Ewa Formella - Leśniczówka

Wyświetl całość
Okładka Ewa Formella Jutra nie bedzie
Jutra nie będzie

* 1 *

Dzieci zmęczone długą podróżą zasnęły. Młoda kobieta otuliła ramiona chustą z kolorowej wełny i cichutko zamknęła drzwi do pokoju, w którym spokojnie spała trójka jej pociech. Zostawiając na małym stoliku, jedną zapaloną świecę, wyszła do pomieszczenia kuchennego, zabierając ze sobą drugą. Wieczór był spokojny, cichy, pachnący sosnowym lasem. Kobieta otworzyła cichutko drzwi na taras i stanęła spoglądając na wiszący nad drzewami księżyc.

Las wyglądał groźnie, ale ona czuła się bezpiecznie otoczona tymi starymi drzewami. Gwieździste niebo układało dla niej piękne obrazy. Nie znała się na astrologii, chociaż kiedyś, dawno temu, brat uczył ją układu gwiazd. To była jego pasja. Ona nie przykładała do tego nigdy większej wagi.            

Dla niej gwiazdy układały się, w tylko dla niej zrozumiałe wzory. Dawno już nie czuła się tak bezpiecznie i spokojnie.

Dwie dziewczynki i chłopiec, wykąpane w letniej wodzie, w starej, stojącej na podwórku, zniszczonej, upływem czasu wannie, którą po przybyciu dokładnie wyszorowała piaskiem, zasnęły tak szybko, że nawet nie dokończyła opowiadania im bajki.

Co wieczór tak właśnie usypiała je.

Jej fantazja o pięknych królewnach i dobrych królewiczach nigdy nie miała końca.

Co wieczór śliczna księżniczka przeżywała wymarzone przygody u boku zakochanego w niej księcia, w baśniowym pałacu, który mieścił się w bezpiecznej krainie.

Dzieci uwielbiały przygody swoich bohaterów. Każdego wieczoru przytulała swoje pociechy całując je na dobranoc i głaszcząc delikatnie ich małe główki. Uśmiechnęła się na myśl o swoich dzieciach, które dawały jej tak wiele radości w życiu, nawet w te smutne i bolesne dni, które musiała spędzać u boku ich ojca.

Na szczęście nie będzie już takich dni, kiedy bała się o siebie, czy o to, co zobaczą dzieci. Już nie będzie musiała zakładać słonecznych okularów idąc do sklepu. Okularów, które skutecznie zakrywały jej podpuchnięte czy posiniaczone oczy.

Ciszę nocy zaczęły nawiedzać przeróżne dźwięki. Gdzieś daleko zawył pies, a może wilk? Na drzewie za domem odezwała się sowa, dla której teraz dopiero rozpoczął się czas aktywnego życia. Delikatne krople letniego deszczu uderzały miarowo i powolutku o dach drewnianej werandy. W powietrzu zaczął unosić się zapach deszczu, zmieszany z zapachem mokrej ziemi oraz kołyszących się delikatnie, jakby w tańcu, sosen.

Kobieta usiadła w starym, bujanym fotelu i okryła się pledem. Przymknęła powieki. Zaczęła wsłuchiwać się w odgłosy nocy, dobiegające do niej ze wszystkich stron lasu. Chociaż sceneria wokół kojarzyła się z filmem grozy, ona czuła się nadzwyczaj spokojnie. Płomień świecy w pokoju dziecięcym zaczął            

powoli dogasać. Ciepły, letni wietrzyk pogłaskał ją po policzku. Postanowiła wrócić do domu i położyć się. Rano czekało ją kolejne starcie z jej trójką łobuziaków i dwoma owczarkami, których energia nigdy nie opuszczała. Weszła najpierw do pokoju dzieci i zgasiła świecę, a następnie udała się do salonu. Postawiła świecę na małym stoliku obok kanapy i jeszcze raz spojrzała w stronę lasu. Gdzieś pod wielką paprocią wpatrywały się w nią dwa maleńkie, żółte punkciki.

Zamknęła okno i położyła się.

Zasypiała myśląc o tym, co czeka ją tutaj w najbliższych dniach, w tej oazie spokoju, na tym pustkowiu. Z dala od cywilizacji i przemocy, z dala od jej mieszkania w bloku, z nowoczesnymi sprzętami, telewizorem, pralką, zmywarką, odkurzaczem, prądem, bieżącą wodą i bolesnymi wspomnieniami. To wszystko zostało daleko i wcale do tego nie tęskniła.

Jutro rozejrzy się po okolicy, postara się dokładnie obejrzeć dom i znaleźć kogoś, kto pomoże jej się tu urządzić tak, żeby dzieci nie            

zapomniały o cywilizowanym świecie. Przyjechali dzisiaj dość późno, więc nie miała okazji sprawdzić, dlaczego nie ma prądu i dlaczego w kranie tylko huczy zamiast wypuszczać wodę. Dzieci były zmęczone długą jazdą samochodem, zresztą ona też.

Jutro, zacznie życie od nowa.

Ma dopiero trzydzieści dwa lata, więc świat stoi przed nią otworem. Trzeba tylko znaleźć drzwi, otworzyć je, wejść i nie bać się rozpoczęcia wszystkiego od nowa.

Powieki kobiety powoli zaczynały się zamykać, robiąc się ciężkie, domagając się odpoczynku.

Jak dobrze...

Jak cicho...

Jak przyjemnie.

Wszystkie myśli oddalają się. Cisza.

- Emi! Emi! Chodź, pobaw się trochę ze mną. Przecież są wakacje, zobacz jak pięknie na dworze, Emi, proszę… - z ogrodu dobiegł błagalny głos małego chłopca.

- Nie mogę teraz. Mama robi orzechowe            

ciasteczka. Muszę pomóc.

- Nic nie musisz, chodź do ogrodu, proszę… - wołał chłopiec - Tak mi tu nudno samemu. Dlaczego dziś nie chcesz się ze mną bawić?

- Już ci mówiłam, że chcę pomóc mamie robić te orzechowe ciasteczka. Jak raz się pobawisz sam to przecież świat się nie zawali. Oli jesteś już dużym chłopcem, jak skończymy to do ciebie przybiegnę.

- Emi....Emi...Eeeemiii...

Głos chłopca oddalał się coraz bardziej aż w końcu zamilkł całkowicie. Znów zaległa cisza, ale nie na długo. Z werandy zaczęły dochodzić szepty, urywane, głosy i cichy szloch.

- Biedne dziecko, jak my jej to powiemy, jak jej to wytłumaczymy.

- I co z nią teraz będzie?

- Czy ona ma jakąś rodzinę poza nimi?

- Nie wiem! Ale dowiem się tego najszybciej jak będę mógł. Zadzwonię do Grzelaków, oni się przyjaźnili ze sobą, na pewno coś będą wiedzieli.

- Biedna mała, bieednaa małaa, bieeeeednaaaaa…

Głosy coraz bardziej oddalały się, tak jakby ludzie rozmawiający na werandzie odchodzili. Ona jednak wiedziała, że teraz nie odejdą. Teraz nie zostawią jej samej, coś się stało, coś złego, nie chcieli jej obudzić, to musiało być coś złego.

Obudził ją, jej własny, niemy krzyk. Coś głęboko w środku krzyczało, płakało. Coś strasznie bolało.

Kobieta usiadła na kanapie. Zrobiło jej się strasznie zimno. Cała się trzęsła i nie była pewna czy z zimna, czy spowodował to ten sen. Policzki miała mokre od łez. Cisza panująca dookoła potęgowała jego wspomnienie. Wstała i poszła do kuchni. W ustach miała tak sucho, że język przyklejał jej się do podniebienia. Na stole w butelce została resztka wody mineralnej. Wypiła ją tak szybko, jakby od kilku dni nie miała w ustach kropli wody.

To był tylko sen. Taki sam, jak śnił jej się wiele razy. Musiała kiedyś oglądać jakiś film            

i zostały jej w pamięci jego urywki.

Zapaliła świecę i poszła na werandę.

- Jak tu spokojnie, jak przyjemnie pachną sosny. Zegarek w jej telefonie komórkowym wskazywał piętnaście minut po godzinie trzeciej. Zaraz zacznie świtać. Za około trzy godziny dzieciaki zrobią taki hałas, że już nikt nie będzie pamiętał tej cudownej ciszy. Może uda jej się jeszcze zasnąć, chociaż na dwie, trzy godziny zanim wstaną.

Opatuliła się kocem i zamknęła oczy.

- Tylko na chwilkę. Tylko parę minut tu posiedzę i zaraz idę do łóżka - pomyślała i odpłynęła myślami w świat snu.


* 2 *

- Mamusiu, mamusiu...

Delikatne małe rączki, które głaskały po policzku, i piskliwy głosik wyrwały ją z pięknego i głębokiego snu.

Mamusiu, dlaczego śpisz na werandzie, nie ma dla ciebie w tym domu łóżka?

- Ja ci oddam moje, a sama będę spała razem z Wiktorią.

- Nie, ja mamusi oddam łóżko, ja mogę spać nawet na podłodze.

- Mamusiu, nie zmarzłaś?

- Mamusiu, kiedy będzie śniadanie, jestem głody!

Trzy dziecięce głosy przekrzykiwały się nawzajem. Małe rączki, głaskały jej policzki, włosy, lub poprawiały koc, którym była przykryta.

O Boże! - Pomyślała kobieta - zasnęłam na werandzie. - Może pójdziecie się umyć do wanny, a ja pomyślę, co zrobić na śniadanie? - Powiedziała, spokojnym głosem i wskazała dzieciom podwórko.

Słońce stało już dość wysoko. Spojrzała na zegarek - dochodziła godzina dziesiąta.

To niemożliwe, te małe potworki nigdy nie śpią tak długo - pomyślała. - Musiały wstać dużo wcześniej, ale dopiero teraz odważyły się ją obudzić. Chyba, dlatego że ich brzuchy zaczęły dopominać się jedzenia.

Wstała z fotela i spojrzała na trójkę chlapiących dzieci, którym wesoło towarzyszyły dwa duże, zadowolone owczarki.

Uśmiechnęła się do nich, pomachała ręką i weszła do środka. W całym domu, na podłodze stały walizki, kartony, plecaki. Leżały porozrzucane ubrania i buty. Kobieta zamyśliła się na chwilę i poszła do kuchni. Dobrze, że jadąc tutaj zrobiła po drodze zakupy w sklepie przy drodze, bo inaczej w tej chwili nie mieliby nawet, co zjeść na śniadanie. Pomyślała o filiżance kawy, takiej gorącej, pachnącej, ale niestety bez prądu mogła o tej kawie tylko marzyć.

W kuchni stał wprawdzie stary, węglowy piec, ale ona nigdy w takim piecu nie rozpalała. Nie wiedziała nawet czy komin jest drożny, czy jest drewno lub węgiel. Wczoraj nie zdążyła zerknąć do starej szopy stojącej za leśniczówką. Innym razem tam zajrzy i postara się nauczyć palenia w piecu. Może poprosi kogoś o pomoc. A może zaczeka do przyjazdu brata. Może...?

Wyszła na werandę i zawołała:

- Moje kochane łobuziaki. Co powiecie na śniadanie poza domem? Wczoraj po drodze widziałam taki przydrożny bar, więc pojedziemy tam i przy okazji zwiedzimy trochę okolicę?

- Hurrrrraaaaaa! - Dziecięce głosy, oraz wtórujące im wesołe szczekanie psów zaczęły niebezpiecznie zbliżać się w stronę domu.

- O.K. Macie pięć minut na ubranie się - powiedziała do nich wesołym, ale stanowczym głosem. - Kto pierwszy będzie gotowy otwiera bramę i wyjeżdżamy, ale niestety... - Spojrzała na psy - Saba i Nery zostają, na podwórku, ktoś powinien pilnować naszych rzeczy, prawda?

Miny dzieci trochę posmutniały, ale trwało to tylko krótką chwilę. Nie minęło piętnaście minut, a srebrny duży samochód wyjeżdżał już z piaszczystej, leśnej drogi na jezdnię prowadzącą do miasteczka.

Mijana okolica była jak z bajki. Przez dłuższy czas droga prowadziła między polami słoneczników, kukurydzy, oraz ozdabiającymi ich brzegi makami i chabrami. Wkrótce            

zaczęły pokazywać się budynki, stojące na czystych, zadbanych podwórkach, w otoczeniu malowniczych ogrodów. Dzieciaki cały czas śmiały się i wygłupiały na tylnym siedzeniu. Kobieta spoglądając w lusterko, uśmiechała się do nich czule. Wreszcie samochód zatrzymał się przed żółtym budynkiem, na którym wisiał duży szyld:
PYSZNE JEDZONKA U BASI I TOMKA, a pod szyldem wisiała tablica z napisem: SERDECZNIE ZAPRASZAMY.

Kobieta weszła do środka, a za nią weszło troje, ciekawie rozglądających się wokół dzieci. Usiedli przy stoliku pod oknem, z którego roztaczał się y widok na spokojne, duże jezioro.

Goście siedzący przy stolikach z zainteresowaniem spojrzeli w ich stronę. Młoda kobieta poczuła jak jej policzki zalewa fala gorąca. Spokojnie wzięła kartę dań i zaczęła przeglądać menu. W tym momencie podeszła do ich stolika, atrakcyjna, trochę korpulentna młoda kobieta o dużych, ciemnych oczach i miłym uśmiechu.

- Dzień dobry. Mam na imię Basia, obsługuję w tym barze szanownych gości. W czym mogę państwu pomóc? - To powiedziawszy skłoniła się w stronę kobiety i dzieci.

- Dzień dobry - odpowiedziała jedna z dziewczynek. - Przyszliśmy na śniadanie, bo u nas w domu nie ma prądu ani wody, a nasza mamusia zapomniała zrobić zakupy. Ja będę jadła kiełbaskę na ciepło, dużo ketchupu i do tego bułkę z masełkiem.

- A ja chcę jajecznicę z trzech jajek z szyneczką, serem i szczypiorkiem i też bułeczkę z masełkiem - druga dziewczynka szybko weszła siostrze w słowo.

- A ja chcę hamburgera, frytki i cole - z bardzo poważą miną powiedział chłopiec.

- Bardzo mi przykro młody człowieku, ale hamburgerów u nas nie ma, bo są nie zdrowe. - Kelnerka zwróciła się do chłopca. - Frytki smażymy tylko do dań obiadowych, a wy przecież, jak poinformowała mnie przed chwilą ta panienka, przyszliście na śniadanie.

Uśmiechnęła się i spojrzała pytająco na kobietę siedzącą przy stoliku.

Trzy małe główki odwróciły się w stronę matki i trzy małe zaniepokojone pary oczu, zaczęły przyglądać się jej wyczekując ostatecznej decyzji.

- No nie. Zapomniałyście, że to przecież ja wpadłam na ten pomysł i zaproponowałam zjedzenie śniadania w barze - kobieta spokojnym głosem poinformowała dzieci. - Pozwólcie, że sama zadecyduję o tym, co będziemy jedli? - Spojrzała na nie z tajemniczą miną.

Odwróciła się do kelnerki odwzajemniając jej uśmiech.

- Dla mnie poproszę dużą, czarną kawę z jedną kostką cukru, dla dzieci soki pomarańczowe, następnie cztery bułki, do tego masło orzechowe i dżem, dwa razy twarożek ze szczypiorkiem oraz cztery jajka na miękko.

Trzy małe buzie przybrały obrażone miny i jednocześnie z trzech ust wydobyło się cichutkie:

- O nieeeee...

Kelnerka skłoniła się w stronę młodej kobiety i jeszcze raz zerknęła na małych klientów. Wzruszyła ramionami i odeszła w stronę zaplecza. Przy stoliku zapanowała cisza. Dzieci z bardzo obrażonymi minami odwróciły się w stronę okna i zaczęły obserwować napływających nad jezioro ludzi, głównie turystów z kocami, ręcznikami, materacami, piłkami i innymi akcesoriami wakacyjnego pobytu na plaży.

Kobieta, czekając na zamówienie z zainteresowaniem przyglądała się osobom przebywającym w barze. Przy stoliku obok drzwi siedziała para młodych ludzi. Wyglądali na jej rówieśników. Kilka stolików dalej obok dużej donicy, z rozłożystą paprocią siedział starszy, elegancko ubrany mężczyzna. Nie ukrawając zainteresowania jej osobą, ciekawie spoglądał w stronę ich stolika. Szybko odwróciła wzrok i idąc za przykładem dzieci popatrzyła w stronę jeziora. Zamyśliła się. Zapowiadał się kolejny upalny dzień. W myślach zaczęła układać kolejne sprawy            

do załatwienia, oraz to, co powinna zrobić w pierwszej kolejności. Z zadumy wyrwał ją zapach kawy, o jakiej marzyła. Kelnerka postawiła zamówione dania, uśmiechnęła się i odeszła. Dzieci na widok jedzenia przestały się dąsać, a ponieważ były głodne, szybko zabrały się do konsumowania śniadania. Kobieta cały czas czuła na sobie wzrok starszego pana, ale nie odważyła się ponownie spojrzeć w jego stronę.

- Po śniadaniu chciałabym pojechać z wami do centrum Handlowego, zrobić trochę zapasów. Potem, poszukamy jakiegoś warsztatu. Mam nadzieję, znajdziemy kogoś, kto naprawi nam prąd i sprawdzi, dlaczego nie mamy wody - powiedziała wesoło. - A jak wrócimy to, rozejrzymy się po domu i każde z was wybierze dla siebie pokój.

Zapowiedziane przez mamę zakupy całkowicie wymazały z małych twarzyczek grymasy niezadowolenia. Przy stoliku znów siedziała trójka wesoło szczebioczących maluchów. Kiedy skończyli jeść, kobieta poszła uregulować rachunek, do stojącej            

obok baru pani Basi, a swoim dzieciom nakazała czekać na siebie na tarasie.

Z posłuszeństwem nigdy nie było u nich kłopotów, więc nie obawiała się, że odejdą. Starszy mężczyzna również wstał, ani na chwilę nie spuszczając z niej wzroku. Ukłoniła mu się i uśmiechnęła chcąc jak najszybciej opuścić bar. Mężczyzna wyszedł za nią. Gdy wsiadała do samochodu podszedł do niej i zapytał:

- Bardzo panią przepraszam, nazywam się Tomasz Dosiecki. Jestem właścicielem tego baru, czy mógłbym zamienić z panią słówko?

Kobieta zaniepokojonym wzrokiem popatrzyła w smutne, zmęczone, oczy mężczyzny i kiwnęła głową.

- W czym mogę panu pomóc? Mam nadzieję, że nie chodzi panu o to, jak moje pociechy zachowywały się podczas posiłku. Chyba były dość grzeczne?

- Nie, nie! Nie o to chodzi. - Mężczyzna zamyślił się. - Przyglądałem się, kiedy siedziała pani z dziećmi i cały czas mam wrażenie, że panią znam. Nie mogę tylko            

sobie przypomnieć skąd, może pani sobie mnie przypomina?

- Przykro mi bardzo, ale nie! - Odpowiedziała stanowczym głosem. - Jestem w tej okolicy pierwszy raz, przyjechaliśmy wczoraj wieczorem, nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek pana widziała.

- Na długo pani przyjechała? - Mężczyzna cały czas przyglądał się jej z tajemniczą miną.

- Nie wiem, może na długo, może na zawsze. Na razie mam zamiar pobyć tu około dwóch miesięcy, a co będzie potem...? - Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się. - Przykro mi, że nie mogę panu pomóc. Pan wybaczy. Trochę mi się dzisiaj spieszy. Mam do załatwienia kilka spraw.

Wsiadła do samochodu i kiedy miała odjeżdżać, nagle coś jej wpadło do głowy.

Mężczyzna ukłonił się przepraszająco, uśmiechnął, i wolnym krokiem zaczął odchodzić w stronę baru. Kobieta wyskoczyła z samochodu i podbiegła do niego.

- Panie Tomaszu! - Zawołała doganiając go            

przed wejściem. - Przepraszam, za swoje zachowanie, ale może pan będzie mógł mi w czymś pomóc?

Mężczyzna odwrócił się z wyrazem zaskoczenia i zainteresowania na twarzy. Popatrzył w ciemno brązowe oczy młodej kobiety.

- A w czym to ja stary mogę pani pomóc?

- Szukam jakiegoś fachowca, wie pan takiej złotej rączki. Tam, gdzie się zatrzymałam nie mamy ani wody ani prądu, domek jest dość stary, więc przypuszczam, że to awarie czasowe. Może mógłby mi pan kogoś polecić w tej okolicy?

Mężczyzna chwilę zastanawiał się, wreszcie nieśmiały uśmiech rozjaśnił jego twarz.

- Myślę, że mogę pani polecić mojego zięcia. Mąż Basi, to znana w okolicy prawdziwa „złota rączka” - powiedział z dumą. - Ma warsztat elektryczny po drugiej stronie jeziora. Chłopak zna się naprawdę na wszystkim, niejednemu tu już życie uratował, niech pani zapisze mi swój adres, a ja go            

do pani wyślę.

- Może pan wpadłby razem z nim? Zapraszam!- Kobieta uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. - Może dziś po południu, albo wieczorem? Nie znam tu nikogo, a czuję, że w panu znalazłam przyjazną duszę. To jak? Przyjdzie pan razem z zięciem? - W jej głosie zabrzmiała błagalna nuta. - Zostawię panu numer telefonu. Jak się pan namyśli, to proszę zadzwonić. - Podała mu kartkę, na której wypisane było dziewięć cyfr.

- Chętnie. Gdzie się pani zatrzymała? –Propozycja kobiety zainteresowała go.

- W leśniczówce.

- W leśniczówce? - Mężczyzna zbladł, a źrenice jego oczu nagle powiększyły się. Zauważyła w nich dziwny niepokój, a jego dłonie wyraźnie zaczęły drżeć.

- Panie Tomaszu, czy coś się panu stało? Zbladł pan - zapytała wyraźnie przestraszona.

- Nie moje dziecko, nic mi nie jest, to tylko starość. Przepraszam. Zadzwonię do pani jak tylko uda mi się dogadać z Bartkiem, to            

znaczy z moim zięciem. Pani wybaczy muszę już iść. Do zobaczenia.

- Do zobaczenia. Czekam!

Stała, przyglądając się odchodzącemu, wolnym krokiem mężczyźnie. Zaniepokoiła ją ta nagła zmiana w jego zachowaniu. Podeszła do samochodu, gdzie dzieci oczywiście szalały jak stado dzikich koni, wsiadła i odjechała w stronę miasteczka. Mężczyzna wszedł do baru i stojąc w oknie obserwował odjeżdżający samochód tak długo, aż ten zniknął z jego pola widzenia.

Wrócili do domu około godziny szesnastej. Maluchy raźno wyskoczyły z samochodu, a na widok dwóch, wielkich, szarych rozszczekanych owczarków zapomniały natychmiast o zmęczeniu i pobiegły przywitać się z nimi. Kobieta zaczęła wypakowywać z bagażnika zakupy i kiedy wnosiła je do domu, przed bramą zatrzymał się duży zielony samochód terenowy. Odwróciła się i z radością popatrzyła na swoich gości. Z samochodu właśnie wysiadał pan Tomasz, oraz młody, przystojny mężczyzna, ubrany            

w szare krótkie spodenki, niebieskie polo i szarą czapkę z daszkiem. Podeszli do niej po drodze bez lęku tarmosząc po grzbietach psy. Zachowywali się tak, jakby znali te psy od zawsze. Saba i Nery merdając ogonami, wesoło odprowadziły gości w stronę swojej pani.

- Dzień dobry, jestem Bartosz Somosa. Przyjechałem z teściem, bo podobno szuka pani kogoś do pomocy? - Przedstawił się mężczyzna towarzyszący panu Tomaszowi.

- Witam. Emilia Kostecka - podała rękę mężczyźnie - Witam serdecznie w moich skromnych progach. Przepraszam za ten straszny bałagan, ale wczoraj wieczorem przyjechaliśmy i jeszcze nie zdążyłam nas wszystkich rozpakować.

Spojrzała na pana Tomasza. Jego pogodna twarz była dziwnie szara, a smutne oczy przyglądały się jej z wyrazem troski i zaskoczenia. Posadziła obu panów na werandzie i weszła do domu po zimne napoje.

- To, co się tak właściwie dzieje pani Emilio? - Bartek z wesołymi iskierkami            

w oczach stanął przed leśniczówką i z zaciekawieniem oglądał budynek.

- Sama nie wiem. Nie mamy prądu, ani wody. Kiedy próbuję odkręcić kran, to tylko coś dyszy w nim i sapie, a wody brak - odpowiedziała. - Wczoraj nabrałam wody ze studni za domem, wyszorowałam tę starą wannę i dzieciaki pomyłam w iście pionierskich warunkach. Ale teraz jest ciepło, wręcz upalnie, więc tak można. Jak przyjdą chłody, to co?

- Bez paniki. Jeżeli pani pozwoli to trochę pospaceruję po domu i zobaczę, co i jak - mężczyzna dotknął jej dłoni w geście uspokojenia.

- O.K. W porządku, ale pod jednym warunkiem...

Bartosz, uniósł brwi i z zaciekawieniem spojrzał najpierw na nią, a następnie na swojego teścia.

- Pod warunkiem, że będziemy mówili sobie po imieniu. Panie Tomaszu, pana też to dotyczy, proszę mi mówić Emilia, lub w skrócie jak przyjaciele i rodzina - Emi.

Tomasz uśmiechnął się i kiwnął głową

- Jak sobie życzysz Emi. Klient nasz pan, a teraz może pozwolisz, że się oddalę na kilka minut i zwiedzę ten wspaniały pałac?

To powiedziawszy wszedł do domu, a za nim równo jak w orszaku weszły dzieci oraz psy. Z budynku zaczęły dochodzić głosy kłótni. Dzieci przypomniały sobie, że miały wybrać dla siebie pokoje, a to już był dostateczny powód do tego, aby powstała „wojna domowa”.

- Jak się tutaj znalazłaś, na tym pustkowiu? - Zapytał Tomasz.

- Tutaj, to znaczy w tej leśniczówce? - Odpowiedziała pytaniem, na pytanie gościa - Otrzymałam ją w spadku po moich rodzicach - uśmiechnęła się smutno. - Nawet nie przypuszczałam, że oni coś takiego mają. Mój brat podobno był tutaj kilka razy. Powiedział mi, że to prawie ruina, ale ja jednak postanowiłam przyjechać i sama się o tym przekonać.

- Od dawna twoi rodzice nie żyją?

- Tato, zmarł pięć lat temu, a mama            

w zeszłym roku - spuściła głowę, aby ukryć napływające do oczu łzy. - Dopiero po śmierci mamy notariusz przeczytał nam testament. Mój brat odziedziczył mieszkanie, w którym mieszkałam, jako dziecko z rodzicami, a ja tę leśniczówkę. Brat zaproponował, żebyśmy to wszystko sprzedali i podzielili się pieniędzmi, ale ja zdecydowałam najpierw przyjechać i zobaczyć. To dziwne...

Emilia zamyśliła się, a jej wzrok zatrzymał się na zagajniku starych sosen.

- Co jest dziwne?

- Kiedy tu przyjechałam i wczoraj w nocy siedziałam na werandzie, czułam jakąś dziwną więź z tym miejscem. Mimo tego, iż las w nocy wygląda groźnie, czułam się tu bezpieczna, było tak dobrze jakbym... - przerwała i spojrzała na Tomasza - tutaj mieszkała od zawsze.

Tomasz spuścił wzrok, a w jego oczach zaszkliły się małe kropelki łez. Wiedział już, kim jest ta kobieta. Wiedział, kogo mu przypomina i do kogo jest tak łudząco podobna. Tylko czy ona wie, kim jest? Upił            

trochę soku i spojrzał w oczy kobiety. Niewidzącym wzrokiem patrzyła gdzieś w stronę lasu, delikatnie kołysząc się w bujanym fotelu. Jej oczy były jak martwe, ale tak piękne jak oczy innej kobiety. Tyle razy wpatrywał się w tamte oczy, że nigdy ich nie zapomniał. Emilia właśnie miała takie oczy.

- No kochani, już wszystko wiem. Znalazłem to, co chciałem i jutro od samego rana zabiorę się za robotę. Dzisiaj niestety jeszcze będziecie musieli obyć się bez cywilizacji - głos Bartka wyrwał Tomasza i Emilię z zamyślenia.

Oboje spojrzeli na niego jakby był przybyszem z innej planety. Za plecami młodego mężczyzny, jak podwładni, stało troje brudnych, uśmiechniętych dzieci.

- Mamusiu, wujek Bartek pomógł nam wybrać pokoje, bo my sami bardzo się kłóciliśmy. Wujek nam wytłumaczył, dla kogo przeznaczony jest, który pokój - Wiktoria z dumą złapała Bartka za rękę.

- Wiki i ja będziemy miały pokoje obok            

siebie, ponieważ obie jesteśmy dziewczynkami. Olaf będzie miał pokój obok ciebie. On jest chłopcem i musi cię pilnować - bliźniacza siostra Wiktorii złapała Bartka za drugą rękę.

- Nie będziesz musiała spać na dworze. Dla ciebie też mamy pokój, koło mnie, cieszysz się? - Trzyletni chłopczyk usiadł matce na kolanach i mocno objął ją za szyję.

Kobieta uśmiechnęła się ciepło i przytuliła swoją najmłodszą pociechę, następnie pocałowała go w czubek głowy i postawiła na werandzie. Tomasz z zięciem wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.

- No moje panny, miło mi było was poznać, ale my już musimy wracać. Moja Basia na pewno czeka na nas z kolacją. Jutro powinniście wcześnie wstać, bo jak nie... - Bartek zrobił groźną minę. - to przyjadę i was prosto z łóżek wrzucę do wanny z wodą. - Podniósł chichoczące dziewczynki do góry i przytulił do siebie.

- Dziękuję. Cieszę się, że was poznałam. Teraz już czuję się tu jak u siebie w domu.            

- Emilia podała rękę Tomaszowi i lekko musnęła ustami jego policzek.

Mężczyzna uśmiechnął się, ukłonił w stronę dziewczynek i poszedł za Bartkiem do samochodu. Kiedy wsiadał, jeszcze raz popatrzył na dom, potem na Emilię i pomachał dzieciom na pożegnanie.

- No to do jutra!

- Do jutra! - Odpowiedziała mu cała czwórka, nawet psy, chcąc się dołączyć do pożegnania głośno szczeknęły.

Po odjeździe gości, Emilia dokończyła wypakowywanie zakupów i zabrała się za przygotowywanie kolacji dla siebie i dzieci. Kiedy już wszyscy byli syci i nakarmieni, pomogła dzieciom umyć się, w starej wannie, w której woda przez cały dzień nagrzała się promieniami słonecznymi i była tak ciepła jak w łazience. Dzieciaki chlapały się i pluskały wesoło pokrzykując, a radość, jaka biła od nich napawała ich matkę szczęściem. Saba i Nery wesoło poszczekiwały biegając naokoło wanny. Po kąpieli, dzieci jak zawsze bardzo posłusznie ubrały się w swoje piżamki.

- Mamusiu, możemy jeszcze trochę z tobą posiedzieć na werandzie, jest jeszcze jasno, proszę... - do uszu Emili dobiegł cichy głosik Nikoli.

- Prosimy - zawtórowały dwa pozostałe.

Uśmiechnęła się do dzieci, przytuliła do siebie całą trójkę i kiwnęła głową na zgodę.

- Tylko błagam was nie wybrudźcie się przed snem, bo jak potem położycie się do łóżek? - Popatrzyła na dzieci i uśmiechnęła się. - Teraz zapraszam do waszych pokoi, pomożecie mi ubrać czyste pościele w waszych nowych łóżeczkach.

- Mamusiu, te łóżeczka nie są nowe, one są takie stare jak pan Tomasz, albo jeszcze starsze - Wiktoria z pewną miną na twarzy zwróciła się do matki.

- Wiem kochanie, że one nie są nowe ze sklepu, ale są nowe dla nas. Nowe, to znaczy takie, w których jeszcze nie spaliśmy - Emilia przytuliła córkę. - Jak już zadecyduję, czy zostaniemy tu na zawsze, czy wrócimy do domu w mieście, to postaram się kupić dla was nowe mebelki - powiedziała spokojnym,            

zdecydowanym tonem.

- Ja chcę tu zostać, nie chcę do domku! - Płaczliwym głosem odezwało się najmłodsze z dzieci.

- My też nie chcemy do naszego domu. Tamten dom jest brzydki, nam się tutaj podoba. Tu jest tak fajnie i wesoło, prosimy zostańmy tu! - Wiktoria objęła matkę w pasie i mocno przytuliła się do niej.

- Dobrze, zastanowię się, a teraz moje panny do roboty - zawołała i wesoło klepnęła każde z dzieci.

Weszli do domu i wspólnie zabrali się do wypakowywania jednego z przywiezionych ze sobą kartonów, do którego Emilia przezornie włożyła kilka zmian pościeli. Ponieważ każde z dzieci miało teraz swój pokoik i swoje łóżko, postanowiła, że bajkę opowie im w salonie. Przykryła swoje pociechy kocem, i usiadła obok kanapy na miękkim dużym dywanie.

- Dawno, dawno temu, był sobie duży las, w którym mieszkały różne zwierzątka - zaczęła jak każdego wieczoru, cichym, spokojnym głosem. - W tym pięknym, dużym            

lesie stał piękny pałac. Mieszkała w nim wielka i dobra królowa, która miała dwie śliczne księżniczki oraz małego księcia. Któregoś dnia...

Bajka trwała prawie godzinę. Kiedy Emilia zauważyła, że jej mały synek już śpi, a dziewczynkom powieki zaczynają opadać, każde po kolei wzięła na ręce zaczynając oczywiście od najmłodszego, ucałowała ich ciepłe, rumiane policzki i zaniosła dzieci do łóżek.

Nareszcie spokój.

Dzień był męczący. Pogoda jak przystało na tę porę roku była bardzo upalna, co powodowało dodatkowe zmęczenie. Trójka biegających i hałasujących dzieci też zrobiła swoje. Emilia weszła do kuchni i nalała sobie kieliszek czerwonego wina. Wzięła paczkę krakersów i przeszła na werandę. Wieczór był ciepły, w około roztaczał się zapach sosen. Jedno, o czym teraz marzyła, to usiąść w wygodnym, starym fotelu na biegunach, zamknąć oczy i odpocząć. Zrelaksować się w tym baśniowym otoczeniu. Zanim tu            

przyjechała mało miała takich okazji. Mieszkanie w bloku, które zajmowali posiadało pokój z balkonem wychodzącym na park i ulicę. Nigdy nie było tam takiej ciszy jak tu. Często siadała na balkonie z kieliszkiem wina dopiero późną nocą, kiedy dzieci położyła do łóżek i czekała na męża. Nie zawsze się doczekała. Czasami, następnego dnia wolałaby, aby nie wrócił tej nocy do domu. Upiła łyk i spojrzała na czarną ścianę lasu. Na podwórku nie było ciemno. Księżyc był w pełni, a niebo bezchmurne, więc jego blask oświetlał otoczenie jak latarnia uliczna. Siedząc tak pomyślała, że czuje się tu jak w domu, jakby tu się urodziła, jakby mieszkała tu od zawsze.

- Ciekawe, do kogo należała leśniczówka i dlaczego rodzice przez całe swoje życie nigdy nie wspominali, że posiadają coś tak pięknego, w tak uroczym zakątku. Jeździli z nimi po całym świecie, a nigdy nie przyjechali tutaj. Dlaczego? Zarówno jej matka jak i ojciec byli urodzonymi podróżnikami. Zwiedziła z rodzicami tyle            

ciekawych miejsc, a przecież, chociaż raz mogli przyjechać na wakacje tutaj, do tej oazy ciszy. Okolica spokojna, lasy, jezioro, czyste powietrze i ten bajeczny klimat. Aleks, jej straszy brat, kiedyś wspomniał o leśniczówce. Było to krótko po śmierci ojca, ale matka szybko zmieniła temat, tak jakby ta leśniczówka była tematem tabu. Na ustach Emilii zagościł uśmiech - ciekawy ten pan Tomasz - pomyślała - sympatyczny. Jest mniej więcej w wieku jej rodziców, może ich znał? Przy następnym spotkaniu podpyta go trochę. Kiedy tu przyjechała odniosła wrażenie jakby czas się zatrzymał we wszystkich pomieszczeniach.

Widać było, że ktoś tutaj zaglądał od czasu do czasu, bo wszystko było utrzymane w takiej czystości, jak gdyby zaraz mieli wrócić mieszkańcy tego domu. Teraz ona jest właścicielką leśniczówki i z każdą chwilą ma ochotę zostać tutaj na zawsze. Pieniędzy wystarczy jej na długo, a jak się skończą to poszuka jakiejś pracy. Dopiła wina i pomyślała, że najwyższy czas położyć się, ale tysiące myśli kotłowało się w jej głowie.

Ciekawe, o której godzinie Bartek przyjedzie, aby rozpocząć prace remontowo - konserwatorskie. Miała nadzieję, że zdąży wstać przed jego przyjazdem. Zaniosła pusty kieliszek do kuchni, zmyła chusteczką makijaż, włożyła na siebie stary podkoszulek i położyła się.

- Emi, wróciłaś, tęskniłem za tobą! - Z werandy dobiegł radosny głos małego chłopca. - Dlaczego tak długo cię nie było, kochana?

- Oli ja też za tobą tęskniłam! Przecież wiesz, że byłam u cioci i wujka na wakacjach - w drzwiach stała mała, około pięcioletnia dziewczynka i wyciągała swoje małe rączki do chłopca.

- Dlaczego mnie nie zabrałaś ze sobą? - Płaczliwy głos chłopca brzmiał, z nutą pretensji,

- Och Oli, jesteś jeszcze za malutki na tak daleką podróż - dziewczynka uśmiechnęła się do chłopca i pocałowała go w policzek,

- Ale ja czekałem, Emi..., Eemii..., Eeeemiiiii...

Głos zanikał, oddalając się w stronę lasu.

Emilia usiadła na łóżku i spojrzała w okno. Nikogo nie było. Księżyc świecił jasno oświetlając werandę i brzeg lasu. Znowu ten sen. Kim jest ten chłopiec. Ma na imię tak jak jej syn, ale dlaczego w snach, mówi używając jej imienia. Co się z nią dzieje? Dlaczego w snach nawiedza ją to dziecko? Chyba za dużo czasu spędza ze swoimi dziećmi, może czas pobyć trochę z dorosłymi ludźmi. Przecież ma prawo do życia jak każdy człowiek, ma prawo do przyjaźni, do miłości, do szczęścia, w którym nie koniecznie muszą być tylko dzieci. Jako matka czuje się spełniona, ale oprócz macierzyństwa jest przecież jeszcze inne życie, nie tylko matki, ale po prostu kobiety.

Powieki zaczęły jej ponownie opadać, położyła się, przytuliła twarz do poduszki i odpłynęła w kolejny sen.


* 3 *

Obudziło ją głośne szczekanie psów na podwórku. No tak, Bartek przyjechał a ona            

jeszcze w rozsypce.

- Ale wstyd - pomyślała i szybko wyskoczyła z łóżka. Narzuciła na siebie dres i wyszła na zewnątrz. Przy furtce stała starsza kobieta. Była otyła, dziwnie ubrana w kilka warstw ubrań, w ręku trzymała kosz, w którym były przeróżne rośliny.

- Po co przyjechałaś? - Kobieta krzyknęła w stronę Emilii. - Po co wróciłaś, znowu chcesz kogoś zniszczyć? - Usta kobiety ułożyły się w złośliwy uśmiech. - Wynoś się stąd! Wynocha! - Zawołała i ręką wskazała w stronę samochodu.

- Przepraszam, ale chyba mnie pani z kimś pomyliła? - Głos Emilii zadrżał, bo obecność kobiety wywołała w niej dziwny niepokój.

- Wynocha, bo jak nie to ja ci pokażę! - Kobieta groźnie pogroziła kijem, który trzymała w drugiej ręce.

- Kamratowa, co wy? Co pokażecie tej młodej pani? Przecież jej nawet nie znacie, odejdźcie w spokoju i dajcie spokoju innym. - Zza drzew dobiegł męski głos i oczom Emilii ukazał się młody mężczyzna, przy boku            

którego spokojnie kroczył brązowy bokser.

- Ech wy, wszystkie takie same, każdy jej broni, ale ja tu jeszcze wrócę paniusiu!

To powiedziawszy kobieta splunęła pod nogi, popatrzyła jeszcze raz na Emilię, potem na mężczyznę i odeszła w stronę lasu kilkakrotnie oglądając się za siebie, mamrocząc i spluwając na ziemię. Emilia stała zaskoczona czując, że drży na całym ciele. Kobieta była tak wrogo do niej nastawiona, że ogarnął ją lęk nie do opisania. Gdyby nie młody mężczyzna, to nie wiedziała, do czego ta kobieta byłaby zdolna i co mogłaby uczynić. Odwróciła się w stronę domu. Na progu stały dzieci, a ich miny mówiły same za siebie, że też się przestraszyły dziwnej pani. Kiedy kobieta była już daleko w lesie i nie było jej ani widać, ani słychać dzieci podbiegły do matki i mocno przytuliły się.

- Mamusiu, dlaczego ta pani na ciebie krzyczała? - Zapytała jedna z bliźniaczek.

- Mamusiu, kto to był? - Druga z córek nie ukrywając strachu, zawtórowała siostrze.

- Mamusiu, czy ta pani tu wróci i zrobi nam krzywdę?

Dzieci mówiły równocześnie, mocno tuląc się do matki. Były przerażone tak samo jak ona i tak samo jak matka zaskoczone wizytą starszej kobiety. Przytuliła je mocno do siebie i spojrzała na radośnie szczekające psy. Dopiero teraz przypomniała sobie o swoim wybawcy. Młody, około trzydziestopięcioletni mężczyzna, ubrany na sportowo, stał przy furtce opierając się o płot i uśmiechał do niej, a jego pies wesoło „gaworzył” sobie z Sabą i Nery.

- Bardzo panu dziękuję za pomoc - Emilia odwzajemniła uśmiech. - Ta pani, chyba mnie z kimś pomyliła. Nie znam jej, pierwszy raz w życiu widziałam ją na oczy...

- Spokojnie to miejscowa wariatka, wszyscy ją tu znają. Niech się pani jej nie obawia. Ona nie jest groźna, tylko lubi się innym czasami odgrażać - mężczyzna popatrzył w stronę lasu. Pogodny uśmiech rozjaśnił jego twarz. - Przepraszam, nie przedstawiłem się, nazywam się Mariusz            

Porębski, jestem tutejszym lekarzem, a pani zapewne letniczka?

Emilia podeszła do płotu i stanęła przy furtce. Spojrzała najpierw na mężczyznę, a potem na psa. Nad płotem podała mężczyźnie rękę i nieco uspokojona powiedziała:

- Nazywam się Emilia, jestem nową właścicielką leśniczówki, a to moje dzieci Wiktoria, Nikola i Olaf. - Dzieci już stały przy płocie i przez drewniane szczeble głaskały bokserka.

- O, przepraszam to jest Borys - to powiedziawszy mężczyzna wskazał na swojego psa. - Borys przywitaj się z panią i jej ślicznymi dziećmi.

Pies stanął na dwóch łapach, wesoło pomachał ogonem i dwa razy szczeknął.

- Zaprosiłabym pana na herbatę, czy nawet na śniadanie, ale obawiam się… –Emilia spojrzała na Sabę i Nery. - Czy nasze psy nie zrobią sobie krzywdy. - Wzruszyła ramionami robiąc bardzo zatroskaną minę.

- One już się polubiły, czy nie zauważyła            

pani tego? - Mężczyzna spojrzał na trzy biegające wzdłuż ogrodzenia psy. - Borys jest już stary i na pewno nie będzie tym dwom panienkom naprzykrzał się zbytnio, ale nie wiem jak pani psy? - Odwrócił głowę i popatrzył w stronę Saby i Nery.

Suczki biegały wesoło wzdłuż płotu, zachowując się tak, jakby nie mogły doczekać się swojego gościa. Szczekały, skamlały i najwyraźniej przymilały się do Borysa.

Emilia zdecydowała się wpuścić na teren leśniczówki nowo poznanego mężczyznę. Biło od niego coś takiego, że poczuła nieodpartą potrzebę porozmawiania z nim. Otworzyła furtkę i gestem zaprosiła obu gości do ogrodu. Dzieci od razu doskoczyły

do nowego psa i zaczęły go głaskać, przytulać się do niego, a ten tylko mruczał zadowolony jakby czekał na takie pieszczoty od dawna. Emilia odprowadziła Mariusza do werandy i wskazała mu miejsce na fotelu.

- Proszę usiąść i zaczekać, zaraz zaparzę kawę... - odeszła w stronę drzwi wejściowych, ale nagle zatrzymała się i zawołała - O nie!            

- Złapała się za głowę i roześmiała. - Zaprosiłam pana na kawę, a nie mam prądu. Niestety nie mam jak zagotować wody, może napijemy się soku, albo wody mineralnej? - Zaproponowała.

- No trudno, taką miałem ochotę na tę kawę - mężczyzna uśmiechnął się do niej. - Proszę się nie przejmować, bardzo chętnie napiję się wody mineralnej. - To powiedziawszy mrugnął figlarnie okiem.

Emilia weszła do domu, szybko wskoczyła do swojego pokoju, aby się przebrać. Pomogła Olafowi założyć czyste ubranko, dziewczynkom również nakazała zmienić piżamki na koszulki i krótkie spodenki. Przyniosła z kuchni butelkę wody, dwie szklanki i usiadła obok mężczyzny w swoim ulubionym fotelu.

Na drodze pojawił się duży zielony samochód terenowy Bartka. Słysząc jego warkot wszystkie psy podbiegły do bramy głośno szczekając i radośnie machając ogonami.

- No ładnie! Widzę, że nasz doktorek czasu            

nie marnuje - Bartek wyskoczył z samochodu.

- O, wujek! - Trzy piskliwe głosiki zawołały z okna na piętrze.

- Wujek? - Mariusz zrobił zdziwioną minę.

Bartek otworzył bramę i powoli wjechał samochodem na podwórko. Wysiadł i zaczął wypakowywać przeróżne skrzynki z narzędziami i materiałami budowlanymi, które przywiózł ze sobą.

- Witam doktorku, cześć Emi! - Podszedł do werandy i podał rękę gospodyni, a potem Mariuszowi. - Ty masz nosa, piękną kobietę nawet pod ziemią znajdziesz, co?

Bartek mrugnął figlarnie do Emilii i usiadł na werandzie obok Mariusza. Jego wesołe oczy wprawiły oboje w zakłopotanie. Emilia poczuła rumieniec na twarzy, a Mariusz opuścił wzrok i nieśmiało uśmiechnął się. Chwilę siedzieli w milczeniu, wreszcie Bartek wstając skłonił się w stronę Emilii i powiedział:

- No cóż, wy sobie tu gruchajcie, a ja tymczasem zabieram się za robotę. Bo moja szefowa mnie zwolni - wstał i klepnął            

Mariusza w ramię.

- Szefowa? - Mariusz posłał w stronę Emilii pytające spojrzenie.

- Och, jaka tam szefowa. Bartek zaofiarował się pomóc mi. Nie mamy prądu ani wody, nikogo tutaj nie znamy, więc to tylko przyjacielska przysługa.

- A, to teraz rozumiem. - Mariusz wstał i podszedł do Emilii. - Miło było cię poznać. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. Teraz muszę już lecieć, bo za godzinę zaczynam dyżur w przychodni. - To powiedziawszy podał jej rękę, odwrócił się i gwizdnął na psa.

Borys podbiegł do swojego pana, a za nim wesoło przybiegły Saba i Nery. Psy wyraźnie były niezadowolone z tego, że goście już opuszczają ich posesję. Dzieci do tej pory zajęte, rozmową z Bartkiem, również dołączyły do swoich ulubieńców. Wszyscy odprowadzili Mariusza i Borysa do furtki, a kiedy obaj już odchodzili Emilia zawołała:

- Mam nadzieję, że jeszcze mnie kiedyś odwiedzisz?

- Bardzo chętnie! - Mariusz uśmiechnął się i pomachał ręką na pożegnanie.

Kiedy zniknęli w gęstwinie drzew, wróciła do domu i zabrała się za przygotowywanie śniadania. Zapowiadał się kolejny upalny dzień i koniecznie trzeba było jakoś zorganizować czas dla dzieci, żeby nie nudziły się na tym rozgrzanym słońcem podwórku.

Przygotowując kanapki cały czas myślała o kobiecie, która ją dzisiaj odwiedziła. Mariusz powiedział, że ona jest nie groźna, ale Emilia i tak czuła wobec niej dziwny strach. Postanowiła porozmawiać o niej z panem Tomaszem. On mieszka tutaj od lat i na pewno ją zna. Może będzie znał odpowiedź na to, dlaczego ta kobieta tak na nią napadła i co miała na myśli mówiąc: „Po co wróciłaś, znowu chce sz kogoś zniszczyć?”. Emilia postawiła śniadanie na stoliku, na werandzie i zawołała dzieci, a następnie poszła poszukać Bartka, aby zaproponować mu wspólny posiłek. Usiedli razem, jedząc przygotowane przez Emi śniadanie, kiedy Nikola przysunęła się do Bartka, złapała go            

za rękę i szepnęła:

- Wujku, jedna pani dzisiaj na mamusię nakrzyczała. Była straszna i wyglądała jak Baba Jaga, a potem przyszedł ten miły pan i ją wypędził.

Bartek popatrzył na Emilię.

- Jaka pani?

- Dziwna była... gruba... dziwnie ubrana i chociaż miała bardzo sympatyczną twarz, była na mnie strasznie wściekła - Emilia zamyśliła się. - Wygrażała mi, mówiła, że przyjechałam po to, żeby kogoś zniszczyć. Wystraszyła nas. Nie wiem, co by było, gdyby akurat wtedy Mariusz nie zjawił się ze swoim psem. - Powiedziała spokojnie z wyraźnym zadowoleniem w głosie.

- A... pewnie Kamratowa! - Bartek kiwnął głową. - Kobieta nie jest groźna, ale nieszczęśliwa. Podobno kiedyś była bardzo zakochana w jakimś mężczyźnie, a ten wyjechał na studia i przywiózł ze sobą kobietę, z którą oczywiście ożenił się. Wydarzyła się jakaś tragedia i mężczyzna zginął w wypadku razem ze swoją młodą żoną.            

Po tym wypadku, podobno Kamratowa sfiksowała i powtarzała wszystkim, że to jej wina, bo życzyła tamtej kobiecie śmierci za to, że odbiła jej ukochanego. - Wzruszył ramionami i uśmiechnął się. - Ale to są tylko plotki, może jesteś podobna to tej jej rywalki? - popatrzył na swoją nową znajomą robiąc przy tym bardzo zagadkową minę. - Pogadaj z moim teściem, on ją zna lepiej i zna tę całą miłosną historię, podobno znał osobiście jej narzeczonego i tę jego żonę.

Podziękował za śniadanie i wrócił do swojej pracy. Chwilę później z wnętrza domu zaczęły dochodzić dźwięki wiertarki, młotka i innych narzędzi. Emilia sprzątnęła ze stolika i zadecydowała, że pojedzie z dziećmi nad jezioro. W domu i tak nie miała nic konkretnego do roboty, a jednocześnie nie chciała, aby dzieci kręciły się obok Bartka i przeszkadzały mu. Kiedy wyjeżdżali, słońce stało już wysoko na niebie, zostawiła swojemu nowemu przyjacielowi zapasowy klucz i powiedziała, że nie wie, o której godzinie wrócą. Potem zapytała, gdzie znajdzie pana Tomasza i odjechała.

* 4 *

Nad jeziorem było sporo ludzi, zarówno letników jak i miejscowych. Dzieci bardzo szybko nawiązały znajomości i zostawiając matkę samą bawiły się w wodzie na brzegu jeziora. Emilia siedząc na kocu obserwowała je nie spuszczając z nich oka. Były takie radosne i takie szczęśliwe. Ona też czuła się szczęśliwa mimo tego porannego incydentu. Myślała o ludziach, których poznała. Była tu zaledwie dwa dni, a ten czas okazał się tak dla niej łaskawy. Przypomniała sobie wakacje z bratem i rodzicami, kiedy bawili się nad brzegiem morza. Razem z Aleksem skakali nad falami, a rodzice siedzieli na brzegu tak jak ona teraz. Mama przeważnie leżała nieruchomo i opalała się, a ojciec czytał książkę, co chwilę spoglądając w stronę dzieci. Potem we wspomnieniach wróciły wspólne wyjazdy z mężem. Filip był miłością jej życia. Młodzi i bardzo w sobie zakochani, trzymając się za ręce całymi godzinami spacerowali brzegiem morza, przytulając się do siebie.

- Kiedy to było? - Zamyśliła się. - Tak dawno, że trudno uwierzyć w wiarygodność tych wspomnień. Potem coś zaczęło się psuć między nimi i nie było już wspólnych wyjazdów. Kiedy na świat przyszły dziewczynki jeździła już tylko z nimi, Filip nie miał czasu, zawsze jakaś ważna rozprawa w sądzie nie pozwalała mu na spędzanie wakacji razem z nimi. Spojrzała w stronę brzegu jeziora, dzieci beztrosko bawiły się ze swoimi nowo poznanymi koleżankami i kolegami. Dziewczynki pluskały się w wodzie, a Olaf robił babki z piasku zaangażowany w to, co robi, że nic wokoło go nie interesowało.

- Śliczne te moje dzieciaki - pomyślała. - Jedyne, co pozostało jej po Filipie, to właśnie te dzieci, które tak bardzo kocha i z których jest taka dumna jak tylko matka po-trafi. Lekki wietrzyk musnął jej rozgrzany policzek, poczuła jakby ktoś ją delikatnie pogłaskał. Bardzo chciałaby, żeby był tu razem z nimi jej starszy brat, z którym byli tak blisko. Aleks obiecał jej, że jak tylko            

wróci z rejsu to na pewno tu do niej przyjedzie. Może wtedy powie jej skąd ich rodzice mieli tę leśniczówkę i od jak dawna.

Ojciec, kiedy był jeszcze w szpitalu, krótko przed śmiercią próbował jej coś powiedzieć, ale nie zdążył. Był tak słaby i mówił tak cichym głosem, że nic nie rozumiała. Mama też zanim zmarła próbowała jej o czymś powiedzieć, ale też nie zdążyła. Może to, o czym zarówno ojciec jak i matka chcieli jej powiedzieć to leśniczówka. W najskrytszych myślach nie przypuszczała, że dostanie w spadku stary dom w środku lasu. Rodzice nie należeli do biednych, ale nie należeli też do elity. Ojciec pracował, jako obrońca z urzędu w Sądzie Rodzinnym, a mama była zwykłą asystentką dyrektora w Zakładach Odzieżowych. Zwykli ludzie żyjący na poziomie średnio zamożnych. Jej brat starszy jest od niej o piętnaście lat. Emilia zawsze była jego małą siostrzyczką i tak zostało do dziś. Aleks jest marynarzem, oficerem i pływa na statkach towarowych. Mimo dużej różnicy wieku są i zawsze byli ze sobą bardzo zżyci.            

Po śmierci rodziców, brat był jej jedynym oparciem w rozpaczy.

- Pięknie tutaj… - popatrzyła na duże, lśniące jezioro i otaczający je las. - Muszę się dobrze zastanowić nad tym, czy wracać do domu w mieście, czy spróbować rozpocząć nowe życie właśnie tutaj.

- Może pani życzy sobie odrobinę kawy?

Z zamyślenia wyrwał ją ciepły, męski baryton. Spojrzała w górę przesłaniając oczy ręką. Nad nią stał Tomasz w dwoma jednorazowymi kubkami, pachnącej, aromatycznej kawy.

- Zauważyłem cię z okna baru. Dłuższą chwilę stałem przypatrując się tobie i twoim dzieciom, wreszcie pomyślałem „ ta piękna kobieta na pewno teraz marzy o dobrej kawie, tym bardziej, że przed przyjściem na plażę nie wstąpiła na nią do baru”.

- Wybawco... - Emilia uśmiechnęła się do Tomasza. - Chyba czyta pan w moich myślach, właśnie zastanawiałam się, komu podrzucić moje aniołki, aby pójść w poszukiwaniu tego napoju - skłamała.

- No widzisz, jestem jasnowidzem, proszę.

Tomasz podał jej jeden kubek i usiadł obok niej na rozkładanym, małym krzesełku, które przyniósł ze sobą. Siedzieli w milczeniu i obserwowali bawiące się dzieci. Emilia delektowała się gorącym napojem i myślała o mężczyźnie, którego zostawiła w leśniczówce. Jeśli uda się Bartkowi dzisiaj uporać z prądem, to jutro rano będzie mogła sobie sama przygotować kawę, tak jak to robi codziennie, zaraz po wyjściu z łóżka.

Od lat dzień zaczyna od filiżanki kawy i nie wyobraża sobie, aby ten zwyczaj kiedyś został wyeliminowany z jej życia.

Przypomniała sobie o niespodziewanej, porannej wizycie kobiety i postanowiła opowiedzieć o tym zajściu. Kiedy skończyła, Tomasz miał minę smutną i jednocześnie odrobinę zatroskaną. Położył dłoń na jej ramieniu.

- Kamratowa nie jest złą kobietą. Jest chora jak zapewne zauważyłaś, czy domyśliłaś się. Niestety jest psychicznie niezrównoważona. Do tej pory jeszcze nikomu            

nie wyrządziła krzywdy, ale radzę ci abyś jej unikała. - Spojrzał na Emilię. - Jeżeli jeszcze raz do ciebie przyjdzie i będzie dla ciebie niemiła, to daj mi znać. Porozmawiam z nią żeby cię więcej nie nachodziła.

Patrzył z taką troską na twarzy jak dawno temu robił to jej ojciec. Przyjemnie jej się zrobiło, że ktoś się martwi o nią. Ktoś się troszczy o nią i o dzieci, stara się tak bezinteresownie pomóc.

- Emi, przyjechałaś tutaj sama, a gdzie jest twój mąż?

Tomasz nagle zmienił temat.

- Filip nie żyje - odpowiedziała obojętnie.

- O, przepraszam za nietakt, ale nie wiedziałem. Przyjmij ode mnie wyrazy współczucia - zmieszany dotknął jej dłoni.

- Nie ma pan, za co mnie przepraszać i nie musi mi współczuć... - Zamyśliła się.

- Chorował czy... - mężczyzna postanowił drążyć temat rozmowy.

- Nie! Zginął w wypadku samochodowym. Olaf miał trzy miesiące - przerwała mu           

niedokończone pytanie. - Jechał pod wpływem alkoholu, zabił siebie i dwoje niewinnych ludzi, w tym dziecko.

- To straszne, pewnie bardzo to przeżyłaś?

- Pewnie trochę - głos Emilii był bardzo obojętny. - Było mi żal tej kobiety i tego dziecka. Filipa nie było mi żal. Ostatnie lata naszego związku, to już nie było małżeństwo. To był jedynie koszmar - powiedziała bez jakiegokolwiek uczucia. - Mój ojciec był przeciwny naszemu małżeństwu. Znał Filipa zanim się poznaliśmy i wiedział, jaki jest. Ale ja byłam młoda i nieprzytomnie zakochana w przystojnym wysokim brunecie o kasztanowych oczach. Świata poza nim nie widziałam - spojrzała na Tomasza z bólem na twarzy. - Już dwa lata po ślubie pokazał, kim naprawdę jest. Zaczęło się bardzo niewinnie; późniejsze powroty z pracy do domu pod wpływem alkoholu. Potem były wyzwiska, zmuszanie do seksu, rękoczyny, poniżanie, strach... Filip był dość dobrym prawnikiem, ale niestety skłonności do kobiet i alkoholu zniszczyły go.

Odwróciła wzrok w stronę dzieci.

- Zniszczyły moje uczucie do niego i... Zniszczyły naszą rodzinę.

Popatrzyła w stronę jeziora, a po jej policzku spłynęła samotna łza. Wspomnienia były bolesne. Nie wiedziała, dlaczego tak otwarcie powiedziała o tym temu starszemu mężczyźnie, który był obcym dla niej człowiekiem. Nawet nie pomyślała o tym, czy on chciał się tego dowiedzieć. Dobrze było otworzyć przed kimś duszę i wyrzucić z siebie to, co nadal bardzo bolało.

Tomasz milczał. Patrzył na nią tymi swoimi smutnymi, zatroskanymi oczami, tak, jakby chciał powiedzieć „ już dobrze, teraz już jesteś bezpieczna tutaj z nami, i nie musisz się bać”. W pewnej chwili objął ją tak jak często robił jej ojciec i wytarł dłonią mokry policzek.

- Już dobrze, nie musisz nic więcej mówić. Tu ci się nie stanie żadna krzywda, obiecuję ci.

Emilia spojrzała na niego i smutno uśmiechnęła się. Zabrała swój kubek po kawie i zaniosła do pobliskiego kosza na śmieci.            

Tomasz cały czas obserwował ją. Jego zmęczone oczy, zaszkliły się. Wiedział, że kiedyś będzie musiał jej wszystko powiedzieć, wszystko wytłumaczyć, zaopiekować się nią. Ale najpierw musi porozmawiać z jej bratem.


* 5 *

Wrócili znad jeziora późnym popołudniem. Kiedy samochód dojeżdżał do leśniczówki Emilia usłyszała dobiegające z jej domu skoczne dźwięki utworu Michaela Jaksona.

- Mamusiu czy to w naszym nowym domku tak gra? - Wiktoria radośnie klasnęła w dłonie.

- Wydaje mi się, że tak - odpowiedziała. - Wujek Bartek chyba naprawił nam prąd - uśmiechnęła się do dzieci.

Zatrzymała samochód i otworzyła bramę wjazdową. Saba i Nery przybiegły do nich, ciesząc się z powrotu domowników. W drzwiach ukazał się brudny, ale zadowolony z siebie Bartek. Gestem wskazał na dom i dworsko ukłonił się przed kobietą i dziećmi. Dziewczynki dobiegły do niego            

i radośnie rzuciły się mu na szyję. Olaf swoimi małymi nóżkami dobiegł z krótkim opóźnieniem i też przywarł do Bartka.

- Wujek, naprawił prąd, wujek naprawił prąd! - Dziewczynki skakały wokół niego jak małe pchły.

- To nie wujek naprawił prąd, tylko elektrownia włączyła! - Zawołał Bartek śmiejąc się i jednocześnie unosząc kolejno każde z dzieci do góry. - Macie także wodę w kranie, co wy na to?

- Hurrraa! - Zawołały dziewczynki.

- Cudownie! Udało ci się! Dziękuję! - Emilia objęła Bartka za szyję i musnęła delikatnie jego policzek. - Jak tego wszystkiego dokonałeś w tak krótkim czasie mój czarodzieju?

- Powiedziałem zaklęcie. Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do elektrowni - mężczyzna uśmiechnął się. - Powiedziałem im, że do naszej leśniczówki przyjechała właścicielka i można podłączyć prąd. Następnie powiedziałem kolejne zaklęcie, zadzwoniłem do wodociągów mówiąc im to samo i tak oto            

wyczarowałem dla was cuda cywilizacji - z zadowoleniem wskazał na budynek leśniczówki. - Kiedy poprzedni właściciele opuścili to miejsce, mój teść zgłosił gdzie trzeba i odłączyli, żeby przypadkiem ktoś tu nie zamieszkał, a nowi właściciele nie mieli potem rachunków do płacenia. Tomasz przez te wszystkie lata opiekował się tą posesją na prośbę twoich rodziców, bo nikt nie wiedział, kiedy ktoś tutaj zawita. Kilka osób chciało kupić leśniczówkę, ale twoi rodzice za żadne skarby świata nie chcieli jej sprzedać, chociaż... - Popatrzył na Emilię - cenę niektórą proponowali taką, że ooooch... No, ale dobrze, że nie sprzedał, bo byśmy się nie poznali ze sobą prawda? - Uśmiechnął się. - A teraz moja szefowo chyba jakaś dobra kawa mi się należy?

Emilia skinęła głową i weszła do domu. Nastawiła wodę w dzbanku i postawiła na stole dwie filiżanki. Bartek w tym czasie poszedł do łazienki, aby się umyć i przebrać w czyste ubranie.

Zapach świeżo zaparzonej kawy unosił się            

w całym domu. Emilia postawiła filiżanki na werandzie i usiadła w swoim fotelu czekając na Bartka. Czysty i pachnący dołączył do niej w ciągu kilkunastu minut. Pili kawę w milczeniu delektując się jej smakiem. Emilia zamknęła oczy i zamyśliła się. Bartek z filiżanką w dłoni przyglądał się, podziwiając jej delikatną urodę. Kiedy otworzyła oczy, popatrzyła na niego smutnym wzrokiem, ale jak zwykle z pogodnym wyrazem twarzy.

- Znałeś poprzednich właścicieli? - Zapytała cichym głosem.

- Nie - pokręcił przecząco głową. - Kiedy przyjechałem do tej miejscowości, to już leśniczówka stała pusta - odpowiedział. - Z tego, co wiem, to ojciec Basi znał ich bardzo dobrze, chyba nawet przyjaźnili się ze sobą, musisz jego zapytać, ale... - Uniósł do góry brwi i spojrzał na nią. - Uprzedzam. On niechętnie mówi na ich temat.

Emilia kiwnęła głową i upiła kolejny łyk kawy.

- Zapytam, może jeszcze dziś. Hej! A co byś powiedział na kolację, taką powitalnie              

- zapoznawczą dzisiaj wieczorem? Zadzwoń do Basi niech przyjadą z panem Tomaszem, możemy zaprosić też pana doktora. Co ty na to? - Zawołała, z wyraźnym entuzjazmem.

- Pomysł całkiem fajny tylko, nie wiem czy Basia się zgodzi. Ona jest w barze do godziny dwudziestej pierwszej - zamyślił się. - Nie będę dzwonił tylko wskoczę w samochód i pojadę do niej. Kupię po drodze coś do picia, wino czy piwo wolisz?

- Jeśli o mnie chodzi to preferuję wino. Czerwone, pół wytrawne, ale z tym nie ma problemu, bo przywiozłam ze sobą spory zapas. Wina nie trzeba kupować - spojrzała na Bartka i zamyśliła się. - A co z Mariuszem, podskoczysz do niego i zaprosisz w moim imieniu?

Bartek popatrzył na nią figlarnie i tajemniczy uśmiech zagościł na jego twarzy.

- Podskoczę, podskoczę.

Odstawił pustą filiżankę po kawie do zlewu w kuchni i pojechał. Emilia po jego odjeździe zabrała się do przygotowywania sałatek i mięsa na wieczorną pieczeń. Tańcząc w takt              

muzyki pop, radośnie podśpiewywała. Dziewczynki starały się jej dorównać w skocznych ruchach i podrygując na podwórku, co chwilę wpadały do kuchni, aby coś podkraść do zjedzenia. Około godziny dziewiętnastej trzydzieści z podwórka dobiegł męski głos i wesołe szczekanie psa.

- Dobry wieczór, podobno zostałem zaproszony na kolację - Mariusz wszedł do kuchni i stanął jak porażony. - O kurczę, zapowiada się niezła wyżerka! Już wiem skąd te zapachy, które zaprowadziły mnie prosto do leśniczówki. Uważaj pani kucharko, bo zaraz wszystkie zwierzęta leśne tu się zjawią - podszedł do gospodyni wręczając jej bukiecik fioletowych dalii oraz butelkę wina.

Emilia uniosła do góry brwi, a jej roześmiane oczy same mówiły za siebie. Klepnęła Mariusza w ramię, wstawiła kwiaty do wazonu, a wino do lodówki. Postanowiła trochę wykorzystać swojego pierwszego gościa i zaproponowała, aby pomógł jej poustawiać nakrycia na stoliku stojącym na werandzie. Mariusz z radością spełnił jej prośbę i zanim              

reszta towarzystwa dojechała siedzieli już razem w ratanowych fotelach popijając mrożoną herbatę.

Dzieci radośnie bawiły się z psami i nie myślały nawet o tym, aby położyć się spać, ale ich matka nie nalegała, w końcu niech i one mają trochę więcej czasu do zabawy.

* 6 *

Tomasz, Bartek i Basia przyjechali kilka minut po godzinie dwudziestej. Przywieźli ze sobą małe wiaderko lodów dla dzieci i maślane ciasteczka. Emilia nie chciała zgodzić się na lody o tej porze, ale dzieci bardzo prosiły, a reszta gości solidarnie im wtórowała. Około godziny dwudziestej drugiej w końcu udało się jej położyć dzieci do łóżek. Były już tak zmęczone, że zasnęły bez codziennej bajki.

Wieczór był wyjątkowo ciepły i spokojny. Emilia nastawiła płytę z nastrojową muzyką Nory Jones i usiadła razem ze swoimi gośćmi na werandzie.

- Panie Tomaszu... Słyszałam, że pan zna poprzednich właścicieli leśniczówki?              

- Zapytała z zainteresowaniem w głosie.

- Znałem... - Odpowiedział.

- Dlaczego powiedział pan „znałem”? To znaczy w czasie przeszłym?

- Bo oni... - Zamyślił się. - Odeszli.

- Odeszli? Wyjechali? Daleko? - Drążyła dalej.

- Po prostu odeszli...

- Jacy oni byli?

- Cudowni, młodzi, weseli, szczęśliwi... - Uśmiechnął się i zamilkł.

- Niech pan nam opowie coś o nich. Proszę! - Emilia zrobiła niewinną minę i położyła dłoń na ręce Tomasza.

- Leśniczówka należała do rodziców mojego przyjaciela. To znaczy jego ojciec ją tu wybudował. Kiedy rodzice zmarli, zamieszkało w leśniczówce dwóch braci. Jeden z nich ożenił się i wyjechał na drugi koniec kraju. Nawet kilka lat mieszkał poza granicami. Drugi też się ożenił i... Został - głos Tomasza zadrżał. - Jego żona była pięknajak ty. Mieli dwoje dzieci syna i córkę. Byli bardzo              

szczęśliwą rodziną. On pracował, jako dealer samochodowy, a ona… - westchnął i kontynuował dalej. - Nie pracowała, to znaczy zajmowała się domem i dziećmi, chociaż ukończyła studia prawnicze. Przyjaźniliśmy się, ale oni... Kiedyś, odeszli - w oczach mężczyzny zalśniły łzy. - To tyle, jak widzisz nic szczególnego, zwykła kochająca się rodzina. Nie chcę o nich więcej mówić, wybacz Emi.

- Przepraszam, gdybym wiedziała, że jest to dla pana bolesny temat nie pytałabym... - Emilia przytuliła się do niego zakłopotana.

Pozostałe osoby siedziały w milczeniu nie chcąc przerywać opowiadania, ale wszyscy byli zaskoczeni, że Tomasz powiedział aż tak dużo. Poprzedni mieszkańcy leśniczówki to był temat tabu i Tomasz nigdy nie chciał z nikim o nich rozmawiać. Przychodził do leśniczówki bardzo często, siadał w fotelu na werandzie i całymi godzinami siedział sam. Nikt oprócz niego tu nie przychodził. Przez wiele, długich lat był tutaj gospodarzem pilnującym wspomnień. Nawet Basia, jego              

córka niewiele wiedziała o poprzednich mieszkańcach tego domu. Ojciec nigdy nie chciał mówić. Powtarzał tylko, że właściciele kiedyś wrócą, a on dał im słowo, że dopilnuje wszystkiego. Mówił, że leśniczówka ma swoją duszę, a o duszę trzeba dbać. Ciągle powtarzał, że to miejsce zawsze tętniło życiem i kiedyś znów będzie tak żyło. Bywał w leśniczówce kilka razy w tygodniu. Kosił trawę w ogrodzie, dbał o kwiaty, przycinał krzaki, a zimą rozpalał w kominku. Czasami nawet nocował w niej. Ktokolwiek obcy wszedłby do tego domu nie pomyślałby, że tutaj nikt od lat nie mieszka. Tomasz zawsze powtarzał, że mieszkają w leśniczówce wspomnienia o byłych mieszkańcach i cierpliwie czekają na kolejnych lokatorów. Trwa to już ponad dwadzieścia pięć lat.

Po rozmowie Emilii z Tomaszem atmosfera zrobiła się bardzo poważna, ale Bartek szybko wyprowadził swoich bliskich z tego nostalgicznego nastroju.

- Jutro mam zamiar zabrać się za remont dachu i będę potrzebował pomocnika. Może              

tato kogoś mi zaproponuje? - Skierował się w stronę Tomasza.

- Hm, może syn Piotrowski, chłopak ma teraz wakacje...

- Dobry pomysł! Tato wie, na kim można tu polegać! - To powiedziawszy Bartek przeniósł wzrok na Emilię. - A wracając do ciebie Emi, czy już się zdecydowałaś jak długo tu zostaniesz?

Kobieta siedziała wpatrzona w czarną ścianę lasu tak zamyślona, że nie usłyszała pytania. Wszyscy spojrzeli w jej stronę.

- Emi, Emilio! - Mariusz złapał ją za rękę przerywając jej ten stan zadumy. - Bartek o coś cię zapytał, może wrócisz już do nas, chyba jesteś gdzieś bardzo daleko?

Ciepły, spokojny głos sprowadził ją z powrotem do leśniczówki. Uśmiechnęła się przepraszająco.

- Wybaczcie. Zamyśliłam się trochę - popatrzyła na swoich gości. - To ten las, jego odgłosy i te jego zapachy tak na mnie działają. Czy możesz powtórzyć pytanie?

Odwróciła się do Bartka jednocześnie delikatnie wysuwając dłoń z ręki Mariusza.

- Pytałem, czy zdecydowałaś jak długo tu zostaniesz?

- Mam ochotę zostać tu na zawsze, ale nie jestem jeszcze na sto procent tego pewna. Zbyt dużo musiałabym pozałatwiać spraw, które zostawiłam w mieście. - Popatrzyła na twarze swoich gości i uśmiechnęła się do wszystkich. - W przyszłym miesiącu przyjedzie tu mój brat Aleksander, porozmawiam z nim i może mi coś doradzi. Oprócz leśniczówki rodzice zostawili mi całkiem sporą sumę pieniędzy. Dzieci po swoim ojcu mają ładną rentę rodzinną, więc póki, co mamy z czego żyć. Pokochałam to miejsce od chwili, kiedy wysiadłam z samochodu. Gdzieś w środku czuję, że mogłabym tu być bardzo szczęśliwa, ale musicie się uzbroić w cierpliwość. Jak już zdecyduję, to właśnie wy będziecie pierwszymi osobami, które się o tym dowiedzą.

- Zostaniesz tu Emi… - Tomasz spojrzał jej              

głęboko w oczy. - To miejsce czekało na ciebie, tak właśnie czuję.

* 7 *

Wieczór dobiegł końca, wino zaczynało szumieć w głowach i każdy odczuwał już znużenie. Basia pomogła Emilii sprzątnąć naczynia, a Mariusz z Bartkiem umyli je czując się w kuchni swojej nowej znajomej jak u siebie. Księżyc stał wysoko na niebie, kiedy grono przyjaciół pożegnało się ze sobą. Psy nawet nie odprowadziły gości do bramy, tak były zmęczone harcami z Borysem. Po wyjściu gości, Emilia nalała sobie jeszcze jeden kieliszek wina i usiadła na werandzie. Wokoło panowała cisza, a zapach sosen tak pięknie pieścił zmysł węchu, że postanowiła jeszcze trochę posiedzieć w tym swoim nocnym raju. Nawet nie zauważyła, kiedy powieki stały się ciężkie jak z ołowiu i otulił ją błogi sen.

- Emi! Eeemi! - Od strony lasu dobiegł radosny głos małego chłopca. - Zobacz ile jagód nazbieraliśmy, mama zrobi bułeczki z jagodami.

- Kochanie, szkoda, że nie poszłaś z nami,              

było cudownie. - Zza drzew wyszła piękna młoda kobieta i z radosną miną podchodziła w stronę domu, trzymając w ręku wiklinowy kosz pełen soczystych jagód.

- A ja dla ciebie nazbierałem szyszek, patrz, jakie śliczne, chodź Emi zobacz... zoobaaacz...

Chłopiec i młoda kobieta wolnym krokiem zbliżali się w stronę małej dziewczynki siedzącej na schodkach werandy. Dziewczynka bawiła się lalką, która miała długie, żółte włosy i piękną balową suknię. Wyciągnęła rękę do chłopca, ale on nagle zniknął.

Emilia otworzyła oczy. Wokół nic się nie zmieniło. Las szumiał i pachniał, pusty kieliszek stał na stoliku, tylko jej policzki były dziwnie wilgotne.

- Chyba za dużo wypiłam, czas do łóżka - pomyślała i weszła do domu. - Kim jest ten chłopiec tak podobny do jej synka? Dlaczego śni się i woła jej imię w tych snach?

Weszła do pokoi dzieci, żeby sprawdzić czy u nich wszystko w porządku, poprawiła kołdry              

i każde ucałowała w policzek. Pogłaskała małe główki i pomyślała z dumą, że takich dzieci jak one nie ma żadna kobieta na świecie. Cichutko zamknęła drzwi i udała się do łazienki. Nalała do wanny wody, płynu o zapachu lawendy i położyła się w ciepłej, kojącej kąpieli z zamiarem porządnego relaksu. Taka kąpiel w wannie zawsze cudownie ją odprężała. Kiedy po gorącej kąpieli położyła się na kanapie niebo zaczynało już rozjaśniać się. Zasnęła natychmiast.


* 8 *

Miesiąc był wyjątkowo upalny, a dni mijały na błogim lenistwie. Emilia razem z dziećmi chodziła nad jezioro, albo spacerowała po lesie. Nie myślała o powrocie do swojego mieszkania w mieście, a dzieci na samo wspomnienie powrotu do domu zachowywały się tak nieznośnie, że przestała przy nich ten temat wspominać. Bartek codziennie, bardzo solidnie usuwał wszystkie usterki, które powstały w ciągu wielu lat. Tomasz wpadał              

w odwiedziny kilka razy w ciągu tygodnia, a Mariusz prawie każdego dnia kończył spacer z Borysem na werandzie w towarzystwie Emilii, oraz jej dzieci. Lubili spędzać ze sobą czas.

Zbliżał się dzień corocznego festynu na zakończenie turnusu wczasowego, który tradycyjnie odbywał się nad jeziorem. Emilia postanowiła pójść na niego razem Mariuszem. Tego dnia Bartek zawsze pomagał żonie w obsługiwaniu gości, bo na festynie byli prawie wszyscy mieszkańcy miasteczka. Tomasz zaoferował spędzić czas na festynie z Wiktorią, Nikolą i Olafem. Cały czas zabawiał dzieci tak, jakby były jego wnuczętami. Dziewczynki skakały w dmuchanym zamku śmiejąc się głośno, a Olaf bawił się z innymi dziećmi na piasku.

Mariusz nie odstępował Emilii nawet na minutę. Wyglądali razem jak małżeństwo i ktoś obserwujący ich z boku, nawet nie domyśliłby się, że są tylko parą przyjaciół. Usiedli na trawie i przyglądali się ludziom, co chwilę spoglądając w stronę jeziora na              

bawiącego się nad brzegiem Olafa.

O godzinie osiemnastej przyjechał zespół muzyczny i zaczęła się potańcówka. Emilia uwielbiała tańczyć, więc jak tylko zabrzmiały pierwsze dźwięki muzyki złapała Mariusza za rękę i pociągnęła za sobą na parkiet. Tomasz pokiwał jej ręką i zabrał Olafa oraz dziewczynki do baru na kolację. Zespół muzyczny grał wyjątkowo dobrze, wszyscy bawili się jak na udanym weselu. Piosenki początkowo skoczne, od czasu do czasu przechodziły w nastrojowe ballady. Podczas jednego z wolnych tańców, Mariusz mocniej przyciągnął Emilię do siebie. Jego zapach, ciepło bijące od tego męskiego ciała były jak balsam na wciąż niezagojoną ranę. Tak dawno nie czuła przy sobie mężczyzny, że zarumieniła się jak nastolatka. Mariusz wtulił twarz w jej włosy i cicho nucił słowa piosenki „Summertime”, którą aksamitnym głosem śpiewał na scenie wokalista zespołu. Już dawno nie czuła się tak błogo, tak bezpiecznie i tak dziwnie. Usta Mariusza delikatnie całowały jej włosy, co powodowało, że całym ciałem kobiety wstrząsały delikatne dreszcze.              

Co on wyprawia z moim ciałem? - Pomyślała marząc, aby ta piosenka trwała wieki. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz tak przytulała się do swojego byłego męża - Filipa, którego już dawno przy niej nie było. Był za to Mariusz, który całkowicie zawładnął jej umysłem i ciałem. Kiedy piosenka dobiegła końca mężczyzna ujął dłonie Emilii i delikatnie je pocałował. Spojrzała mu w oczy. To, co w nich zobaczyła to była miłość, pożądanie, ból i nadzieja. Wysunęła swoje dłonie z jego gorących rąk, odwróciła się w stronę Tomasza i dzieci i szepnęła:

- Wybacz...

Podbiegła do Tomasza i złapała Olafa na ręce. Nakazała bliźniaczkom, aby jak najszybciej wsiadły do samochodu i z piskiem opon odjechała. Tomasz zdezorientowany i zaskoczony jej zachowaniem spojrzał w stronę parkietu. Mariusz nadal stał spoglądając na odjeżdżający samochód.

- Co się stało? - Starszy mężczyzna podszedł do doktora.

- Czy coś jej zrobiłeś? Powiedziałeś coś, co ją uraziło? - Zapytał z troską.


(...)


Powrót do strony głównej

Fragmenty pozostałych książek

Fragment książki Pamiątka z Paryża Fragment książki Jutra nie będzie Fragment książki Lawenda Fragment książki Płacz Wilka