Ewa Formella - Kim jesteś?

Wyświetl całość

KIM JESTEŚ?

Weronika obudziła się zlana potem.

Znów śniły jej się koszmary - zakład psychiatryczny i obłąkani w nim ludzie, którzy za wszelką cenę chcieli jej dotknąć. Ślepy zaułek kończący się przepaścią, do którego wbiegła po krętych, wąskich schodach i burza, przed którą chowa się pod starym drzewem. Burza rozdzierała nie tylko niebo, ale przede wszystkim jej serce.

Od momentu, kiedy Daniel powiedział jej, że wyjeżdżają do Amsterdamu, bo on znalazł tam bardzo korzystnie finansową pracę i mieszkanie, zaczęły się jej koszmary.

Przypadek czy przeznaczenie?

A potem… potem to już się wszystko posypało.

Po raz kolejny otworzyła swój sennik i zaczęła sprawdzać znaczenie snu.

Obłęd, szaleństwo – ujrzeć obłąkańców – ostrzeżenie przed planowaną miłostką.

Przepaść – stać samemu na krawędzi przepaści – lęki, obawy, zbliżanie się w życiu do strefy niebezpiecznej.

Schody – schodzić w dół – będziesz mile widzianym gościem u kogoś, kto cię wkrótce zaprosi.

Burza – ukryć się pod dębem – zapowiedź niebezpieczeństwa, przed którym trzeba uciekać.

Wszystko się zgadza. Sny są jedynym ostrzeżeniem i jedyną szansą na to, aby zrezygnować z tego, co ma się stać albo, lub co człowiek ma zamiar uczynić.

Podeszła do starego kredensu, który odziedziczyła po babci i wyjęła zza równo ułożonych ręczników butelkę brandy Hennessy. Nalała do kieliszka do wysokości dwóch palców i wypiła jednym haustem całą zawartość. Szybko schowała butelkę w miejsce, z którego ją wyjęła i zatrzasnęła drzwiczki kredensu, jakby obawiała się, że ktoś zobaczy co zrobiła. Alkohol przyjemnie rozgrzał jej ciało i poczuła się spokojniejsza. Spojrzała jeszcze raz na drzwiczki kredensu            

i ponownie otworzyła je. Zamyśliła się, ale trwało to tylko kilka sekund zanim szkło butelki po raz kolejny przyjemnie ochłodziło jej dłoń. Postawiła brandy na stoliku i usiadła w dużym, starym fotelu, który również był spadkiem po babci.

Brandy kusiła swoim wizerunkiem, a w ustach zaczął królować nadmiar śliny.

- Co mi tam, alkohol jeszcze nie jest moim wrogiem, a przyjacielem owszem - powiedziała spoglądając na zdjęcie starszej pani, która uśmiechała się do niej tak, jakby nie była tylko kawałkiem papieru, a żywą istotą. – Jutro też mam wolne, więc mogę sobie trochę pozwolić.

- No właśnie. Jutro nadal chcesz mieć wolne, więc możesz sobie pozwolić… – usłyszała ironiczny głos, który doleciał do niej z fotela stojącego na przeciw niej.

Ręka z butelką zatrzymała się nad kieliszkiem i Weronika nerwowo rozejrzała się po pokoju.

- Kto tu jest!? – zawołała spoglądając na drzwi prowadzące do sypialni, a następnie            

skierowała wzrok na drzwi do kuchni.

Cisza panująca w około uspokoiła ją. Przechyliła butelkę i nalała do kieliszka więcej niż na dwa palce. Ujęła szklane naczynie w dłoń i powoli upiła mały łyczek trunku.

- Nigdy nie podejrzewałam, że tak mi pomożesz – szepnęła, z czułością spoglądając na stojącą przed nią butelkę.

- Albo zaszkodzisz – usłyszała cichy głos.

Odstawiła kieliszek na stół i nerwowo rozejrzała się po pomieszczeniu. Serce zaczęło walić jak młot, ale w miarę przytomny umysł podpowiadał, że ktoś robi jej głupi kawał. Wstała z fotela i podeszła do drzwi wyjściowych. Nacisnęła klamkę i upewniła się, że zamek jest zamknięty tak jak go automatycznie przekręciła wchodząc do mieszkania. Mroźne, zimowe powietrze nie pozwalało na to, aby okna były otwarte dłużej niż piętnaście minut. Nigdy nie otwierała okien zanim nie była przygotowana do snu. Lubiła zasypiać w dobrze przewietrzonym pokoju, więc niemożliwe było, aby ktoś wszedł            

do mieszkania od strony ulicy. Zresztą, na trzecie piętro nie jest łatwo się dostać od tak.

- Chyba mi się coś przesłyszało – powiedział podchodząc do radia.

Włączyła odbiornik nastawiając stację RMF Classic i wygodnie rozsiadła się w fotelu. Oparła głowę i przymknęła oczy, aby móc lepiej wsłuchać się w nadawany właśnie koncert, kanony muzyki przedstawienia Peer Gynt napisanego przez Edvarda Griega. Fragment W grocie króla gór zawsze powodował w niej swoiste podniecenie. Oczami wyobraźni widziała obrazy, które kompozytor starał się pokazać za pomocą swojej muzyki. Ciche brzmienie fagotu za każdym razem powodowało, że czuła ten nastrój grozy, jaki panował w mrocznej atmosferze groty. Kilkanaście minut muzyki przeniosło ją w przeszłość. Zaczęła przypominać sobie autostradę i mknący nią z szybkością prawie stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę niebieski Renault Megan.

Zawartość kieliszka przyjemnie popieściła            

jej podniebienie, i chociaż palący smak spowodował odruch dreszczy poczuła się dużo lepiej. Po rozgrzanych policzkach zaczęły spływać łzy jakby ktoś odkręcił kran z wodą znajdującą się pod jej powiekami.

Kolejny kieliszek został szybko napełniony, a drżąca dłoń już nie odstawiła butelki na stolik, ale na miękki, zielony dywanik pokrywający podłogę wokół fotela.

- Nie mogę ci powiedzieć na zdrowie, bo mnie kurwa zmusiłeś do tego, żebym piła sama.

Uniosła kieliszek w geście toastu i popatrzyła na fotografię przedstawiającą mężczyznę w wieku około czterdziestu lat, który spokojnym wzrokiem przyglądał się jej, bez cienia uśmiechu.

- Zawsze byłeś takim pieprzonym pracoholikiem. Nigdy nie obchodziło cię to, co się dzieje ze mną, tylko zawsze byłeś ty, ty, ty! – zawołała i cała zawartość alkoholu znalazła się w jej ustach.

Przełknęła trunek i skrzywiła się. Smak nie należał do jej ulubionych, ale to był napój            

wysokoprocentowy, który pozostał jej po Danielu. On zawsze miał w barku brandy i lubił wieczorem przed telewizorem wypijać kieliszek lub dwa. Gdyby widział teraz, że ona tak bezcześci jego alkohol wypijając wieczorami prawie całą butelkę, to wściekłby się na nią. Ona rzadko piła, okazjonalnie. Teraz jednak te butelki były jej jedynymi przyjaciółkami.

Napełniła kieliszek po raz kolejny i delektując się widokiem płynu głośno westchnęła.

- Zobacz, do czego mnie doprowadziłeś! Przez ciebie siedzę już trzeci miesiąc w domu i nie potrafię się pozbierać.

- Bo tego nie chcesz – odpowiedział jej spokojny głos.

Zerwała się z fotela, przewracając butelkę i jeszcze raz sprawdziła wszystkie drzwi i okna.

- Co jest do cholery, może już skończysz z tymi żartami!?

Kuchnia, pokój, łazienka, przedpokój,            

obeszła całe mieszkanie czując narastający zawrót głowy i wróciła na fotel.

- Chyba mam jakieś omamy alkoholowe – powiedziała i sięgnęła po przewróconą butelkę.

Odkręciła ją i nie zawracając sobie głowy kieliszkiem pociągnęła duży łyk bursztynowego płynu.

- No pięknie, staczasz się coraz niżej – powiedział głos.

- Ok, nie twoja sprawa – odpowiedziała i spojrzała najpierw na zdjęcie babci a potem na fotografię mężczyzny.

Upiła kolejny łyk i rozejrzała się po pokoju. Bałagan panujący dookoła nie robił na niej żadnego wrażenia. Rozrzucone buty, ubrania i resztki jedzenia na stole były jej zupełnie obojętne. Zamknęła oczy i skupiła się na dźwiękach dobiegających z radia. Spokojna muzyka utworu Sommertime - George’a Gershwina. Dźwięki fortepianu wycisnęły z jej oczu łzy. Zakręciła butelkę i rzuciła ją na podłogę. Zakryła twarz dłońmi i początkowo            

wolno spływające słone krople przybrały postać wodospadu. Rozszlochała się tak, że aż głowa zaczęła jej pulsować tępym bólem. Płacz trwał kilkanaście minut zanim zmęczona zasnęła.

Po raz kolejny uciekła drogą alkoholu w sen. Uciekła przed rzeczywistością, przed brutalną prawdą, której nie chciała dopuścić do swojej świadomości. Muzyka wypływająca z radia działała na nią uspokajającą, ale coraz częściej wyciskała z jej oczu łzy.

Obudził ją przeraźliwy dźwięk dochodzący od strony kuchni. Usiadła i przetarła oczy zastanawiając się, co tak hałasuje. Zanim zorientowała się, że to telefon, hałas ucichł, ale prawie natychmiast usłyszała melodyjkę swojej komórki, która uparcie dopominała się odebrania.

Zerwała się z fotela i wyszarpnęła kabel telefoniczny tak, że prawie go zerwała. Następnie podeszła do torebki i wciśnięciem, jednego małego guzika wyłączyła aparat.

- Dajcie mi wszyscy święty spokój! –            

zawołała i opadła na fotel.

Z radia płynął już kolejny utwór: Sonata księżycowa Ludwiga von Bethovena.

- Dlaczego wciąż słucham tej twojej durnej muzyki? Nigdy nie przepadałam za klasyką, a teraz niczego innego nie potrafię słuchać – powiedziała drżącym głosem.

Po omacku poszukała butelki i kieliszka, i napełniła go płynem.

- Może na dzisiaj koniec? – zapytał głos.

- A co cię to obchodzi! – burknęła i szybko przechyliła całą zawartość. – Kim ty jesteś, żeby mnie pouczać, żeby mi mówić, co mam robić. Wiesz kim jesteś? Chorym wyobrażeniem mojego picia. A może jesteś moim sumieniem? A może jesteś duchem, który przyszedł mnie straszyć, a może jesteś… - zawahała się – moim gównianym Aniołem Stróżem?

- Myśl sobie co chcesz, ale zostanę z tobą tak długo aż…

- Aż co? – przerwała brutalnie nie pozwalając głosowi skończyć zdania.

- Aż staniesz na nogi. Pomogę ci – głos mówił spokojnie nie przejmując się jej emocjami.

- Nie potrzebuję niczyjej pomocy! – zawołała. - Zostaw mnie. Zostaw mnie w spokoju – dodała cichym, drżącym szeptem.

- Dlaczego? Nie mam zamiaru cię zostawić. To, co się stało nie było twoją winą, wiec dlaczego się oskarżasz? To było przeznaczenie, przed którym nikt nigdy nie ucieknie. Kiedy to w końcu zrozumiesz?

- Przeznaczenie – zaśmiała się i upiła kolejny łyk brandy. – Jakie przeznaczenie? Moim przeznaczeniem było wyjść za mąż, urodzić dzieci i zestarzeć się w spokoju razem z moją drugą połówką – spojrzała na fotografię mężczyzny, który obojętnym wzrokiem patrzył na nią ze zdjęcia.

- To, dlaczego nie chcesz, aby twoje przeznaczenie się spełniło?

- Bo tego już nie można spełnić, bo on…

- To było jego przeznaczenie, a twoje jeszcze może się spełnić – głos nie pozwalał jej zwątpić do końca.

- Bo ja… ja… nie potrafię bez niego żyć.

- Dlaczego?

- Bo ja… ja… ja go cały czas kocham.

- Ale jego już nie ma. Nie rozumiesz? NIE MA. Rozpaczasz po kimś, kto wcale nie musiał być twoim przeznaczeniem. Jesteś pewna, że kochał cię tak samo jak ty jego?

Weronika rozejrzała się po pokoju próbując zobaczyć swojego rozmówcę. Fotel naprzeciwko niej stał pusty, chociaż dałaby głowę, że głos dochodzi do niej właśnie z tego miejsca.

- Co chcesz mi zasugerować? – zapytała wpatrując się przed siebie.

- Nic, tylko pytam czy jesteś pewna, że twoja miłość nie była platoniczną? Pomyśl i przypomnij sobie. Ile razy czekałaś na niego do późnych godzin nocnych. On wracał, całował cię w policzek i tłumacząc się zmęczeniem, zanim zdążyłaś cokolwiek powiedzieć wskakiwał do łóżka. Przytulałaś się do niego w nocy, a on odwracał się w drugą stronę mówiąc, że miał ciężki dzień.            

Gdzie on był, kiedy straciłaś dziecko? Przyszedł raz, jeden jedyny raz do szpitala, przyniósł olbrzymi bukiet kwiatów i powiedział, że bardzo mu przykro. Tego wtedy od niego oczekiwałaś? Nie! Musiałaś sobie sama poradzić z tym bólem, z tą rozpaczą, z tą stratą. A pamiętasz wigilię, dwa lata po waszym ślubie? Nie zdążyłaś nawet zebrać naczyń ze stołu, kiedy wyciągnął cię z domu do swojej rodziny i przez cały wieczór świetnie się bawił, ignorując całkowicie twoją obecność. Może przypomnę ci Sylwestra, trzy lata po waszym ślubie. Po koncercie nie wrócił do domu, bo koledzy poprosili go, aby poszedł z nim przywitać Nowy Rok na mieście. Siedziałaś sama w domu z zapaleniem płuc i przy świecach czekałaś na niego. Kiedy wrócił powiedział ci tylko „szczęśliwego nowego roku” i padł jak kłoda. Dlaczego nigdy nie zabierał cię na bankiety pracownicze?

- Przestań! – Weronika krzyknęła i zasłoniła dłońmi uszy. – Po jaką cholerę mi to wszystko przypominasz, dlaczego chcesz            

mnie jeszcze bardziej pogrążyć!? Odejdź stąd! Wynoś się i daj mi święty spokój!

- Czyżbym dotknął twojej pięty Achillesa?

- Przestań, proszę.

- Dlaczego? Żebyś dalej się umartwiała z powodu kogoś, kto zmarnował twoją młodość i zabrał twoje wszystkie marzenia? Spójrz w lustro i zobacz, co z siebie zrobiłaś. Od kilkudziesięciu dni nic nie robisz tylko pijesz i płaczesz po kimś, kto nie był tego wart. Zamknął cię w złotej klatce i trzymał na złotym łańcuchu, abyś wierzyła w jego miłość. Hojność i miłość to dwie różne sprawy. To, że obsypywał cię drogimi prezentami wcale nie oznacza, że cię kochał. Dlaczego nigdy nie zaproponował ci wspólnego wyjazdu? Jeździł po całym świecie z koncertami, ale ty musiałaś zostawać w domu. Nie buntowałaś się, bo ci uzmysłowił, że nie pasujesz do jego współpracowników. W towarzystwie jego przyjaciół czułaś się jak kopciuszek przy księciu, może zaprzeczysz?

- Dlaczego mi to robisz? Dlaczego za            

wszelką cenę usiłujesz zagłuszyć to, co we mnie krzyczy z rozpaczy? – Weronika nie miała już sił na dalszą rozmowę.

Głos uzmysławiał jej to, co ona czuła od dawna, ale przecież kochała Daniela. Nie! Ona nadal go kocha, pozostanie mu wierna do końca, nawet gdyby miało się to dla niej skończyć źle.

- A pamiętasz koncert upamiętniający Liszta? Z okazji rocznicy jego dwusetnych urodzin, który biedak niestety nie doczekał? Nie możesz tego nie pamiętać, to było zaledwie rok temu. Twój mąż kupił ci na tę okazję suknię, w której wyglądałaś jak bogini. Chciał się tobą pochwalić? A może po prostu poczuł nagłą potrzebę zabrania cię do paszczy lwa? Nie czułaś się upokorzona, jak po skończonym utworze Marzenie miłosne, który był ostatnim utworem granym w tym dniu, Daniel podszedł do tej młodej skrzypaczki, która przez cały czas koncertu, wpatrywała się w niego jak w święty obraz? Na oczach całej widowni nie tylko podziękował jej, jako pierwszym skrzypcom, ale tak czule ucałował            

jej policzek, że poczułaś dreszcz zazdrości?

- Przestań! Przestań! – Weronika ukryła twarz w dłoniach i rozszlochała się. – To ty mnie teraz upokarzasz, cały czas mi przypominasz, że byłam tylko jego dodatkiem!

- „Byłam”! I o to mi właśnie chodzi. Może nareszcie zrozumiałaś, że coś się skończyło, i czas zacząć nowe! – głos, opanowany jakby rozmawiał o pogodzie, próbował ją przekonać do swoich racji.

Weronika podniosła butelkę do ust i wypiła z niej całą resztkę, która jeszcze pozostała. Podniosła się z fotela i chwiejnym krokiem poszła do drugiego pokoju. Nie zdejmując ubrania rzuciła się na łóżko i wstrząsana spazmatycznym szlochem zasnęła.

Obudził ją potworny ból głowy i zapach, którego początkowo nie była w stanie zidentyfikować. Spojrzała w stronę okna. Zza szyb zaglądały do niej ciepłe, zimowe promienie słońca. Zapach, który z każdą sekundą wydawał się intensywniejszy rozpoznała, jako zapach kawy.

Zerknęła ponowie w stronę okna, przekonana, że dolatuje on od któregoś z sąsiadów przez niedomknięte u niej i u nich okna, ale szybko przekonała się, że to nie ten kierunek.

Usiadła na łóżku i rozejrzała się dookoła. Wszystkie jej rzeczy, które wieczorem leżały w nieładzie porozrzucane po całym pokoju zniknęły. Przez uchylone drzwi widziała stolik w saloniku, na którym wczoraj pozostawiła, co najmniej dwie puste butelki, kubek po kawie i album ze zdjęciami.

Stolik był pusty.

- Co jest do cholery? – uszczypnęła się w rękę, aby sprawdzić, czy nadal śpi.

Zabolało.

Od strony kuchni zaczął dolatywać do niej zapach smażonych jajek i tostów.

- Daniel – pomyślała i szybko wyskoczyła z łóżka.

Stanęła na dywanie i poczuła tak gwałtowny zawrót głowy, że musiała usiąść na łóżku. Razem z zawrotem nadszedł okropny            

ból i nudności. Schowała głowę między kolanami i zaczęła głęboko oddychać. Kątem oka zobaczyła stojący obok łóżka dzbanek z sokiem pomarańczowym oraz kartonik soku pomidorowego. Przetarła oczy nie wierząc w obraz, jaki miała obok siebie. Nudności minęły, chociaż ból głowy pozostał. Sięgnęła po kartonik soku i szybki łykami opróżniła prawie połowę zbawiennego napoju. Zerknęła w stronę kuchni i uśmiechnęła się.

- Wróciłeś – szepnęła czując coraz mocniejsze bicie serca.

Podeszła do drzwi i stanęła przyglądając się mężczyźnie krzątającemu się przy piecyku kuchennym. Pomieszczenie lśniło czystością, a na stole stał wazonik z bukietem frezji, które pachniały tak mocno, że ogarnęło ją poczucie szczęścia. W sylwetce mężczyzny coś jednak było nie tak. Z radioodbiornika nastawionego na inną stację niż ta, której zawsze słuchała płynęły wesołe dźwięki piosenki zespołu Boney M .

- One way ticket, one way ticket. One way            

ticket, one way ticket… - nieświadomie zaczęła poruszać biodrami i nucić tekst piosenki.

Czuła się tak szczęśliwa, że chciała podbiec do mężczyzny i przytulić się do niego jak za dawnych czasów, ale coś ją przed tym powstrzymywało. Coś w tym mężczyźnie było innego. Stała przyglądając się jego rytmicznym ruchom ciała, które radośnie poruszały się w rytm piosenki. Znad pieca unosił się w jej stronę aromatyczny zapach i delikatnie pieścił jej zmysły. Poczuła skurcz w żołądku, który na szczęście szybko minął.

Mężczyzna odwrócił się, aby wyciągnąć z szafki talerzyk i w tym momencie zrozumiała, co w nim było nie tak.

To nie był Daniel.

Przed nią stał młodszy od niej o kilka lat młody chłopak, którego bujne czarne włosy łagodnie spływały na ramiona. Umięśniona klatka piersiowa, unosiła się i opadała przedstawiając jego szybki oddech. Duże brązowe oczy wpatrywały się w nią            

z figlarnym, młodzieńczym błyskiem.

- Co ty robisz w moim mieszkaniu? – zapytała, zastanawiając się, czy nadal śpi, czy jest to kolejny jej alkoholowy obraz.

- Cześć, jestem Paweł – młodzieniec podał jej dłoń i uśmiechnął się.

- Co ty robisz w moim mieszkaniu? – powtórzyła pytanie.

- Teraz? No, w tej chwili robię dla ciebie śniadanie, przedtem trochę tu posprzątałem, a potem…

- Nie będzie żadnego potem! Wynoś się! – zawołała, ale w głębi duszy nie chciała, aby odchodził.

- Spokojnie! – Paweł posłał w jej stronę najpiękniejszy uśmiech, jaki do tej pory widziała. – Usiądź, wypij kawę, zjedz śniadanie. Porozmawiamy…, a jak nadal będziesz chciała, żebym wyszedł, to sobie pójdę.

Serce Weroniki waliło jak młot, a całe jej ciało odreagowywało kilkudniowe spotkania z butelkami Daniela.

- Szef mnie do ciebie wysłał, bo nie mógł się od kilku dni dodzwonić.

Mężczyzna nałożył na dwa talerzyki pachnącą jajecznicą i postawił na stole talerz z tostami. Nalał do filiżanek świeżo zaparzonej kawy i usiadł naprzeciw Weroniki.

– Pojechałem do twojego mieszkania, i po kilkunastu minutach dobijania się prawie zrezygnowałem. Wtedy otworzyła drzwi pani z mieszkania naprzeciwko i…

- I powiedziała ci, gdzie jestem? – Weronika spojrzała na swojego rozmówcę i kiwnęła głową.

- Tak. – Paweł potwierdził, ponownie uśmiechając się do niej. – Zaprosiła mnie na herbatkę. Kiedy dowiedziała się, że twoje zwolnienie lekarskie skończyło się pięć dni temu, a ty nie pojawiłaś się w pracy, o wszystkim mi opowiedziała – położył dłoń na jej ręce i ze współczuciem spojrzał w jej przekrwione od alkoholu oczy. – Wypadek i śmierć twojego męża, musiały być dla ciebie strasznym przeżyciem, ale życie toczy się            

dalej Weroniko. Dobrze, że ta sąsiadka miała klucze do mieszkania po twojej babci, bo gdybym dzisiaj nie przyszedł, to być może skończyłoby się to dla ciebie źle.

- Kim ty jesteś?

Mężczyzna spuścił wzrok i wzruszył ramionami.

- Nikim. Dla ciebie nikim.

- A w firmie? Kim jesteś, bo chyba cię nie znam – położyła dłoń na jego ramieniu i zaczęła wpatrywać się w jego zawstydzoną twarz.

- Jestem gońcem. Pionkiem, który dla wielu z was nie istnieje.

- Gońcem… - powiedziała i zamyśliła się – to chyba przyniosłeś dzisiaj najważniejszą przesyłkę dla mnie.

- Ja…? – mężczyzna odważnie spojrzał w oczy Weroniki. - Jaką?

- Nadzieję.


Powrót do strony głównej

Fragmenty pozostałych książek

Fragment książki Leśniczówka Fragment książki Pamiątka z Paryża Fragment książki Jutra nie będzie Fragment książki Lawenda Fragment książki Płacz Wilka