Ewa Formella - Lawenda

Wyświetl całość
Okładka Ewa Formella Jutra nie bedzie
Jutra nie będzie

ROZDZIAŁ 1

Taksówka zatrzymała się przed sklepem z pamiątkami. Z nieba lał deszcz, tak silnymi strumieniami, jakby z góry ktoś wylewał wodę wia-drami w celu zatopienia całej cywilizacji i całej ludzkości. Kobieta podała kierowcy banknot pięćdziesięciozłotowy. Wysiadając, szczelniej opatuliła się płaszczem, chociaż dobrze wiedziała, że nie uchroni jej on przed cał-kowitym przemoczeniem. Szybko przebiegła na drugą stronę ulicy w kie-runku swojego domu. Wpadła do budynku jak burza i prędko strząsnęła z płaszcza spływające po nim krople. Zerknęła na zegar wiszący w holu korytarza i uśmiechnęła się.

- Nie jest tak źle - powiedziała sama do siebie.

Spojrzała w stronę windy i zwinnym            

krokiem wbiegła po schodach na czwarte piętro, pokonując po dwa schody na raz.

Przed drzwiami mieszkania głęboko odsapnęła, wyciągając z torebki klucze. Jeszcze na korytarzu zdjęła z nóg buty na wysokich obcasach, aby ich stukotem nie obudzić śpiących w mieszkaniu osób. Wślizgnęła się do środka jak złodziej. Już w przedpokoju usłyszała ciche dźwięki dochodzące z włączonego telewizora. Powiesiła mokry płaszcz na wieszaku i weszła do pokoju. Na dużej, rogowej kanapie siedziała młoda dziewczyna pogrążona w błogim śnie. Kobieta wyciągnęła pilota od telewizora z rąk śpiącej i wyłączyła odbiornik. Dziewczyna przebudziła się. Ze strachem w oczach spojrzała na kobietę.

- Dobry wieczór pani Gosiu, przepraszam, że zasnęłam, ale…

- Spokojnie Alu, ja tylko wyłączyłam telewizor, który grał nie wiadomo dla kogo - kobieta usiadła na kanapie i pogłaskała dziewczynę po dłoni. - Zostaniesz na noc, czy chcesz wracać do domu?

- Maluchy śpią, więc jeżeli nie będę już pani potrzebna, to może pojadę do siebie - Alicja uśmiechnęła się zawstydzona sytuacją, w jakiej zastała ją pracodawczyni.

- Jak chcesz.

Kobieta wyjęła z torebki kilka banknotów i podała dziewczynie.

- To za dzisiejszy dzień i na taksówkę, żebyś nie wracała komunikacją miejską, bo o tej porze jest to trochę nieprzyjemne.

- Dziękuję - dziewczyna wzięła banknoty i wstała z kanapy, poprawiając lekko pogniecioną sukienkę.

- Zwłaszcza, że leje jak z cebra - kobieta skinęła głową w stronę okna.

Dziewczyna podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku i delikatnie wzruszyła ramionami.

- Trudno, najwyżej zmoknę, nie chciałabym pani przeszkadzać.

- Oj, głupiutka! - kobieta roześmiała się. - Przecież dobrze wiesz, że nigdy mi nie przeszkadzasz. Jesteś aniołem mojej rodziny.            

Jesteś… - zamilkła na kilka sekund - jesteś dla mnie jak rodzina, więc jak możesz mówić, że mogłabyś mi przeszkadzać. Wiem, że doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele ci zawdzięczam.

- To… - dziewczyna ponownie spojrzała w stronę okna, o którego szyby bębniły grube krople deszczu - jeżeli pani pozwoli prześpię się tu na kanapie, a rano pojadę do domu rodziców.

- Nie prześpisz się na kanapie, tylko pójdziesz do pokoju gościnnego - powiedziała kobieta stanowczym głosem. - No już, do łazienki i spać, pogadamy rano.

Dziewczyna uśmiechnęła się z wdzięcznością. Propozycja spędzenia nocy w ciepłym, suchym pomieszczeniu była lepsza niż zmoknięcie. Wyjście z bezpiecznego domu w taką pogodę nie stanowiło w obecnej chwili szczytu jej marzeń. Przeciągnęła się leniwie i poszła do łazienki. Szum wody, jaki Małgorzata usłyszała zza drzwi za którymi zniknęła Ala, przekonał ją, że opiekunka do dzieci właśnie postanowiła wziąć prysznic.

Podeszła do szafki stojącej pod dużym, płaskim telewizorem i wystukała kod umożliwiający otworzenie drzwiczek. To był jedyny mebel w całym mieszkaniu, do którego dostęp miała tylko ona. Nikt poza nią nie znał szyfru i to dawało jej poczucie swoistego bezpieczeństwa. Zamek założył jeden z sąsiadów, krótko po wprowadzeniu się do tej starej poniemieckiej kamienicy na obrzeżach miasta. Był on jednym z nielicznych, którzy zaakceptowali ją, jako nową sąsiadkę. Inni, zwłaszcza panie w wieku matronalnym, najchętniej naplułyby jej pod nogi, przechodząc obok. Pruderyjność pewnych grup ludzi czasami ją śmieszyła, ale bardzo często czuła się z tego powodu kimś gorszym, kimś napiętnowanym.

Wyjęła z szafki szklankę o grubym, kryształowym dnie i zapełniła ją w jednej trzeciej anglosaskim rodzajem jałowcówki, popularnie w Polsce nazywanym ginem. Miała wśród swoich alkoholi zarówno Dry gin, jak i London dry gin i oba te napoje alkoholowe uwielbiała tak samo. Dopełniła resztę szklanki            

tonikiem, aby złagodzić cierpko-gorzki smak alkoholu i dorzuciła do tego plasterek mrożonej cytryny. Postawiła szklankę na stoliku i udała się do swojej sypialni, aby przebrać się w wygodny dres. Wracając, zerknęła do małego pokoiku i z miłością w oczach spojrzała na dwie czarne czuprynki otaczające małe, spocone główki. Dzieci uśmiechały się przez sen, co napełniło ich matkę dodatkową dawką macierzyńskiego uczucia. Poprawiła kołderki, które tradycyjnie w większej części znajdowały się poza tapczanikami, a nie na ciałkach dzieci i cichutko zamykając za sobą drzwi, przeszła do salonu.

Wygodnie usadowiła się na kanapie, układając nogi na dużej, miękkiej pufie i pociągnęła spory łyk przygotowanego przed kilkoma minutami drinka. Chłodny napój delikatnie popieścił zarówno podniebienie, i zmysły. Pilotem włączyła wieżę stereofoniczną, stojącą obok telewizora i w ciągu ułamka sekundy pokój wypełniła cicha muzyka jazzowa. Małgorzata przymknęła oczy            

i myślami zaczęła wtapiać się w dźwięki saksofonu George Rufusa Adamsa. Muzyka jazzowa od najmłodszych lat była obecna w jej życiu. Już jako mała dziewczynka marzyła o grze na saksofonie, ale rodzice cały czas skutecznie jej to wybijali z głowy. Może gdyby wtedy im się sprzeciwiła, to jej losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Ojciec zawsze powtarzał, że jazz to muzyka prostytutek. Jak bardzo był bliski i daleki zarazem tego, co mówił. Wprawdzie ten gatunek muzyki powstał w Nowym Orleanie, na południu Stanów Zjednoczonych, w dzielnicy Storyville, znanej z dzielnicy prostytutek, ale był przecież połączeniem melodii zachodnioafrykańskich i europejsko-amerykańskich jednocześnie.

Każdy znawca tego gatunku muzyki wie, że jazz wyraźnie stanowi połączenie muzyki ludowej i rozrywkowej.

Gdyby tak bardzo nie zakochała się w tej muzyce, to nie miałaby przecież teraz swoich ślicznych, czarnych aniołków.

- Dlaczego pani zawsze po pracy pije            

drinka? - niespodziewanie usłyszała nad sobą głos Alicji.

- Myślę, że to nie twoja sprawa - nie otwierając oczu, odpowiedziała cichym, ale stanowczym głosem.

- Ja się tylko martwię o panią, nic więcej - dziewczyna nie dawała za wygraną.

- Idź spać!

- W porządku. Czy jutro będę potrzebna, czy mam rano pojechać do domu rodziców?

Małgorzata otworzyła oczy i spojrzała na stojącą obok niej młodą, szczupłą dziewczynę. Uśmiechnęła się i ponownie zamknęła powieki.

- Nie wiem - zamyśliła się. - Nigdy nie jestem pewna, kiedy zadzwonią do mnie i powiedzą, że mam się stawić w pracy.

- Ale siostra mojej koleżanki, która też pracuje w liniach lotniczych jako stewardessa, ma ustalony grafik i nie musi zjawiać się na każde wezwanie, tak jak pani…

- Alu, proszę cię, idź spać i daj mi święty spokój.

Ton, jakim pracodawczyni wypowiedziała ostatnie zdanie sprawił, że dziewczyna skuliła się w sobie i bez słowa poszła do pokoju gościnnego. Małgorzata spod półprzymkniętych powiek spojrzała za oddalająca się dziewczyną i pomachała jej ledwo widocznym gestem dłoni, która delikatnie uniosła się znad kanapy.

Z odtwarzacza CD zaczął płynąć kolejny utwór. Kobieta podniosła do ust szklankę z przeźroczystym płynem i upiła kolejny, spory łyk drinka. Popatrzyła na stojące na szafce, obok kolorowego wazonu zdjęcie, z którego spoglądały na nią duże, czarne oczy, swoim blaskiem towarzyszące zniewalającemu uśmiechowi. Około trzydziestoletni mężczyzna patrzył wprost na nią i miała wrażenie, że zaraz zejdzie z fotografii i stanie naprzeciwko niej.

- I co, zadowolony jesteś? Musiałeś tak skomplikować mi życie? Po jaką cholerę stawałeś na mojej drodze? - powiedziała Małgorzata, czując jak alkohol zaczyna rozpalać jej policzki. - Gdyby nie ty, może            

byłabym teraz ekspedientką w sklepie obuwniczym, albo pielęgniarką obojętnie przyglądającą się cierpieniu innych, albo nauczycielką, która nienawidziłaby swoich uczniów - upiła kolejny łyk alkoholu i zamyśliła się. - Przez ciebie jedni mnie pożądają a inni nienawidzą, tego chciałeś?

Poczuła jak z coraz bardziej piekących oczu zaczyna wypływać łza. Otarła ją wierzchem dłoni i po raz ostatni tego wieczoru spojrzała na zdjęcie człowieka, który w jakimś momencie życia przesłonił jej cały świat. Spowodował, że dla niego zostawiła dom, rodziców i wszystko, co łączyło ją z przeszłością. Dzięki niemu poznała inne życie i wróciła, jako inna osoba.


ROZDZIAŁ 2

Samolot rozpoczął powolne lądowanie. Pasażerowie, przygotowani, z zapiętymi pasami czekali cierpliwie na zetknięcie maszyny z ziemią. Stewardessa podeszła do mężczyzny siedzącego z laptopem na kolanach i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.

- Proszę wyłączyć komputer. W czasie startu i lądowania wszystkie urządzenia powinny być wyłączone - uśmiechnęła się grzecznie, pokazując jednak władczy wyraz twarzy.

Paul spojrzał w duże oczy dziewczyny i natychmiast zamknął swoje narzędzie pracy.

- Przepraszam, nie dosłyszałem komunikatu - powiedział z wyraźnie amerykańskim akcentem.

Stewardessa ponownie uśmiechnęła się i odeszła w stronę kokpitu.

- Witamy państwa na lotnisku. W Warszawie słonecznie, temperatura około dwudziestu pięciu stopni - z głośnika zabrzmiał spokojny głos kapitana. - Dziękujemy państwu za wspólnie spędzony lot. Mamy nadzieję, że jeszcze skorzystacie państwo z naszych linii lotniczych. Życzymy przyjemnego pobytu w stolicy Polski.

Koła samolotu prawie niewyczuwalnie dotknęły powierzchni ziemi i wszyscy pasażerowie zaczęli bić gromkie brawa pilotom, tak delikatnie obchodzącym się            

zarówno z maszyną, jak i z podróżnymi. Przez kilkanaście minut samolot kołował po płycie lotniska, aż wreszcie zatrzymał się. Wysiadający, z uśmiechem na ustach żegnali się z załogą i dziękowali za miły i spokojny lot.

Paul wsiadł do autobusu, który czekał na pasażerów, aby podwieźć ich do hali przylotów, z zaciekawieniem rozglądając się po lotnisku. Nie był tu ponad dwadzieścia lat i wspomnienia, które pozostały w jego głowie, całkowicie rozmazały się na widok tego, co zobaczył. Wyjątkowo szybko udało mu się odebrać swój bagaż nadany w Newark do luku bagażowego i zadowolony z zakończonej podróży wyszedł z hali. Czuł się tak szczęśliwy, jak ptak wypuszczony z klatki.

- Paweł! Cholera, nic się nie zmieniłeś przez te wszystkie lata! - mężczyzna poczuł na swoim ramieniu mocne klepnięcie i para silnych męskich rąk nagle objęła go jak zapaśnik sumo.

Na widok pulchnej, zarumienionej twarzy, szeroki uśmiech zagościł na jego ustach.

- Za to ty urosłeś, szczególnie na szerokość - roześmiał się, mocno odwzajemniając uścisk. - Nie widzieliśmy się ponad dwadzieścia lat, a mnie się wydaje, jakby to było wczoraj.

- Ty wiesz, że nawet przypominasz tego aktora - mężczyzna, uderzył dłonią w czoło. - Czekaj, jak on się nazywa….

- Ja, aktora!? - Paweł spojrzał na swojego towarzysza, nie ukrywając rozbawienia.

- No tego… co grał w filmie „Kotka na gorącym żelaznym dachu”.

- Cat on a Hot Tin Roof? Kotka na gorącym blaszanym dachu - Paweł ze śmiechem poprawił swojego rozmówcę.

- No właśnie, „na gorącym blaszanym dachu”. Wiesz przecież, o kim mówię.

- Paul Newman?

- No jasne! Właśnie do niego jesteś podobny - mężczyzna zrobił dwa kroki w tył i oparł dłonie na biodrach. - Widzisz, nie tylko masz takie samo imię, ale jesteś też toczka w toczkę podobny. Może to twój stary. Co?

- Może… - Paweł roześmiał się. - Szkoda, że moja mami nie żyje, bo zapytałbym ją, czy przypadkiem nie miała romansu z amerykańskim aktorem.

Mężczyzna wziął od swojego gościa walizkę i skierował się w stronę parkingu.

- Oto mój mustang - dumnie wskazał dłonią na ciemno wiśniowy samochód, wyraźnie różniący się wyglądem od innych.

- Fiuu!

Paweł obszedł auto dookoła i z podziwem pokręcił głową.

- A myślałem, że ludzi w Polsce nie stać na takie cacka?

- Kogo stać to stać, jedni jeżdżą deu, albo komunikacją miejską, a ja mam szczęście do tego.

- Co to jest „de-u”? - mężczyzna spojrzał na przyjaciela z nieukrywaną ciekawością.

- Daewo, to marka koreańskich samochodów, dość popularna u nas.

- I understand.

- Hej koleś! Jesteś w Polsce, jakbyś            

zapomniał, tutaj obowiązuje język polski!

- O.K., już się przestawiam.

Wsiedli do samochodu i przebijając się przez korek prowadzący do drogi wyjazdowej, milczeli jakby nagle zabrakło im tematu do rozmowy.

- Tak właściwie, to co ty robisz, że stać cię na taki klejnot? - Paweł przerwał milczenie, rozglądając się po wnętrzu samochodu.

- Ta Toyota nie jest moja - mężczyzna spojrzał na swojego pasażera i zrobił minę niewiniątka.

- Co ty gadasz Olek, a czyja?

- To znaczy moja, ale nie moja.

Paweł popatrzył na przyjaciela podejrzliwie i chrząknął dwa razy sugerując, że chce usłyszeć wyjaśnienie.

- Widzisz, pracuję dla takiej jednej firmy i mam to cudeńko do dyspozycji. Mogę nim jeździć prywatnie, ale muszę być na każde wezwanie mojej szefowej.

- Co to za firma? - Paweł zainteresował się słowami Olka.

- No właśnie taka, o której chcesz pisać.

- Agency of prostitutes?

- Hej, koleś! Umawialiśmy się, że rozmawiamy po polsku! - krzyknął kierowca Toyoty. - Tak, agencja prostytutek, ale jakich… - oblizał się jak pies na widok kiełbasy. - Gdybyś widział te lalunie, to sam byś miał ochotę wskoczyć im do łóżka.

- Może mi się uda? - Paweł szepnął, unosząc kąciki ust w uśmiechu.

- Zapomnij! Nie dla psa kiełbasa!

- Co mają wspólnego pies i kiełbasa z prostytutkami? - Paweł zdezorientowany zerknął na przyjaciela.

- Jezu, ciemniak jesteś! To tylko takie nasze powiedzenie. Oznacza - zbyt wysokie progi na twoje nogi.

- Olek, albo cię zaraz walnę i będziemy mieli wypadek, albo zaczniesz gadać jaśniej! - Paweł zdenerwował się niejasną paplaniną kolegi. - Mnie każesz mówić po polsku, a sam pleciesz jakieś niezrozumiałe dla mnie farmazony.

- Dobra, dobra! Nie irytuj się tak - kierowca Toyoty zaczerwienił się. - Miałem na myśli po prostu to, że to są dość ekskluzywne panie i nie każdego na nie stać. Kapujesz?

- Kapuję - Paweł, uspokojony wyjaśnieniem kolegi, odwrócił głowę w stronę ulicy i zaczął się przyglądać mijanym budynkom. - Opowiedz mi o nich.

- Nie ma co opowiadać, bo wszystko jest tak tajemnicze, że chyba tylko sam Pan Bóg wie o co chodzi.

Paweł odwrócił się w stronę kumpla i z wyraźnym zaskoczeniem zaczął analizować słowa Olka.

- Agencja nazywa się „Ogród Marzeń” - kontynuował - a każda z panienek ma pseudonim nawiązujący do nazwy roślinki. Dziewczyny są tak ekskluzywnym towarem, że żeby się z którąś z nich umówić, musisz się zapisać w kolejce, wpłacając coś na kształt wadium i to wcale nie małe.

- Po co?

- Jak to „po co”? Gdyby się jednak jakiemuś prezesowi lub szejkowi odwidziało, to dziewczyna nie może zostać na lodzie. Zresztą, co tam będę ci gadał - Olek machnął lekceważąco ręką. - Szefowa zgodziła się z tobą porozmawiać, więc od niej dowiesz się wszystkiego dokładniej.

- A na kiedy nas umówiłeś? - Paweł aż podskoczył na wieść o spotkaniu z kobietą, o której słyszał od pewnego wpływowego gościa.

- Nie umówiłem, sam się z nią musisz umówić - odpowiedział Olek, ignorując entuzjazm kolegi. - Dam ci numer telefonu, zadzwonisz i się umówisz. No, jesteśmy na miejscu.

Samochód zatrzymał się przed dwupiętrowym apartamentowcem.

- Przenocujemy tutaj, a jutro skoro świt pojedziemy do Gdańska.


ROZDZIAŁ 3

Dźwięk pagera odezwał się w najmniej odpowiednim momencie. Małgorzata spojrzała            

na numer i skrzywiła się.

- No ładnie, miałam mieć kilka dni wolnego.

Wyjęła z torebki telefon komórkowy i wystukała numer. Z drugiej strony odezwał się ciepły kobiecy głos.

- Witam cię i przepraszam, że zakłócam twój odpoczynek, ale jesteś potrzebna.

- Obiecała mi pani kilka dni wolnego, żebym…

- Wiem kotku, wiem, ale nic na to nie poradzę, że komuś bardzo zależy. Pieniądze nie leżą na ulicy, a ja nie mam zamiaru zniszczyć dobrego imienia naszej firmy - kobieta zniżyła głos prawie do szeptu. - W sobotę chciałabym, żebyś stawiła się w pełnej gotowości.

- Dobrze, będę na pewno - Małgorzata skuliła się, a do oczu napłynęły jej łzy.

Pomyślała, że po raz kolejny dzieci będą się czuły oszukane. Tak bardzo zapewniała je, że spędzi z nimi kilka dni na plaży. Pogoda była wręcz wymarzona na kąpiel w morzu, a ona            

sama bardzo potrzebowała kontaktu ze swoimi aniołkami. Wiedziała doskonale, że nie może odmówić. Nie teraz. Ale przyjdzie taki moment, że wyrwie się z tego wszystkiego i uciekną razem daleko, rozpoczynając nowe, rodzinne życie.

- I jeszcze jedno, musisz zarezerwować sobie trzy dni, bo wcześniej się nie wyrwiesz.

- Trzy dni!? - zawołała. - Kto to taki?

- Ktoś ważny. Pamiętaj… w sobotę w pełnej gotowości!

Małgorzata wyłączyła telefon i usiadła na brzegu piaskownicy, zakrywając twarz dłońmi.

- Co się stało mamusiu? - małe, ciepłe rączki objęły ją za szyję. - Dlaczego jesteś smutna?

- Nie jestem smutna tylko trochę zmartwiona - spojrzała w duże, czarne oczy, wpatrujące się w nią z taką troską, jaką tylko potrafi okazać pięcioletnie dziecko. - W sobotę znów jadę do pracy, muszę wyjechać na kilka dni.

- A mówiłaś, że teraz zostaniesz z nami na dłużej!

Mała Mulatka usiadła obok matki na deskach piaskownicy i spojrzała na nią ze złością. Małgorzata poczuła przebiegający przez plecy dreszcz.

- Cicho bądź! Nie widzisz, że mama jest zmartwiona? - chłopiec przytulił się mocniej i nie pozwolił siostrze na dalsze pretensje.

- Przykro mi Zuzanno. Muszę pracować, abyśmy mogli żyć tak, jak żyjemy. - Małgorzata pogładziła chłopca po czarnej czuprynie i dotknęła dłonią policzka dziewczynki. - Jakub też jest niezadowolony z tego powodu, ale potrafi to jakoś zrozumieć.

- Wiem mamusiu, przepraszam, ale jesteś z nami tak mało, że…

Dziewczynka gwałtownie odsunęła się od matki.

- Kochanie, to już się niedługo skończy, obiecuję. Znajdę inną pracę i będziemy szczęśliwi. Na razie jednak, na co dzień, musi wam wystarczyć Alicja.

Dzieci przytuliły się do matki, ale już za chwilę rozbiegły się po placu zabaw, wesoło machając do niej, jakby nie było rozmowy.


ROZDZIAŁ 4

Młody, około dwudziestopięcioletni mężczyzna podniósł słuchawkę telefonu, który od kilku minut natrętnie dzwonił.

- Agencja Ogród Marzeń. Jeżeli chcesz zamówić piękny kwiat - wciśnij jeden, jeżeli chcesz zgłosić reklamację - wciśnij dwa, jeżeli dzwonisz do nas po raz pierwszy - wciśnij trzy.

Na aparacie zaświeciła się lampka z numerem jeden.

- Witam serdecznie, jaki kwiat?

- Lawenda - głos po drugiej stronie był pewny siebie, a zarazem drżał jak gitarowa struna.

- Kiedy?

- W sobotę.

- Chwileczkę, muszę sprawdzić czy ten kwiat będzie dostępny - krótka chwila,            

przerywana uderzeniami w klawiaturę komputera, dla rozmówcy trwała zbyt długo. - Przykro mi, ale Lawendy na sobotę nie można zamówić.

- W takim razie niedziela - męski głos zaczynał brzmieć coraz bardziej niecierpliwie.

- Przykro mi, ale Lawenda będzie niedostępna przez kilka następnych dni, może zaproponuję panu inny…

- Nie! Dziękuję, spróbuję innym razem.

Głośny trzask odkładanej słuchawki zagrzmiał w uchu mężczyzny jak grom.

Do pomieszczenia weszła elegancko ubrana kobieta w wieku powyżej średniego, ale w rzeczywistości wyglądająca na dużo młodszą. Krótkie, kręcone włosy w kolorze gołębiego srebra opadały jej na czoło niczym biała piana morskich fal. Szczupła, zgrabna sylwetka dodawała uroku fiołkowej garsonce, a jasne buty na wysokich, wąskich obcasach były tylko skromnym dodatkiem do jej wciąż pięknych i smukłych nóg.

- Co słychać Olafie, jak tam twoja            

narzeczona? - podeszła do biurka i jak nastolatka wskoczyła na blat, siadając dostojnie z kolanami skierowanymi w jedną stronę.

- Dziękuję, dobrze - mężczyzna prawie niezauważalnie zaczerwienił się na widok szefowej. - Odkąd ustaliliśmy datę, o niczym innym nie potrafi mówić tylko o ślubie i weselu.

Kobieta uśmiechnęła się.

- A jak nasze zlecenia?

- Znowu ktoś chciał Lawendę - mężczyzna zamyślił się i popatrzył na swoją pracodawczynię z wyrazem zachwytu. - Niech mi pani powie, co ta kobieta ma takiego w sobie, że faceci tak o nią zabiegają?

- Hmm, myślę, że oprócz tego, że wygląda jak zjawisko nie z tej ziemi, to chyba zna się na tym, co robi.

- Ale wszystkie nasze… ogrodowe roślinki i kwiatki to mistrzynie w swoim fachu, gdyby tak nie było, nie mielibyśmy tylu dewizowych klientów.

- Masz rację, ale jak w każdym ogrodzie, jedne kwiaty pachną mocniej inne słabiej. Jedne kwiaty są piękne, inne nie, a lawenda w każdym ogrodzie jest nie tyle piękna, co zmysłowa. Jej zapachu nie można porównać z żadnym innym kwiatem.

- Mówi pani jak doświadczony ogrodnik.

- Oj, Olafie, bo ja jestem doświadczoną ogrodniczką, nie widać tego po naszym otoczeniu? - Kobieta wskazała ręką na piękny ogród otaczający budynek ze wszystkich stron.

- Szkoda tylko, że tego naszego ogrodu nie może oglądać zwykły śmiertelnik - mężczyzna burknął pod nosem, spoglądając w stronę szklanych drzwi prowadzących na taras.

Kobieta roześmiała się.

- Raj jest tylko dla nielicznych, zapamiętaj to sobie. Wysoki mur otaczający nasz ogród, jest tylko skromną przeszkodą dla tych, którzy chcieliby się dostać do raju, nie mając zbyt wiele do zaoferowania naszym aniołom.

Zeskoczyła z biurka i delikatnie dotknęła twarzy młodego człowieka. Mężczyzna poczuł, jakby go popieścił prąd o niskim napięciu. Kobieta odwróciła się od niego i zwiewnym krokiem opuściła pomieszczenie.

Olaf siedział dłuższą chwilę jak zahipnotyzowany, ale dzwonek w jego prywatnym telefonie komórkowym szybko ściągnął go na ziemię. Spojrzał na ekran telefonu i uśmiechnął się.


ROZDZIAŁ 5

Czarna Toyota podjechała pod hotel „Heweliusz” i kierowca pewnym krokiem wszedł do hotelowej restauracji. Rozejrzał się dookoła i zdecydowanie podszedł do stolika, przy którym siedział lekko szpakowaty mężczyzna w garniturze od Pierre Cardina. Kierowca zmierzył swojego klienta od stóp do głów i z zazdrością popatrzył na szklankę trunku, jaka stała przed mężczyzną. Nie miał problemów z podejściem do właściwego faceta, bo znakiem rozpoznawczym był mały bukiecik lawendy, leżący na restauracyjnym            

stoliku. A poza tym, znał tego mężczyznę, bo już kilkakrotnie zawoził go w ustalone miejsce.

- Pan pozwoli ze mną - ukłonił się nisko, chociaż w ustach poczuł ból zaciskanych zębów.

Mężczyzna dopił swojego drinka, po czym wstał, położył na stoliku banknot stuzłotowy i posłusznie wyszedł za kierowcą.

Przyciemnione szyby nie pozwoliły mu na podziwianie uroków miasta. Matowa przegroda między nim a kierowcą również nie umożliwiła mu przeanalizowania trasy, jaką pokonywał wiozący go samochód. W tle słychać było cichutkie dźwięki amerykańskiego bluesa. Jechali w milczeniu około godziny. Przez szybę, oddzielającą pasażera od kierowcy, mężczyzna zauważył wolno zmieniający się widok zabudowań miejskich na bardziej płaski, - wiejski krajobraz. Chociaż jechał tą trasą nie pierwszy raz, ciągle ciekaw był miejsca, do którego jest wieziony. Tajemnicza okolica była ściśle strzeżonym miejscem i żaden            

taksówkarz z Trójmiasta nie potrafił nigdy go tam zabrać. Każdy wiedział, że takie miejsce istnieje, ale nikt dokładnie nie wiedział gdzie to jest. Samochód zaczął zwalniać, aż w końcu zatrzymał się. Pasażer usłyszał dobrze znany mu odgłos otwieranej bramy i auto wolniutko wjechało na posesję. Zaciemnione szyby automatycznie opuściły się, ukazując obraz pięknego ogrodu, którego centralny punkt stanowiła malownicza fontanna. Samochód podjechał pod budynek i kierowca, po zaparkowaniu, wysiadł otwierając drzwi od strony pasażera.

- Zapraszam pana do środka - powiedział uprzejmym tonem, chociaż „uprzejmość” to było ostatnie, co można było wyczytać z twarzy.

Mężczyzna wyszedł na zewnątrz i stanął na podłożu wysypanym maleńkimi białymi kamyczkami. Spojrzał w stronę budynku przypominającego wyglądem dziewiętnastowieczny pałacyk, jaki kiedyś odwiedził w miejscowości Paszkówka. Na widok jednego z okien, w którym wiatr            

delikatnie poruszał fioletową firanką, uśmiechnął się. Wszedł po białych, marmurowych schodkach do środka i rozejrzał się dookoła.

Przy drzwiach przywitał go postawny, młody mężczyzna, którego karnacja kojarzyła mu się z kawą cappuccino. W dużym, wysokim holu, na jednej z eleganckich, skórzanych sof siedziała starsza kobieta, szeroko uśmiechając się do niego. Wyciągnęła ręce w jego stronę, jakby oczekiwała dawno niewidzianego krewnego.

- Witaj Henry! - zawołała melodyjnym głosem i zwinnym jak na swój wiek krokiem zbliżyła się do mężczyzny.

- Witaj Magnolio! - mężczyzna delikatnie ucałował policzki kobiety i uniósł do ust jej wypielęgnowane dłonie. - Nic się nie zmieniasz. Jak to robisz, że czas się dla ciebie zatrzymał?

- Och ty obłudniku! Potrafisz oczarować nawet tak starą osobę, jak ja - kobieta roześmiała się i wskazała na duże, szerokie fotele stojące wokół szklanego stołu.

- Co mogę ci zaproponować do picia?

- Nic! - mężczyzna odpowiedział stanowczym tonem. - Wypiłem drinka w hotelu i zostawiam sobie miejsce na kolację z…

- Lawendą? - kobieta badawczo spojrzała w oczy mężczyzny.

- Tak - opuścił wzrok jak zawstydzone dziecko.

- Cieszę się, że jest w moim ogrodzie kwiat, który spodobał ci się szczególnie, ale inne również są piękne i zmysłowe. Pamiętaj o tym. I one potrafią zabrać mężczyznę…

- Już kiedyś o tym rozmawialiśmy Magnolio - mężczyzna gwałtownie przerwał swojej rozmówczyni. - Nie interesują mnie inne kwiaty z twojego ogrodu!

- Przepraszam - kobieta położyła dłoń na ręce mężczyzny i uśmiechnęła się. - Nie musisz się zaraz tak irytować, chciałam tylko…

- Wiem co chciałaś! - Henry ponownie wszedł jej w słowa, nie ukrywając                 

narastającego zdenerwowania. - Mnie interesuje tylko ten jeden kwiat! Zapamiętaj to sobie - ścisnął jej rękę być może trochę zbyt mocno, ale kobieta z udawaną obojętnością przyjęła ten gest za przyjacielski. - Wybacz, ale nie przyjechałem tutaj na pogaduszki z tobą, więc pozwól, że pójdę już do mojej rabatki.

Magnolia wysunęła dłoń z ręki Henry’ego. Bez słowa odeszła w stronę szklanych drzwi, za którymi rozciągała się efektowna oranżeria.

Mężczyzna z bólem w oczach spojrzał za odchodzącą kobietą. Wiedział jednak, że gdyby kategorycznie nie przerwał tej bezsensownej rozmowy, zatrzymałaby go na, co najmniej godzinę, a on zdecydowanie wolał spędzić ten cenny czas w innym towarzystwie. Uwielbiał tę kobietę i znał ją, odkąd dowiedział się o istnieniu jej ogrodu. Pod wieloma względami przypominała mu jego nieżyjącą już matkę. Zawsze czuła i bezpośrednia, traktowała go nie jak klienta, ale jak kogoś bliskiego. Nie był jednak do            

końca pewien czy działo się to za sprawą jej uroku, czy jego pieniędzy pozostawianych w tym miejscu. Takich klientów jak on miała zapewne wielu, ale to, co oferowała, warte było każdych pieniędzy. Kiedy po raz pierwszy usłyszał o tym miejscu i dotarło do niego ile kosztuje „zerwanie” jednego kwiatu z „ogrodu” miał wrażenie, że się przesłyszał. Zwykła ciekawość poprowadziła go dalej. Z pieniędzmi nigdy nie miał problemów, odkąd ojciec wprowadził go do swojej korporacji, jako wspólnika. Ale wydanie takiej sumy, na potencjalną przyjemność graniczyło z szaleństwem. A jednak postanowił zaryzykować. Ot, zwykła zabawa, zwykły gest narcyzowatego młodzieńca, któremu pieniądze łatwo wpadały do portfela. Mimo upływu czasu wracał tu za każdym razem, kiedy interesy skierowały go do Polski.

Spojrzał na wysokie, kręcone schody prowadzące na piętro i poczuł, że serce zaczyna mu bić coraz intensywniej. Jeszcze raz zerknął w stronę szklanych drzwi, za którymi zniknęła Magnolia i powoli zaczął            

wchodzić na górę. Przed drzwiami, które miały mu otworzyć kolejne wejście do raju, przystanął i wziął głęboki oddech. Serce już waliło mu jak młot. Delikatnie nacisnął klamkę w kształcie węża i wśliznął się do środka. Od progu poczuł ten tak dawno wyczekiwany zapach, który ogarnął wszystkie jego zmysły i wszystkie części ciała. Z zamkniętymi oczami i z aptekarską dokładnością mógłby powiedzieć, co i gdzie się znajduje. Rozejrzał się dookoła i na widok kamiennych, białych donic, w których z królewskim majestatem prezentowały się rośliny bujnie obdarzone drobnymi fioletowymi kwiatkami, poczuł mrowienie na całym ciele. W pokoju unosił się zapach zarówno kwiatów, jak i świec ustawionych na różnych poziomach w kryształowych świecznikach o kształcie kielichów. Przeszedł kilka kroków do przodu i zatrzymał wzrok na białej sofie. Kobieta, która leżała na niej, spędzała mu sen z powiek przez długie miesiące, kiedy nie mógł z różnych powodów pozwolić sobie na odwiedziny u niej.            

Zapłaciłby każdą cenę, aby ją ponownie zobaczyć. Podszedł bliżej i zaczął mierzyć wzrokiem ciało tej, dla której poświęciłby całe swoje życie. Zdjął marynarkę i niedbale rzucił ją na stojący obok sofy fotel. Przyklęknął na miękkim dywanie i zaczął delikatnie całować jej stopy ozdobione drogimi sandałami na prawie dziesięciocentymetrowym obcasie. Przesuwał usta powoli w górę, czując pod wargami jej delikatnie pachnące ciało. Kiedy dotarł do kolan, podniósł głowę i spojrzał na twarz kobiety. Leżała z przymkniętymi powiekami, głowę miała opartą na podgłówku sofy. Wydawało mu się, że jej usta lekko unoszą się w uśmiechu. Zaczął więc kontynuować to, co przerwał kilkanaście sekund wcześniej. Kiedy jego usta dotknęły wewnętrznej strony ud kobiety zauważył, że jej pośladki prawie niezauważalnie uniosły się w górę, a plecy wygięły w łuk. Poczuł dużą dawkę satysfakcji. Wiedział, że często ich role zmieniają się i większą radość dawało mu to, że doprowadzał ją do ekstazy, niż to, co ona potrafiła zrobić, zaspokajając jego pożądanie.            

To było warte każdych pieniędzy.

Usiadł na dywanie i zaczął się jej przyglądać.

- Dlaczego przestałeś? - zapytała nie otwierając oczu.

- Muszę zostawić coś na później - szepnął, delikatnie głaszcząc jej udo. - Tęskniłem za tobą, a ty?

- Nawet nie wiesz, co przeżywałam czekając na ten dzień - kobieta spojrzała na niego i dotknęła dłoni wędrującej po jej gładkim ciele.

- Ciekawy jestem czy mówisz to szczerze, czy jest to część twojej pracy?

Lawenda gwałtownie usiadła i zmierzyła Henry’ego takim wzrokiem, jakby miała ochotę zadać mu bardzo bolesny cios.

- Dlaczego mnie ranisz!? - zapytała.

- Przepraszam - mężczyzna szepnął nie odrywając wzroku od jej dużych, zielonych oczu, w których błysnęły ogniki żalu.

Dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, przyglądając się sobie nawzajem.

- Długo cię nie było, myślałam, że…

- Zrezygnowałem? - przerwał jej w połowie zdania. - Dobrze wiesz, że nie mógłbym. Jesteś jak narkotyk, który wciąga mimo odwyku.

Uśmiechnęła się i wstała z sofy, podchodząc do okrągłego stolika zapełnionego butelkami różnych alkoholi.

- Napijesz się czegoś?

- Wolałbym, abyśmy najpierw zjedli kolację. Wiesz dobrze, że alkohol nie jest moim ulubionym trunkiem.

- Jak chcesz. W takim razie pozwól, że się przebiorę - kobieta badawczo spojrzała na swojego gościa.

- Jak dla mnie nie musisz… - ogarnął wzrokiem jej zwiewny peniuar, nałożony bardziej dla ozdoby niż dla ukrycia ciała, pod którym bardzo wyraźnie prezentowała się zmysłowa damska bielizna.

Kobieta roześmiała się.

- To zdecyduj, czy kolację zjemy w pokoju, czy idziemy na dół do restauracji.

- A jak ty wolisz? - zapytał, nie odrywając oczu od jej zaokrąglonych kształtów.

- Ty tu rządzisz!

- W takim razie chodźmy do restauracji. Uwielbiam rozbierać cię potem z tych trudnych sukien - mrugnął porozumiewawczo.

- Daj mi minutę - szepnęła i pocałowała go w czubek głowy, po czym zniknęła za drzwiami, za którymi znajdowała się jej garderoba.

Henry podszedł do stolika i nalał sobie do szklanki wody gazowanej. Wypił całą zawartość w takim tempie, jakby chciał ugasić ogień, który rozprzestrzeniał się w jego organizmie. Podszedł do szerokiego lustra i poprawił koszulę oraz krawat. Założył marynarkę i cierpliwie czekał na przybycie swojej muzy.

Kiedy weszła, zaparło mu dech w piersi. Jej uroda lśniła jeszcze bardziej w długiej satynowej sukni w kolorze indygo. Dopasowany krój wyraźnie podkreślał jej kobiece kształty, a sznur białych pereł dopełniał elegancji.

Uśmiechnęła się na widok jego konsternacji i podeszła do drzwi. Zaczekała, aż otworzy je przed nią. Zeszli po wewnętrznych schodach, na duży taras, przypominający oranżerię. Przy kilku stolikach siedziały również zjawiskowo wyglądające kobietykwiaty w towarzystwie swoich adoratorów.

Henry skinął głową do jednego z nich i podszedł do stolika, przy którym zawsze jadali. Każdy „kwiat” miał swój stolik, którego obrus i wystrój pasowały do nazwy. Odsunął krzesło i pozwolił, aby Lawenda wygodnie usiadła za stołem. Zajął drugie, dokładnie naprzeciw niej i z całą radością, jaka emanowała z jego duszy, zaczął przyglądać się swojej partnerce. Zanim nasycił oczy jej wizerunkiem, podszedł do nich młody Hindus w nieskazitelnie białej liberii i ukłonił się nisko.

- Witam pana - uśmiechnął się do Henry’ego i podał mu kartę win. - Polecam Chateau Bevchevelle z 1959 roku.

- Świetny wybór Adil - Henry odwzajemnił uśmiech - mam nadzieję, że twoja propozycja            

jest odzwierciedleniem twojego imienia.

Lawenda uniosła brwi i zaskoczona spojrzała na obu mężczyzn. Henry oddał kelnerowi kartę win i uśmiechnął się.

- Imię Adil w języku indyjskim oznacza „szczery”- nachylił się nad stołem i konspiracyjnym tonem wyjaśnił kobiecie istotę wypowiedzianych wcześniej słów.

Kelner ukłonił się ponownie i odszedł, pozostawiając gości samych.

- Domyślam się, że jako danie główne wybrałaś mój ulubiony zestaw?- szepnął Henry.

Kobieta zrobiła tajemniczą minę i kiwnęła głową potwierdzająco.


ROZDZIAŁ 6

Olek wysiadł z samochodu i rozejrzał się dookoła. Wysoki mur otaczający piękny, zadbany ogród, nad którym pracowało dwóch ogrodników nadzorowanych osobiście przez właścicielkę, czyli panią Magnolię, stanowił istną fortecę dla kogoś, kto zechciałby zajrzeć            

do środka. Wykopana fosa granicząca z murem, miała skutecznie odstraszać nieproszonych gości, którzy mieliby ochotę przedostać się przez ogrodzenie. Sześć okazałych dogów kanaryjskich leniwie odpoczywało w różnych częściach ogrodu.

Za każdym razem, gdy opuszczał bezpieczną przystań wnętrza swojego samochodu, z duszą na ramieniu rozglądał się za ewentualnym towarzystwem czarnych czworonogów. Psy wyglądały bardzo przyjaźnie, ale na krótki gwizd swojej pani potrafiłyby pewnie rozszarpać nawet żubra.

Na szczęście czworonogi znajdowały się dość daleko od niego, więc poczuł, że zagrożenie nie jest tak realne, jak podpowiadała mu wyobraźnia. Wszedł do budynku i od razu skierował się do pokoju szefowej. Zapukał delikatnie do drzwi i odczekał dłuższą chwilę zanim usłyszał głos właścicielki.

- Proszę!

Wszedł do środka, zastanawiając się jak zareaguje Magnolia na wieść, że amerykański            

pisarz i dziennikarz, o którym wcześniej jej wspominał, dotarł już do Trójmiasta.

- O co chodzi Olku? - zapytała, nie podnosząc głowy znad laptopa.

- Dzień dobry. Chciałem… to znaczy…

- Jezu, człowieku! Czy nie możesz mówić jaśniej?

- Tak… to znaczy…

- Olek! - zawołała wstając zza biurka i energicznym krokiem podeszła do mężczyzny.

- Bo widzi pani, on już jest - wydukał, czując wielką, twardą kulę w gardle.

- Kto?

- Paul Nerzewski.

- Kto? - spojrzała na niego z zaskoczeniem - klient?

- Nie, mój znajomy, ten ze Stanów. Pisarz, który…

- Ach, już sobie przypominam - Magnolia machnęła ręką w powietrzu jakby odganiała muchę. - No, to proś go do mnie.

- Ale…

- Co znowu? - kobieta spojrzała na swojego kierowcę, jakby chciała go zabić wzrokiem.

Olek poczuł ciarki przechodzące po plecach, a ciało pod uniformem spociło się jak w czterdziestostopniowym upale.

- Dobrze, idę po niego, bo… on stoi przed bramą. Nie wiedziałem czy pani zechce go teraz widzieć, dlatego pozostawiłem go na zewnątrz.

Kobieta spojrzała w sufit i złożyła dłonie jak do modlitwy.

- Boże, chroń tego człowieczka, bo kiedyś go zabiję. No to idź po niego, na co czekasz? - zerknęła na Olka i pchnęła go w stronę drzwi.

Mężczyzna uśmiechnął się przepraszająco i wyszedł z pokoju.

Nie minęło pięć minut a ponownie zapukał do drzwi gabinetu swojej szefowej. Tradycyjnie musiał odczekać dłuższą chwilę zanim się odezwała. Wszedł do środka, wpychając przed sobą Pawła. Kobieta stała przed dużymi szklanymi drzwiami            

prowadzącymi do ogrodu i przyglądała się harcom dwóch ze swoich pupili. Olek chrząknął, co sprawiło, że Magnolia gwałtownie odwróciła się w stronę mężczyzn.

- Dzień dobry pani, nazywam się…

- Wiem jak się pan nazywa! - przerwała mierząc gościa od stóp do głów. - Miło mi pana poznać. Mam nadzieję, że nasza znajomość zaowocuje czymś tak pięknym i ciekawym jak mój ogród. - Wskazała ręką w stronę szklanych drzwi i roześmiała się.

- Ja też mam taką nadzieję pani Magnolio - Paweł zarumienił się jak mały chłopiec przyłapany na jakimś łobuzerstwie.

- W takim razie, co chciałby pan wiedzieć? - kobieta przeszła od razu do rzeczy, dając jednocześnie do zrozumienia, że ceni swój czas.

Olek przyglądał się obojgu i nie wiedział czy wyjść i zostawić swojego przyjaciela sam na sam z szefową, czy pozostać i posłuchać tego, co będzie opowiadała. Magnolia jakby dopiero teraz zauważyła jego obecność.

- A ty idź do oranżerii i powiedz, żeby Adil przyniósł nam szampana i coś do zjedzenia.

Kierowca skinął głową i bez słowa wyszedł z pokoju.

- Tak więc, na czym stanęliśmy?

Paweł spojrzał na kobietę i roześmiał się.

- Na niczym nie stanęliśmy, bo jeszcze nawet nie zaczęliśmy.

- No tak, fakt. - Magnolia zrobiła zakłopotaną minę, ale nie speszyła się odpowiedzią swojego rozmówcy. - Proszę pytać, postaram się odpowiedzieć w miarę szczerze na każde pańskie pytanie.

- Jeżeli nie sprawi to pani kłopotu, to proszę mówić mi po imieniu. Nie jestem przyzwyczajony do tytułowania mnie „panem”.

- O.K. Paul, od czego mam zacząć?

- Może od tego, skąd wziął się pomysł założenia tego specyficznego „ogrodu”.

Magnolia zamyśliła się i popatrzyła na swojego gościa badawczym wzrokiem. Był bardzo podobny do jednego z jej pierwszych            

klientów, w którym na swoje nieszczęście zakochała się, a miłość i seks w tym zawodzie nigdy nie mogły stanowić dobranej pary.

- Zaczęłam swoją karierę… jako siedemnastoletnia dziewczyna, która marzyła o wielkim świecie i wielkich pieniądzach, a której rodzice byli tylko ubogimi rybakami...

Przypomniała sobie ten pierwszy, pozornie normalny dzień. Siedziała na murku gdyńskiego bulwaru i wpatrując się w statki przepływające wolno w stronę Helu i Gdańska, marzyła o wielkiej, płomiennej miłości do jakiegoś przystojnego oficera w białym mundurze. Oczami wyobraźni widziała swój piękny ślub i miliony kwiatów, które on rozsypywałby pod jej stopami. Zatopiona w myślach nie zauważyła, że niebo gwałtownie zachmurzyło się. Nagle zaczęło lać jak z cebra. Szybko zeskoczyła z murku i zaczęła biec w stronę ulicy. Pech chciał, że zanim dobiegła do pierwszego drzewa, pod którym chciała się schronić, przewróciła się. Noga, która zetknęła się z płytą chodnikową zaczęła okropnie boleć. Z kolana wąskim            

strumieniem popłynęła krew, zabarwiając ziemię. Usiadła na chodniku i zaczęła płakać. Zakryła twarz dłońmi i głęboki szloch wstrząsnął jej ciałem. Nagle poczuła na swoim ramieniu czyjąś mocną dłoń. Podniosła oczy. Zobaczyła nad sobą duży czarny parasol i mężczyznę mniej więcej w wieku jej ojca, w białym mundurze - takim, jaki widziała kilka minut wcześniej w swoich marzeniach. W pierwszej chwili pomyślała, że uderzenie spowodowało u niej omamy, ale mężczyzna uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. Podniosła się i podziękowała za pomoc, chcąc iść dalej mimo deszczu. Krwawiące kolano rwało i bolało jak diabli. Mężczyzna podał jej swoje ramię wskazując głową w stronę Domu Marynarza. Powiedział coś w niezrozumiałym dla niej języku. Gestami wyjaśnił, że chce, aby zajęła się nieco swoim wyglądem, zwłaszcza krwawiącym kolanem. Skinęła głową i poszła z nim.

W budynku mężczyzna powiedział coś do stojącej w holu dziewczyny, a ta - spoglądając na nią jak na dzikie zwierzę, złapała za rękę            

i poprowadziła do damskiej toalety. On sam skierował się w stronę baru. Kiedy się odwróciła, pomachał jej i mrugnął porozumiewawczo. Uśmiechnęła się zakłopotana i skinęła głową, dając wyraz wdzięczności za okazaną pomoc.

- Nie jesteś za młoda na mewkę? - usłyszała głos dziewczyny, która próbowała zetrzeć błoto z jej krótkich spodenek.

- Nie jestem mewą! - odpowiedziała ostrym, zdecydowanym głosem.

- Nie? - dziewczyna uniosła brwi, uśmiechając się lekceważąco.

- Nie! A co? Wyglądam na taką?

- No może i nie wyglądasz, ale masz duże szanse, skoro nawet komandor Bergo zwrócił na ciebie uwagę. A jest raczej dość wybredny.

- Ten facet jest komandorem? - zapytała, otwierając ze zdziwienia usta.

- A co, może nie wiedziałaś?

- Wyobraź sobie, że nie! Nie znam się ani na stopniach wojskowych, ani marynarskich! - zawołała, nie ukrywając wzburzenia.

- Dobra, już dobra, wyluzuj mała. Ale tak z ciekawości, powiedz mi ile bierzesz?

- Biorę? Za co? - poczuła, że zaraz jej puszczą nerwy i zrobi dziewczynie jakąś krzywdę.

- Nie bierzesz? Przepraszam, nie chciałam księżniczki urazić, ale z takimi warunkami - dotknęła jedną dłonią piersi a drugą pośladka - mogłabyś być gwiazdą.

Dziewczyna uniosła do góry kciuk i potakująco kiwnęła głową.

- Wiesz ile dostaje za noc taka młoda mewka?

- Nie jestem mewą! - powtórzyła, ale rozmowa z obcą dziewczyną zaczęła ją coraz bardziej interesować.

- Możesz zarobić nawet sto baksów.

- Sto baksów? - wycedziła, czując jak serce zaczyna jej bić jak oszalałe.

- No… pod warunkiem, że się bardzo postarasz i…

- I co?

- I będziesz pracowała tylko z „porządnymi” ludźmi.

- Co masz na myśli? - przełknęła ślinę, czując jak krew zaczyna jej uderzać do głowy.

- Przyjdź jutro do Cyganerii, tylko nie w takim stroju - dziewczyna spojrzała na jej gołe nogi i bluzkę na cienkich ramiączkach, którą zrobiła sobie na szydełku z jakieś starej włóczki znalezionej u babci. - Ubierz się jak do kościoła, tylko bez przesady i malnij trochę oko.

- O której mam być?

- No… - dziewczyna zamyśliła się. - Około siedemnastej.

- Fajnie, będę! - powiedziała i otworzyła drzwi toalety.

Chciała już pobiec do domu, żeby przeszukać szafę, ale dziewczyna złapała ją za nadgarstek i zatrzymała. Z bardzo poważną miną spojrzała w jej duże niebieskie oczy.

- Pytaj o Marylę, to taka wysoka blondyna. Gdy ją zobaczysz to powiedz, że przysłała cię Iwona z de-em.

- Maryla, Iwona z de-em. Zapamiętałam, dzięki.

Już miała zamiar wyjść, kiedy coś przyszło jej do głowy.

- Hej, a co to jest de-em?

- Dom Marynarza - dziewczyna roześmiała się i minąwszy ją, wyszła z toalety.

Magnolia spojrzała na Pawła a jej oczy nagle posmutniały, jakby przypomniała sobie coś złego.

- I tak to się zaczęło. W pewnym sensie bieda moich rodziców, którzy mieli na utrzymaniu dziewięcioro dzieci, pchnęła mnie w ramiona rozkoszy mężczyzn, dającej głównie dolary. - Odwróciła głowę i spojrzała w kierunku dużej muszli stojącej na mahoniowym sekretarzyku. - To pamiątka z czasów, kiedy zaczęłam być mewką.

- Musiała być pani dobra w tym, co robiła, skoro doszła do takiego bogactwa - Paweł z uznaniem pokręcił głową.

- Może i byłam dobra - roześmiała się. - Wtedy jednak te „dobre” nie dawały byle            

gdzie i byle komu. Jeśli były naprawdę dobre, miały swoich stałych klientów, którzy przypływając do portu mieli je na cały czas pobytu na wyłączność. Gdy dziewczyna miała odpowiednie warunki i trafiła w odpowiednie ręce, to nie musiała pracować tak jak inne, na przykład te mewki portowe. One, biedactwa, czekały na nabrzeżu na każdy statek i zadowalały się nawet zwykłym marynarzem. Ja miałam to szczęście, że trafiłam pod odpowiednie skrzydła i miałam swoich stałych klientów. Lepiej chyba mieć kilku niż wielu. A ten dom - wskazała dłońmi dokoła - to spadek po jednym z nich. Tak się we mnie rozkochał - zaśmiała się jak mała dziewczynka - że kupił dom z dala od miasta, aby mnie mieć, tylko dla siebie. Zamykał mnie w tej złotej klatce i robił ze mną co chciał. Był starszy od mojego ojca, ale portfel miał bardziej okazały od taty - Magnolia roześmiała się. - Zmarł po pięciu latach naszej znajomości, zostawiając mi w spadku nasze małe gniazdko.

ROZDZIAŁ 7

Kolacja dobiegła końca i Lawenda wyraźnie czuła w swojej głowie działanie wina. Bała się pomyśleć o tym, jak zareagują jej nogi po tym, ile w siebie wlała. Nie przyznała się swojemu klientowi, że przed jego przyjściem wypiła dwa porządne drinki, chociaż było to wyraźnie zabronione. Magnolia ostro karała za nieprzestrzeganie reguł, ale jej było dzisiaj wszystko jedno. Była zła na swoją szefową za to, że zniszczyła jej plany spędzenia czasu z dziećmi. Jednak z drugiej strony ucieszyła się na wiadomość, że ma spotkać się właśnie z tym klientem. Kiedy Magnolia powiedziała jej, że to ktoś wyjątkowy, domyśliła się o kogo chodzi. Nie była pewna tego, co czuje do mężczyzny, który od kilku lat ze wszystkich „kwiatów” wybierał właśnie ją. Nie zachowywał się tak, jak inni, traktował ją w zupełnie odmienny sposób. Zachowywał się wobec niej tak, że praca stawała się dla niej przyjemnością. Mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że chwilami tęskniła za nią.

Henry wstał od stolika i podszedł do niej.

Podał jej swoją dłoń i spojrzał w oczy tak, jakby czytał w jej myślach.

- Chodźmy na górę - szepnął, delikatnie całując opuszki jej palców.

Wstała i opierając się na jego ramieniu pozwoliła się poprowadzić jak ślepiec. Weszli do pokoju przesiąkniętego zapachem fioletowych kwiatów i Henry przyciągnął ją do siebie próbując pocałować jej usta. Odwróciła swoją twarz w bok i zamknęła oczy.

- Nie mogę. Wiesz, że reguły na to nie pozwalają.

Przytulił ją do siebie i delikatnie muskając ustami jej płatki uszu roześmiał się.

- Lawendo, jakie reguły?

Złapał jej podbródek i zbliżył swoją twarz do jej policzka.

- Gdyby Magnolia wiedziała ile reguł łamiesz, to pewnie nie byłaby zadowolona. A to jest tylko zwykły pocałunek. Nic więcej.

Zdała sobie sprawę z tego, że on wyczuł alkohol, który wypiła przed jego przyjściem. Aby go jakoś udobruchać położyła dłoń na            

wzniesieniu jego krocza i delikatnie zaczęła poruszać palcami.

Złapał ją za nadgarstek i odchylił rękę do tyłu.

- Proszę cię, nie poniżaj się. Nie uciekaj się do tanich chwytów. Wolę bardziej wyszukane metody uprawiania miłości.

Przejechał dłonią po jej gołych plecach, gdzie suknia zostawiła sporo miejsca do pieszczot i delikatnie pocałował jej szyję. Poczuł, że ciałem kobiety wstrząsnął dreszcz.

- No i to lubię - szepnął.

Jedną ręką głaskał jej plecy a drugą wolnymi ruchami odpinał swoją marynarkę, a później koszulę. Kiedy obie części jego garderoby opadły na podłogę, zaczął spokojnie zsuwać z ramion suknię Lawendy, odkrywając urok jej ciała i zmysłowej bielizny ukrytej pod satynowym materiałem. Dotknął ustami piersi wypływającej ze stanika i poczuł jak wszystkie jego zmysły zaczynają taniec pożądania. Zsunął ramiączka stanika i odpinając haftki na plecach już czuł, że jego ciało jest na granicy eksplozji. Na szczęście            

potrafił zapanować nad podnieceniem, bo bardziej pragnął najpierw zadowolić swoją partnerkę niż samego siebie. Stanik opadł na podłogę, a on zaczął pieścić jej okrągłe, delikatne piersi doprowadzając ją do stanu, w jakim sama przestawała panować nad własnym ciałem. Wsunął rękę w jej koronkowe figi i czując gotowość ze strony kobiety szybko doprowadził do tego, że dolna część bielizny znalazła się na podłodze. Kobieta wyglądała jakby zaraz miała stracić przytomność. Szybko wziął ją na ręce i zaniósł do miejsca rozkoszy, jak nazywali w tym domu szerokie łoże. Atłasowa pościel na kilka sekund schłodziła rozpalone ciała. Lawenda leżała na łóżku jak bogini miłości, cierpliwie czekając na dalszy ciąg rozpoczętej gry.

Henry ukląkł obok łóżka i szybkimi ruchami zdjął z nóg kobiety buty odrzucając je na drugi koniec pokoju. Wzrokiem zaczął błądzić po jej ciele dotykając opuszkami palców jej aksamitnej skóry. To był widok, za którym tak bardzo tęsknił. To gładkie, opalone ciało, które rozpalało jego zmysły,            

gdy tylko zamykał oczy.

Lawenda lekko uniosła się i wplotła palce dłoni w jego włosy. Tak bardzo pragnęła przyspieszyć bieg wydarzeń, że przestawała panować nad sobą. Kiedy poczuła jego usta wędrujące wzdłuż ciała miała wrażenie, że za chwilę eksploduje, zanim jeszcze dojdzie do ostatecznego posunięcia. Żaden inny mężczyzna nie działał na nią tak, jak ten mieszkaniec szwajcarskiej miejscowości, o której wiedziała tylko tyle, że leży nad Jeziorem Bodeńskim, w otoczeniu pięknych gór. Przy tym człowieku jej zmysły pracowały jak szalone, domagając się rozkoszy, jakiej nikt inny nie potrafiłby jej zapewnić.

Henry jednak nie spieszył się. Dobrze wiedział jak działa na ciało tej kobiety, dlatego starał się jak najbardziej ograniczyć dotyk ich ciał. Zobaczył jednak, że Lawenda przestaje panować nad swoim zachowaniem i chociaż to ona miała pracować nad nim, a nie odwrotnie, czuł swoją władzę nad jej ciałem. Szybkim ruchem ściągnął spodnie i położył się, przykrywając całym sobą gorące            

ciało kobiety. Wsunął się w nią i powolnymi ruchami doprowadził ją do takiego orgazmu, o jakim niejedna kobieta potrafiła tylko marzyć. Kiedy oplotła jego pośladki nogami, spiesznie ugasił swoje pożądanie. Słyszał jej szybki oddech. Sam ledwo mógł złapać powietrze, tak mocno pracowało jego serce. Przesunął się na bok i oparł głowę na łokciu, pozwalając sobie na ucztę dla oczu. Kciukiem przesuwając po spoconym ciele kobiety, każdą częścią swojego mózgu starał się zapamiętać to, co ogarniał jego wzrok i co czuło jego ciało.

- Kto tu komu powinien zapłacić za usługę? - Lawenda spojrzała na niego i delikatnie pogłaskała jego policzek.

- Zostaw to i wyjedź ze mną - szepnął, nie zaprzestając wędrówki po jej ciele.

- Wiesz dobrze, że nie mogę - odpowiedziała i odwróciła głowę w drugą stronę, czując napływające do oczu łzy.

- Dlaczego?

- To nie jest takie proste.

- A kto twierdzi, że życie jest proste?

- Ty nic nie rozumiesz. Kiedyś z tym skończę, ale jeszcze nie teraz.

Spojrzała na Henry’ego, nie przejmując się tym, że za chwilę jej oczy będą przypominały wodospad.

- Nie rozumiem? To wytłumacz mi.

Dotknęła palcami jego ust i położyła głowę na jego piersi.

- Przytul mnie.

Mocno objął ją swoimi silnymi ramionami. Poczuł, że cała drży.

- Zimno ci?

- Nie - odpowiedziała, wtulając głowę w jego ciało.

- Wytłumacz mi, dlaczego nie możesz ze mną wyjechać?

- Nie wiem, czy potrafię.

- Spróbuj.

- Po pierwsze, mam rodzinę, za którą jestem odpowiedzialna. Po drugie, mam zobowiązania wobec Magnolii. Po trzecie… - westchnęła głęboko i zaczęła szukać w głowie odpowiednich słów.

- Po trzecie…?

- Po trzecie, kiedyś moje ciało będzie wyglądało inaczej. Moja skóra stanie się cienka jak pergamin i będą na niej widoczne tylko starcze plamy i zmarszczenia.

- To co? I tak będziesz dla mnie tym, kim teraz jesteś.

- Czyli dziwką?

Henry gwałtownie podniósł się i usiadł na łóżku, nie zważając na to, że jej głowa opadła na poduszkę zrzucona niespodziewanym ruchem.

- Nie mów tak! Dla mnie nie jesteś dziwką!

- Jestem Henry - szepnęła. - Będziesz o tym pamiętał do końca życia. Przy pierwszej, lepszej okazji przypomnisz sobie o tym i zranisz mnie.


(...)


Powrót do strony głównej

Fragmenty pozostałych książek

Fragment książki Leśniczówka Fragment książki Pamiątka z Paryża Fragment książki Jutra nie będzie Fragment książki Płacz Wilka