleźliśmy, szukamy cię cały dzień. Dziadek już myślał, że znowu…

- Cicho, Danielo! Nie mów teraz o tym - starszy pan z niepokojem popatrzył na swoją towarzyszkę. - Chodź Lauro, pójdziemy do domu - szepnął i ujął płaczącą kobietę pod ramię.

Pomógł jej wstać z ławki i odeszli w stronę zachodniej dzielnicy.


ROZDZIAŁ 5

Laura obudziła się z uczuciem dziwnego spokoju. Próbowała przypomnieć sobie, co się wydarzyło od jej przyjazdu na Wybrzeże, ale wszystko było jak rozmazana plama na            

płótnie. Czuła w pokoju dziwny zapach. Przyjemny, przypominający jej Igora. Na myśl o swoim mężu ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Słyszała delikatny oddech kogoś, kto siedział obok jej łóżka. Otworzyła oczy z nadzieją, że Maurycy przyniósł coś do zjedzenia. Ssanie w żołądku stawało się bardzo dokuczliwe.

Na fotelu siedział mężczyzna o ciemnej, wręcz czekoladowej karnacji i wpatrywał się w nią dużymi błyszczącymi oczami. Widząc, że otworzyła swoje uśmiechnął się do niej.

- Jezu a to, co znowu? - Pomyślała, nie spuszczając wzroku z twarzy mężczyzny. - Ten tu chyba z samego piekła się dostał i chce mnie zabrać ze sobą

- Witaj Lauro - gość odezwał się spokojnym głosem nie ukrywając zadowolenia z powodu jej pobudki.

- Dzień… dobry - wydukała jak uczennica na egzaminie, do którego się niezbyt starannie przygotowała.

- Jestem Oswald, przyjaciel Danieli - wziął głęboki oddech i kontynuował dalej. - Jestem            

psychologiem a Daniela jest przekonana, że mogę ci pomóc. Chciałbym abyś ze mną porozmawiała. Wiem, co próbowałaś zrobić i domyślam się powodu. Daniela postawiła na nogi całą naszą klinikę i wszyscy zgodnie postanowiliśmy zaopiekować się tobą.

- A ja? Czy mam coś do powiedzenia w tej sprawie!? - Laura krzyknęła oburzonym tonem. - Ktoś chce decydować o moim „być albo nie być”, ale zapomniał mnie spytać o zgodę! Może ja nie chcę niczyjej pomocy? - Zawołała odważnie wpatrując się w duże, czarne oczy mężczyzny.

- Jak jest na świecie ktoś, kogo kochasz na przykład mąż czy dzieci, to podejmiesz walkę o… „być albo nie być” - głos jej rozmówcy wciąż był bardzo spokojny. - Pozwól sobie pomóc, przecież nic nie ryzykujesz, a możesz jedynie zyskać.

- Za późno. Już i tak wszystko stracone. Nie chcę tego wszystkiego przechodzić od nowa - Laura zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się. - Zostawcie mnie! Proszę!

Mężczyzna delikatnie dotknął jej dłoni. Położył coś na łóżku i wyszedł z pokoju. Kiedy usłyszała odgłos zamykanych drzwi, odsłoniła twarz i spojrzała na kołdrę. Zobaczyła zdjęcie Igora i dzieci, które miała przy sobie w tamtym dniu. Było pogniecione i nosiło wyraźne ślady wody. Jednak ich oczy tak samo uśmiechały się do niej jak w dniu, w którym je zrobiła.

Wakacje w Hiszpanii. Pierwszy ich wspólny wyjazd po długich latach małżeństwa. Igor dostał awans w pracy i sporą podwyżkę. Wykupił dwutygodniowy pobyt dla nich na Costa Brava robiąc im jednocześnie miłą niespodziankę. To były cudowne wakacje. Byli tak szczęśliwi, że nie myślała wtedy o chorobie, która już dawała pierwsze oznaki. Atrakcyjny krajobraz Costa Brava obfitujący w skalne urwiska i zatoki był czymś tak pięknym i egzotycznym zarazem, że nie mieli ochoty stamtąd wyjeżdżać. Zdjęcie zrobiła im na plaży, kiedy dzieci wesoło pluskały się razem z ojcem pośród fal Morza Śródziemnego.

Teraz też są na takich wakacjach. Nie w Hiszpanii, ale w Chorwacji. Zanim wyjechała na Wybrzeże otrzymała od nich pocztówkę z pozdrowieniami.

Wszystko zaplanowała do ostatniej minuty. Zorganizowała im wyjazd w trójkę zasłaniając się brakiem możliwości otrzymania urlopu w tym samym czasie, co Igor. Obiecała, że na następny wyjazd zrobi wszystko, aby pojechać razem z nimi. Te dziesięć dni bez niej miały być ich wakacjami. Żadne z nich nie spodziewało się, że po powrocie nie zastanie jej w domu, że zamiast niej czekał będzie na nich pożegnalny list.

Musiała tak postąpić. Strach przed ich cierpieniem był większy od strachu przed śmiercią. Miała nadzieję, że nigdy nie dowiedzą się prawdy o tym, co zrobiła. Napisała, że odeszła z innym mężczyzną, którego pokochała. Dla niego była w stanie poświęcić rodzinę. Taka „prawda” była zawsze łatwiejsza do przyjęcia niż prawda o śmiertelnej chorobie i chwilach            

spędzonych w bólu bezradności nad jej cierpieniem fizycznym.

Cokolwiek się stanie ona i tak umrze. Cokolwiek postanowią ci obcy ludzie, którzy próbują ją odwieźć od tej myśli ona skróci ten czas oczekiwania na to „ich jutro”. Musi tylko zdobyć trochę pieniędzy na zakup kolejnej butelki alkoholu, bo bez niej nie ma na tyle odwagi, aby skończyć swoje cierpienia.

Nie będzie żyła w bólu przez kilka następnych miesięcy, czy nawet lat. Nie zniesie już tego więcej. Tabletki tylko uzależniają a kolejna seria tabletek przeciwbólowych tylko pogorszy jej stan żołądka na tyle, że w końcu nie będzie mogła nawet jeść. I po co to wszystko?

- Dziadek powiedział, że masz przyjść do kuchni coś zjeść. - Od strony okna doleciał do niej wesoły głos Izabeli i gwałtownie przerwał myśli zaprzątające jej umysł.

Popatrzyła w stronę okna i zobaczyła nad parapetem radosną twarz dziewczynki. Małe rączki silnie przytrzymywały się parapetu.

- Muszę lecieć. Chodź zaraz, bo dziadek będzie się niepokoił. To na razie, pa! - Dziewczynka zeskoczyła z ławki, na której stała, pomachała wesoło i pobiegła w stronę ogrodu.

- Tatuś! - Laura usłyszała oddalający się głos Izabeli. - Przyjechałeś do babci czy do mnie? - Dziecko z zainteresowaniem zapytało kogoś, kto właśnie wyszedł z budynku.

- I do ciebie, i do babci, i do Laury - znajomy głos mężczyzny, który zaledwie kilka minut temu opuścił pokój odpowiedział na pytanie dziewczynki.

Zaczęli się oddalać. Najwidoczniej oboje postanowili przejść w głąb ogrodu. Laura wstała, spojrzała do lustra i poprawiła włosy. Wyszła na korytarz. Zapamiętała już gdzie jest łazienka, ale nie znała jeszcze drogi do kuchni. Po obu stronach korytarza znajdowało się tyle drzwi, że stanęła zagubiona i zaczęła zastanawiać się, w którym kierunku iść. Minęła drzwi, które otwierała już wcześniej, szukając łazienki i postanowiła tym razem            

spróbować po drugiej stronie. Otworzyła jedne drzwi i pierwsze, co zobaczyła, to stojące na środku pokoju duże, drewniane łóżko rehabilitacyjne. Szybko postanowiła zamknąć drzwi, lecz z głębi pokoju dobiegł do niej zaniepokojony kobiecy głos.

- No nareszcie jesteś, ile mam na ciebie czekać!

Weszła do środka cichutko zamykając za sobą. Podeszła do łóżka i zobaczyła około osiemdziesięcioletnią kobietę, która w pozycji pół siedzącej wpatrywała się w nią.

- Gdzieżeś ty była Ireno tak długo? Żarty sobie ze mnie robisz, czy co? Każesz na siebie czekać jak na jakąś księżniczkę.

- Ja nie jestem Irena - Laura podeszła bliżej chcąc wyprowadzić starszą panią z błędu.

- Co ty tam mamroczesz pod nosem? Zapomniałaś już, że nie słyszę tak dobrze jak ty? - Kobieta zawołała z irytacją i niezadowoleniem w głosie.

Laura podeszła do niej i nachyliła się nad            

leżącą. Była wystraszona i jednocześnie zaskoczona. Mimo swoich leciwych lat kobieta wciąż była piękna. Siwe, kręcone włosy ładnie układały się wokół jej twarzy a duże niebieskie oczy wcale nie straciły swojego blasku mimo upływu lat. Wyglądała na pogodną staruszkę i ton, jakim przywitała Laurę wcale do niej nie pasował.

- Jestem Laura. Pani mnie z kimś pomyliła - powiedziała wolno wymawiając każde słowo.

Kobieta spojrzała na nią i uśmiechnęła się.

- Pewnie jesteś koleżanką Danieli?

- Tak jakby.

- Pracujesz w tym samym zwariowanym szpitalu, co ona?

- Nie.

- Nie? - Kobieta zrobiła zdziwiona minę. - Myślałam, że ona nie ma koleżanek oprócz tych, które pracują razem z nią. A ty skąd się tu wzięłaś?

- Przyjechałam…- Głos Laury zadrżał i nie wiedziała, co ma starszej pani odpowiedzieć. - Przyjechałam na wakacje - wymyśliła            

szybko zaspokajając ciekawość swojej rozmówczyni.

- To dobrze, u nas na pewno ci się spodoba. Będziesz mnie odwiedzała? - Kobieta z ciekawością przyglądała się nowo poznanej osobie. - Na długo przyjechałaś?

- Na kilka dni. Przepraszam, ale muszę już iść, wpadnę do pani wieczorem. - to powiedziawszy Laura zaczęła delikatnie wycofywać się w stronę wyjścia.

W pewnym momencie usłyszała jak drzwi się otwierają i doleciał do niej znajomy głos, wchodzącego do pokoju Maurycego.

- O tu jesteś? Wszędzie cię szukałem - zwrócił się do Laury i minąwszy ją podszedł do stojącego przy łóżku stolika, stawiając na nim tacę z jedzeniem i kubek herbaty.

- Widzę Marianno, że poznałaś już naszego gościa? Laura jest…

- Koleżanką Danieli, już mi powiedziała! - Zdenerwowany głos starszej pani przerwał Maurycemu w pół zdania.

- Dlaczego jesteś nie w humorze moja            

duszko? Ja do ciebie jak do anioła a ty do mnie z „widłami” - Maurycy nie tracąc dobrego samopoczucia nachylił się nad kobietą i czule pocałował ją w czoło.

- Irena nie przyszła a ja na nią czekam od samego rana. Głodna już jestem!

- Właśnie przyniosłem jedzenie i zaraz razem je zjemy. Gdybym wiedział, że Laura jest tutaj to i dla niej też bym przyniósł.

- Dobrze, dobrze nie gadaj tyle tylko daj mi wreszcie coś. Żołądek mi się wywraca i zaraz umrę z głodu.

- Dla ciebie wszystko, moja kochana - uśmiechnął się i podał jej talerz z kolorowymi kanapkami pokrojonymi na małe kawałki, na których leżała bardzo apetycznie wyglądająca szynka, pomidor, ogórek i szczypiorek.

Laura przełknęła ślinę na widok jedzenia i poczuła silny ucisk w żołądku. Postanowiła jednak nie pokazać po sobie jak bardzo jest głodna.

- Nie będę państwu przeszkadzać. Pójdę do            

ogrodu.

- Dobrze idź, ale zaraz przyjdź do kuchni i zjedz coś, bo od wczoraj rana nie miałaś chyba nic w ustach. Wiesz gdzie jest kuchnia? - Maurycy popatrzył na nią troskliwie. - Trzecie drzwi po prawej licząc od pokoju Marianny.

- Dziękuje panu - uśmiechnęła się. - Znajdę na pewno. Do zobaczenia pani Marianno - kiwnęła głową w stronę żony Maurycego i wyszła z pokoju.

W kuchni przy stole siedziało kilka osób. Oprócz Izabeli i jej matki oraz czarnoskórego Oswalda, znajdowały się jeszcze dwie kobiety i mężczyzna.

- Chodź, siadaj. Czekamy na ciebie - Daniela gestem wskazała Laurze krzesło obok siebie.

- Dzień dobry - Laura spojrzała na osoby i delikatnie zaczerwieniła się.

Podeszła do stołu i nalała do kubka mrożonej herbaty z cytryną.

- Pozwól, że ci przedstawię moich            

przyjaciół. Oswalda już znasz, a to jest Inga, to jest Barbara, a to jest Alvaro. - Daniela przedstawiła kolejno każdą osobę. - Inge i Alvaro są Szwedami - nabrała powietrza i popatrzyła na nich koleżeńskim wzrokiem. Współdziałamy razem i chcielibyśmy, żebyś i ty z nami współpracowała.

Spojrzała na Laurę i wesoło mrugnęła do niej okiem.

- Nie potrzebuję pomocy - Laura odburknęła i nie zwracając uwagi na przedstawione jej osoby zabrała się za jedzenie kanapki.

- Ależ Lauro, dlaczego nas tak traktujesz? Nie zrobiliśmy ci nic złego. Wręcz przeciwnie chcemy abyś była szczęśliwa - usłyszała gruby, chrypliwy głos Alvara.

- Jestem szczęśliwa i nie potrzebuję żadnej litości ani pomocy. Nie zrobicie ze mnie królika doświadczalnego, żeby przysporzyć sobie chwały medycznej. Nie prosiłam nikogo o pomoc, więc może tak z łaski swojej wreszcie odczepicie się ode mnie.

Położyła na talerzyku dwie kanapki, zabrała kubek z herbatą i wyszła z kuchni. Usiadła na ławce w ogrodzie i ze łzami w oczach zaczęła jeść. Z jednej strony chciała żyć i znów spotkać dzieci i Igora, a z drugiej bała się tego, co może nastąpić, gdy choroba zacznie się nasilać. Poczuła zawrót głowy i odruchowo spojrzała w stronę drzwi wyjściowych. Na schodach siedziała kobieta, z krótko przystrzyżonymi jasnymi włosami i spokojnie paląc papierosa spoglądała w stronę ławki. Laura odruchowo odwróciła głowę i zaczęła wodzić wzrokiem za motylami beztrosko fruwającym nad klombem z kwiatami.

- Mogę usiąść? - Usłyszała głos kobiety.

Skinęła potakująco głową udając całkowity brak zainteresowania dalszym ciągiem rozmowy.

- Nasza klinika jest prywatną, ale często zajmujemy się również osobami takimi jak ty - Inga nie czekając na zaproszenie do rozmowy zaczęła mówić głosem kojarzącym            

się Laurze z szumem wiatru. - Nasz personel, to w większości młodzi ludzie z całego świata, którym udało się ukończyć najlepsze wyższe uczelnie medyczne - kontynuowała nie zważając na to czy jej towarzyszka słucha. - Wśród nas jest dwoje Hindusów, dwoje Szwedów to ja i Alvaro, Czeszka, troje Polaków, jeden Kubańczyk i troje Amerykanów. Każdy z nas jest specjalistą w innej dziedzinie. Jesteśmy dobrzy w tym, co robimy. Zajmujemy się tym, co kochamy - popatrzyła na Laurę i nie zważając na brak jakiejkolwiek reakcji na swoje słowa mówiła dalej. - W trudnych przypadkach sprowadzamy do kliniki naszych starszych kolegów, często naszych profesorów, ludzi znanych i cenionych w świecie. To, że chcemy ci pomóc nie jest zamiarem spełnienia chorych ambicji, to chęć zobaczenia na twoich ustach uśmiechu radości, kiedy ponownie spotkasz swoje dzieci.

Laura zaskoczona popatrzyła na Inge.

- Widziałam zdjęcie, jakie Maurycy znalazł            

przy tobie. - Delikatnie dotknęła dłoni Laury i otarła z jej policzka spływające jedna po drugiej łzy.- Jeżeli się zgodzisz, jutro Oswald zawiezie cię do kliniki i zabierzemy się za ciebie - uśmiechnęła się zachęcająco. - Powiadomiliśmy już naszego profesora, doktora Magnusa Herberta Thunberga. Jest neurochirurgiem operującym na całym świecie. Obiecał nam, że przyjedzie jak tylko zajdzie taka potrzeba.

Laura przytuliła się do kobiety i rozpłakała, nie zważając na to, że jej mokre policzki pozostawiają na bluzce Inge brzydkie ślady.

- Ja nie wierzę w jutro? - Powiedziała głośno szlochając, ale nie odsunęła się od ramienia lekarki. - Poza tym, ja nie mam pieniędzy na takie leczenie.

- My nie chcemy od ciebie żadnych pieniędzy. Jesteś dla nas wyzwaniem, które zdecydowaliśmy się podjąć.

- Dobrze. Jeżeli wierzysz, że się uda to chyba jestem gotowa jutro pojechać z Oswaldem. Bardzo chciałabym jeszcze zobaczyć Asię i Juliana.

- Zobaczysz, nawet nie wiesz jak szybko - Inge głaszcząc trzęsące się ramiona Laury odwróciła głowę i spojrzała w stronę domu.

Uśmiechnęła się do stojących tam osób i kciukiem uniesionym do góry pokazała, że wszystko jest dobrze. Daniela podskoczyła i pocałowała Alvara w policzek, a Barbara mocno uścisnęła dłoń Oswalda ciesząc się z decyzji Laury. Wszyscy wierzyli w moc perswazji, którą mogła poszczycić się ich przyjaciółka. Teraz tylko pozostało zabrać Laurę do kliniki, zawiadomić profesora Magnusa i czekać cierpliwie na pozytywny koniec. Mieli nadzieję, że oponiak okaże się, jeżeli nie łagodny, to przynajmniej operowalny.

ROZDZIAŁ 6

Igor wysiadł z samolotu i zaniepokojony spojrzał w stronę pasażu dla oczekujących. Od kilku dni nie mógł dodzwonić się do Laury, a to już był wyraźny powód do niepokoju. Jej telefon komórkowy odpowiadał nagranym przez nią tekstem: „Witam, tu Laura. Niestety nie mogę odebrać telefonu, oddzwonię jak            

tylko będę mogła”.

- Lauro, co się dzieje? - Pomyślał, jakby swoimi myślami mógł nawiązać z nią kontakt.

Przechodząc przez bramkę wpatrywał się w twarze czekających po drugiej stronie ludzi z nadzieją, że w tym tłumie zobaczy twarz żony. Dzieci spokojnie idąc u jego boku również nie były zadowolone z nieobecności matki.

Laury nigdzie nie było. Niepokój Igora stawał się coraz bardziej widoczny.

- Tatusiu, czy coś się stało? - Córka złapała go rękę i wyczekująco popatrzyła w jego zmęczone i zatroskane oczy.

- Nie wiem. Mam nadzieję, że nie - odpowiedział usiłując przybrać jak najbardziej spokojny wyraz twarzy.

- Czy mama po nas wyjechała? - Zapytał chłopiec do tej pory rozglądający się po wszystkich stronach lotniska czując, że coś jest nie tak, bo ojciec wygląda na smutnego.

- Nie wiem. Mam nadzieję, że tak - szepnął spoglądając w zatroskane dziecięce oczy.

Opuścili halę lotniska nadal rozglądając się za Laurą. Igor postawił bagaże na ziemi i usiadł na ławce. Wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy i po raz kolejny sprawdził czy nie ma żadnej wiadomości od żony.

- Wiedziała przecież, że dzisiaj przylatujemy - pomyślał i zaczął wybierać numer Laury.

- Witam, tu Laura. Niestety nie mogę odebrać telefonu, oddzwonię jak tylko będę mogła. - Usłyszał po drugiej stronie melodyjny głos żony.

Wyłączył i telefon i ze złością schował go z powrotem do kieszeni.

- Idziemy na postój taksówek! - Złapał bagaże i nie czekając na dzieci skierował się w stronę rzędu stojących samochodów z napisem „Taxi”.

Dzieci wymieniły między sobą zdziwione spojrzenia i zaskoczone, złapały swoje małe plecaki i pobiegły za ojcem nie odzywając się do niego. Widziały, że nie jest w nastroju do rozmowy.

Kiedy taksówka odjeżdżała, cały czas rozglądały się wokoło z nadzieją, że zobaczą mamę biegnącą w ich kierunku i machającą do nich radośnie. Niestety mamy nie było ani wśród osób czekających przed lotniskiem, ani na przystanku autobusowym. Nigdzie. Pozostała jeszcze nadzieja, że mama zapomniała o ich przylocie i zastaną ją w domu z książką w fotelu i zaskoczoną miną na ich widok.

Dom pył pusty. Wszystkie okna były pozamykane, a zaduch, jaki panował w środku świadczył o tym, że od kilku dni nikt w tym mieszkaniu nie przebywał.

Igor zaraz po wejściu i postawieniu bagaży w przedpokoju na podłodze, zaczął otwierać okna. Najpierw w pokoju gościnnym, potem w kuchni, a na końcu w sypialni jego i Laury. Kiedy odwrócił się od otwartego już okna jego uwagę przyciągnęły uchylone drzwi szafy z ubraniami Laury. Otworzył je i zobaczył, że większość jej garderoby zniknęła. Strach i zaskoczenie spowodowały, że poczuł w gardle niepokojący ucisk.

- Tatusiu, w kuchni na stole jest list do ciebie - usłyszał głos córki niebezpiecznie zbliżający się do drzwi sypialni.

Szybko zamknął drzwi szafy i przybrał obojętny wyraz twarzy. Wyszedł z pokoju i udał się do kuchni. Na stole leżała zaadresowana do niego koperta. Od razu poznał pismo Laury.

- Proszę abyście poszli do swoich pokoi i rozpakowali się. Brudne ubrania zanieście do łazienki, a resztę ułóżcie tak jak trzeba. - Powiedział spokojnym głosem mimo tego, że czuł jak zaczynają mu drżeć ręce. - Acha i pootwierajcie okna u was, bo ten upał narobił tu niezłej duchoty.

- A gdzie jest mama? - Córka podeszła do niego i złapała za rękę, którą on natychmiast wsadził do kieszeni spodni.

Nie chciał, aby poczuła zimny pot, który wystąpił na jego dłoniach.

- Myślę, że coś ją zatrzymało w pracy. Może musiała wyjechać służbowo…

- I nic nam o tym nie powiedziała? - Syn            

spojrzał na ojca z niedowierzaniem.

- Zostawiła list, więc zapewne wszystko w nim wyjaśnia. No już, marsz do swoich pokoi! Chcę odpocząć i chwile pobyć sam.

Drżącymi dłońmi złapał dzieci za ramiona i skierował w stronę drzwi. Kiedy zniknęły w swoich małych pomieszczeniach, zabrał kopertę i poszedł z nią do sypialni. Usiadł w fotelu i długo przyglądał się równym, pięknym literom napisanym ręką Laury. Powoli otworzył list i zaczął czytać:

Drogi Igorze.

Nie miałam na tyle odwagi, aby powiedzieć Ci to osobiście, ale odchodzę od Ciebie i dzieci. Nie szukaj mnie. Wyjeżdżam z kraju bardzo daleko i nie chcę już wracać do tego, co było. Poznałam pewnego mężczyznę, którego pokochałam tak jak kiedyś kochałam Ciebie i chcę z nim spędzić resztę swojego życia. Być może urodzę mu również dziecko, co pozwoli mi zapomnieć o Joannie i Julianie. Już dawno przestałam Cię kochać i jestem bardzo zmęczona, życiem „od pierwszego

do pierwszego”. Ten mężczyzna potrafi zapewnić mi luksus, o jakim nawet nie marzyłam. Nie miej mi za złe mojej decyzji. Oboje jesteśmy dorośli i potrafimy o siebie zadbać. Jesteś cudownym ojcem, dlatego z czystym sumieniem zostawiam nasze dzieci pod Twoją opieką. Byłeś fantastycznym mężem, ale ja oczekuję od życia czegoś więcej niż tylko niedzielnych spacerów i wieczorów przed telewizorem u Twojego boku. Wierzę w to, że przekażesz dzieciom moją decyzję o odejściu w możliwie jak najdelikatniejszy sposób, aby długo nie cierpiały. Powiedz im, że je kocham, ale nie mogłam dłużej z wami pozostać. Pomyśl, że umarłam i nie szukaj mnie. Życzę Ci dużo szczęścia i miłości. Mam nadzieję, że spotkasz kobietę, która będzie dla Ciebie dobra. Będzie Cię kochała tak mocno jak ja… kiedyś kochałam. Pożegnaj ode mnie dzieci. Przeproś je w moim imieniu za to, co zrobiłam. Kocham je i będę kochała aż do śmierci. Nie mogę już z Wami żyć.

Wszystkiego dobrego. Żegnaj.
Laura

Schował list do koperty i położył na stoliku. Popatrzył na drzwi szafy, z której jego żona zabrała swoje ubrania i zakrył twarz dłońmi. Rozpłakał się.

- Dlaczego Lauro? Dlaczego?

Nie mógł uwierzyć w słowa, które przed chwilą przeczytał. Laura nie byłaby zdolna do czegoś takiego. Każda inna tak, ale nie ona. Wziął kopertę, podarł na drobne kawałki i wrzucił do kosza na śmieci. Wydawało mu się, że zna swoją żonę lepiej niż samego siebie, a jednak tak bardzo się mylił. Nagle jego uczucia zaczęły mieszać się ze sobą. Miłość, złość, nienawiść i rozpacz, przemiennie władały jego umysłem.

- Nie wierzę w to, co napisałaś - powiedział zerkając na zdjęcie wiszące nad biurkiem.

Pięknymi, zielonymi oczami spoglądała na niego uśmiechnięta młoda kobieta w białej sukni, trzymająca w dłoniach skromny bukiecik konwalii.

- W tamtym dniu powiedziałaś „ i nie            

opuszczę cię aż do śmierci”. Nie wierzę w żadne słowo, które napisałaś. Ty nie jesteś taka, Lauro. Znajdę cię, choćbym miał przeszukać świat wzdłuż i wszerz.

- Tatusiu, z kim rozmawiasz? - Monolog z nieobecną żoną przerwało ciche pukanie do drzwi i zaniepokojony głos córki.

- Z nikim Asieńko, tylko tak głośno myślę - otworzył drzwi i uśmiechnął się do stojącej na progu dziewczynki.

- A ten list, to od mamy? - Zza pleców dziewczynki ukazała się jasna czupryna chłopca.

- Tak, od mamy - Igor starał się szybko zapanować nad słowami. Minął dzieci i skierował się w stronę kuchni.

Starał się mówić jak najbardziej spokojnym tonem.

- Mama napisała, że nie mogła się do nas dodzwonić, a z pracy dostała nagle bardzo ciekawą propozycję wyjazdu na szkolenie… za granicę. Jak tylko się tam urządzi, to da nam znać - wziął głęboki oddech i odwrócił się do            

stojących za jego plecami zaskoczonych dzieci - Napisała, że jeszcze w czasie tych wakacji postara się nas ściągnąć tam na kilka dni - zaskoczony potokiem kłamstw, jakie musiał na poczekaniu wymyślić zauważył, że prawie sam uwierzył w to, co powiedział.

- Acha…- odgłos ulgi, jaki usłyszał z ust dzieci, tylko przekonał go jak podle zachował się wobec nich. Dał im nadzieję, której nie był w stanie zagwarantować ani sobie, ani im.


ROZDZIAŁ 7

Laura obudziła się i rozejrzała dookoła. Znajdowała się w czystej, dużej sali, w której unosił się delikatny zapach środka dezynfekującego ”Incidin”. Z kroplówki, która stała obok łóżka wolno kapał przeźroczysty płyn i powolutku kropla za kroplą spływał środkiem wężyka do igły wbitej w jej prawą rękę. Urządzenie monitorujące pracę serca cicho i rytmicznie wydawało z siebie spokojne dźwięki. Pik, pik…pik, pik…pik pik…

Leżała wsłuchując się w dochodzące            

dźwięki. Czuła się otępiała i senna. Nie była w stanie zorientować się ani jaki jest dzień, ani jaka pora dnia. Zegar na ścianie wskazywał godzinę piątą, ale nie miała pojęcia czy jest to godzina piąta rano, czy godzina siedemnasta.

Przez uchylone okno wpadały delikatne promienie słońca, a za nim słychać było wesoły świergot szczęśliwego ptaka. Popatrzyła na drzewo i usiłowała zobaczyć koncertujące stworzenie, ale miała zamglony wzrok.

W głowie coś rytmicznie pulsowało, zadając jej chwilami delikatny ból. Usiłowała podnieś rękę by dotknąć głowy, ale okazało się, że jest za słaba. Nie uniosła jej nawet na wysokość dziesięciu centymetrów. Zrezygnowana opuściła ją z powrotem na kołdrę i zamknęła oczy. Czuła się taka zmęczona jakby przez kilka godzin wchodziła na wysoką górę z plecakiem ważącym, co najmniej 20 kg. Przez myśli przebiegły wydarzenia sprzed kilku ostatnich dni.

Młodzi ludzie rozmawiający z nią, którzy ciągle kłuli ją przeróżnymi igłami, pobierając krew lub podając zastrzyk. Tunel tomografu, który wydał jej się poziomą studnią bez dna. Maurycy trzymający za rękę i głaszczący po policzku i ten miły starszy pan, który tak śmiesznie mówił po polsku, a z personelem kliniki rozmawiał wyłącznie w języku angielskim. Wszyscy byli tu tacy mili i uśmiechnięci, że aż niemożliwe, aby tak zachowywali się pracownicy służby zdrowia. Jej kontakty z personelem szpitala, w którym robiła badania przed wyjazdem na Wybrzeże, z którym musiała się spotykać regularnie, co trzy miesiące przez kilka lat kojarzyły się wyłącznie z ludźmi rutynowo wykonującymi swoje obowiązki, bez cienia uczuć dla pacjenta. Tylko lekarka Trzebińska, jej pani doktor prowadząca była zawsze uśmiechnięta. Nawet wtedy, gdy przekazywała jej złe wiadomości. Ona jedna starała się ograniczyć jej ból i strach do minimum. Powtarzała, że medycyna wciąż podejmuje nowe wyzwania i w każdym dniu, można się spodziewać            

czegoś, co pozwoli uratować nawet przypadki beznadziejne.

Z zamkniętymi oczami leżała dłuższą chwilę na wpół drzemiąc.

Z tego stanu pół jawy, pół snu wyrwał ją odgłos otwieranych drzwi. Ktoś bezszelestnie wszedł do sali i zaczął sprawdzać urządzenie monitorujące, oraz stan kroplówki. Powoli otworzyła oczy. Obok monitora wiszącego na ścianie stał wysoki, muskularny mężczyzna o bardzo opalonym ciele i wpisywał coś do karty pacjenta.

Rahul.

Mężczyzna odwrócił się i widząc wpatrzone w siebie oczy uśmiechnął się ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.

- Witaj Lauro. Jak się czujesz?

- Chyba… dobrze - odpowiedziała usiłując przybrać pogodny wyraz twarzy, choć każde wypowiedziane na głos słowo prowadziło do jej głowy narastający ból.

- Boli. Wiem, ale to jest niestety nieuniknione - podszedł do niej i usiadł na            

krzesełku stojącym obok łóżka. - Dostajesz środki przeciw bólowe, ale zdaję sobie sprawę, że to i tak zbyt mało. Niestety musimy je dawkować ostrożnie.

Dotknął jej dłoni i chwilę siedział wpatrując się w jej zmęczone oczy.

- Śpij. Sen jest najlepszym lekarstwem, przyjdę do ciebie za jakiś czas - wstał i skierował się w stronę drzwi.

- Rahul! - Próbowała zawołać, ale zamiast tego z jej gardła wyrwał się głośny szept, a głowa zaczęła pulsować ostrym nieprzyjemnym bólem.

- Tak? - Mężczyzna wrócił i nachylił się na nią.

- Czy… czy operacja się udała?

- Udała. Byłaś w rękach, jednego z najlepszych neurochirurgów świata, więc jak mogła się nie udać? - Pogłaskał jej blady, drżący policzek.

- Ale Rahul, czy już będzie koniec? Czy nowotwór został całkowicie wyeliminowany z mojej głowy, czy będę żyła normalnie? Czy…

- Cichutko, nie mów tyle. Musisz teraz dużo odpoczywać a mówienie wyraźnie cię męczy.

- Powiedz mi prawdę. Proszę - w jej głosie słychać było rozpacz i strach.

- Na wszystko potrzeba czasu. Czekamy na wyniki i… wszyscy jesteśmy dobrej myśli. Profesor Thunberg powiedział, że spodziewał się czegoś gorszego, więc to chyba dobra wiadomość.

Laura zamknęła oczy, a spod jej powiek powoli zaczęły spływać łzy.

- Dam ci środek uspokajający, nie wolno ci się teraz denerwować. Bądź dobrej myśli, tak jak my - zrobił jej zastrzyk i bezszelestnie opuścił pokój.

Leżała chwilę czując jak myśli odpływają coraz dalej a ciało robi się bezwładne. Szum aparatury i głos ptaka za oknem stawały się coraz cichsze, aż umilkły. Zapadła w kolejny sen, który jeszcze raz, pozwolił jej uciec od myśli: co może być jutro, co może być za miesiąc, co może być za rok.

ROZDZIAŁ 8

Igor wrócił z pracy wyjątkowo zmęczony. Dzieci siedziały przed telewizorem z nogami na stoliku i zajadając pizzę nawet nie zauważyły, kiedy znalazł się w mieszkaniu. Wszedł do kuchni i wstawił wodę na kawę. Usiadł przy stole i zaczął przeglądać korespondencję, którą Julian po powrocie ze szkoły wyciągnął ze skrzynki. Rachunek za telefon, rachunek za energię elektryczną, oferta z banku, pismo z Centrum Chirurgii Onkologicznej.

List zaadresowany był do Laury. Nie namyślając się długo rozerwał kopertę i zaczął czytać.

Szanowna Pani.

Informujemy, że termin kolejnej wizyty w gabinecie doktor Anny Trzebińskiej został przesunięty z dnia dwudziestego piątego września na dzień trzeciego października na godzinę 9:30. Przyczyny przesunięcia planowanej wizyty zaistniały z powodu nagłej choroby pani doktor.

Prosimy o stawienie się na wizytę w dniu podanym powyżej i o wyznaczonej godzinie. W przypadku, gdyby podany termin nie odpowiadał Pani, prosimy o kontakt telefoniczny pod numerem widocznym na pieczątce.

Z wyrazami szacunku

Asystentka Medyczna Jolanta Wołej

- Centrum Chirurgii Onkologicznej? - Igor zaskoczony informacją o „kolejnej” wizycie pomyślał, że to chyba jakaś pomyłka. - Przecież Laura nic nie mówiła, że jest chora, a może… Nie! To niemożliwe, przecież ona nie okłamywałaby go gdyby działo się coś złego.

Popatrzył na kalendarz i wpisał w dniu trzeci październik notatkę:

„C.Ch.O w sprawie Laury!!!”. Schował pismo do szuflady i zalał wrzątkiem, przygotowaną wcześniej kawę.

- To za dziesięć dni - pomyślał. - Pojadę tam i dowiem się wszystkiego, mam nadzieję, że to jednak pomyłka.

Dni mijały spokojnym rytmem codzienności. Przed pracą zawoził Joasię do przedszkola. Popołudniu powrót do przedszkola, dom, obiad i odrobina ciszy przed telewizorem pod warunkiem, że Julian nie miał problemów z odrobieniem lekcji. Wieczorem kolacja, kąpiel i dzieci do łóżek, a on książka, lub telewizor. Każdego wieczoru kładąc się do łóżka obok pustego miejsca, jakie pozostało po Laurze długo nie mógł zasnąć rozmyślając o swojej żonie i o tym, co zrobiła. Od powrotu z wakacji minęły prawie dwa miesiące a on nadal nie wierzył w to, że odeszła z innym mężczyzną. Coś w sercu przekonywało, że Laura go okłamała. Raz w tygodniu dawał ogłoszenie z jej zdjęciem do różnych gazet na terenie całego kraju z prośbą o pomoc w odnalezieniu jej. Zgłosił się nawet do Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych ITAKA z nadzieją, że im uda się ją odnaleźć. Nie powiedział ani o liście, jaki Laura zostawiła, ani o rzeczach, które zniknęły z jej szafy. Skłamał mówiąc, że po powrocie z wakacji nie zastał jej w domu. W jej pracy            

powiedzieli mu, że zwolniła się na własną prośbę z dniem trzydziestego czerwca i od tamtej pory nie mieli z nią żadnego kontaktu, nawet jej przyjaciółka Katarzyna. Laura podobno powiedziała jej, że wyjeżdża do Niemiec, bo ktoś załatwił jej bardzo atrakcyjną finansowo pracę.

Wszyscy mu współczuli, ale nikt nie dowiedział się o tym, że Laura pozostawiła mu list pożegnalny. Sam nie wierzył w treść tego listu i nie miał ochoty na to, aby ktoś próbował mu uświadomić, że to jednak może być prawdą.

Dzień trzeciego października był pięknym, słonecznym dniem, bardzo ciepłym jak na tę porę roku. Igor załatwił w pracy dzień urlopu i nic nie mówiąc nawet dzieciom pojechał na spotkanie z lekarką Anną Trzebińską.

Przychodnia okazała się miłym i spokojnym miejscem. Ściany pokryte były plakatami informującymi o walce i nadziei w chorobach nowotworowych. W poczekalni siedziało kilka osób spoglądających na siebie z litością            

i uczuciem solidarności w trwaniu na stanowisku ”też jestem pacjentem”. Drzwi gabinetu otworzyły się i młoda, opalona kobieta w białym fartuchu wezwała kolejnego pacjenta. Igor spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina dziewiąta. Przyszedł szybciej, bo nie mógł wysiedzieć w domu, a chodzenie po mieście bez celu też nie należało do jego ulubionych zajęć. W głębi serca łudził się, że może któryś z pacjentów nie przyjdzie. Dawało to możliwość wcześniejszego wezwania do gabinetu. Nie mógł się już doczekać spotkania z panią doktor. Siedział w poczekalni i wiercił się na krześle jak dziecko, aż jedna z czekających pacjentek zaczęła mu się ciekawie przyglądać.

- Pan zapewne pierwszy raz? - Zapytała, nieśmiało uśmiechając się do niego.

- Tak - odpowiedział, błagając w myślach, aby nie kontynuowała rozmowy.

- Ja już tu przychodzę trzeci rok - kobieta wzruszyła ramionami i spojrzała na niego. - A pan? Z jakim problemem?

- Żadnym. Ja jestem zdrowy! - Odpowiedział tonem, który kobieta uznała za koniec rozmowy.

- Przepraszam, nie chciałam pana urazić.

Otworzyła czasopismo, które trzymała na kolanach i zaczęła czytać.

Starał się nie patrzeć na nikogo bawiąc się palcami u rąk, ale smutne twarze, siedzących w poczekalni osób bardzo go intrygowały. Drzwi gabinetu ponownie się otworzyły i wyszła z nich blada, młoda dziewczyna w towarzystwie starszej pani. Pielęgniarka wyczytała nazwisko kolejnego pacjenta i do gabinetu wszedł wysoki, szczupły, a właściwie chudy mężczyzna ogolony na łyso, z dużymi sińcami pod oczami. Igor nie przyglądał się nikomu w poczekalni, mimo tego zauważał bardzo dużo szczegółów w wyglądzie tych ludzi. Popatrzył na zegarek. Dochodziła godzina dziewiąta dwadzieścia pięć.

- No zaraz moja kolej - pomyślał i ukradkiem zerknął na kobietę siedzącą obok.

Siedziała z otwartym czasopismem, ale            

niczego nie czytała. Wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. Gwałtownie odwrócił głowę czując, że jego twarz przybiera

kolor purpury. Wizyta mężczyzny, który wszedł trochę się przedłużała. Zegarek na ręce Igora wskazywał już godzinę dziewiątą czterdzieści pięć. Ręce miał spocone i czuł, że zaczyna się coraz bardziej denerwować. Wreszcie drzwi gabinetu otworzyły się i mężczyzna wyszedł, smutnym wzrokiem ogarniając siedzących i czekających na swoją kolej ludzi.

- Pani Laura Wrońska - pielęgniarka stojąc w drzwiach gabinetu rozglądała się po poczekalni. - Pani Laura Wrońska! - Powtórzyła.

Już chciała wyczytać następne nazwisko, kiedy Igor nagle wstał i podszedł do niej.

- Ja w sprawie Laury - uśmiechnął się zakłopotany i wszedł za pielęgniarką do gabinetu. - Dzień dobry - zwrócił się do siedzącej za biurkiem kobiety w średnim wieku.

Doktor Anna Trzebińska spojrzała z zainteresowaniem i uśmiechnęła się do niego tak, jakby byli starymi znajomymi.

- Witam pana. Wydaje mi się, że nie znam pana, w czym mogę pomóc?

- Nazywam się Igor Wroński, jestem mężem Laury… - głos uwiązł mu w gardle. - Moja żona dostała zawiadomienie o zmianie terminu wizyty, ale… - nie potrafił dobrać słów, które by jasno i przejrzyście przekazały lekarce to, co chciał jej powiedzieć.

- Ale? - Lekarka spojrzała na niego z zainteresowaniem.

- Ale moja żona nie mogła do pani przyjść.

- A to, dlaczego? - Zapytała unosząc do góry brwi.

- Bo jej nie ma.

- Jak mam to rozumieć: „bo jej nie ma”? - Twarz kobiety zbladła. - Czy ona…

- Wyjechała - szybko odpowiedział na jej pytanie.

Wyraz ulgi, jaki zobaczył w jej oczach            

uświadomił mu, że pani doktor dobrze znał Laurę i jej los nie jest jej obojętny.

Przyglądała się mu dłuższą chwilę aż w końcu ciężko odetchnęła.

- Mógł pan zadzwonić i poinformować mnie o tym, że pańska żona nie może przyjść. Ustalilibyśmy nowy termin, dogodny dla niej - patrzyła na niego tak jakby wyczuwała, że on coś przed nią ukrywa. - Niepotrzebnie się pan fatygował osobiście.

- Ale to nie tak jak pani myśli - odwrócił wzrok w stronę okna i zaczął przyglądać się kołyszącym na wietrze liściom, które na drzewie rosnącym przed oknem gabinetu delikatnie tańczyły swój jesienny taniec. - Moja żona zniknęła.


(...)


Powrót do strony głównej

Fragmenty pozostałych książek

Fragment książki Leśniczówka Fragment książki Pamiątka z Paryża Fragment książki Lawenda Fragment książki Płacz Wilka