Ewa Formella - Moja Wandzia

Wyświetl całość

Moja Wandzia

Spotkało mnie w życiu coś pięknego

Gdyby kilka lat temu, ktoś powiedział mi, że zaprzyjaźnię się z osobą, która jest starsza od mojej mamy, to nie uwierzyłabym.

A jednak.

Poznałam ją w listopadzie 2008 roku i od pierwszego dnia poczułyśmy do siebie sympatię. Wiem, że to opatrzność nas do siebie zbliżyła. To przeznaczenie nas ze sobą złączyło. Wiem, że czekałyśmy na siebie, a teraz trudno nam jest się ze sobą rozstać.

Zaczęło się standardowo.

Kobieta 40+, dzieci już samodzielne, dorosłe. Nisko płatna praca w niedużym zakładzie budżetowym, do tego stresująca. Powtarzające się stany depresyjne i czas po            

pracy, z którym tak właściwie nie wiedziałam, co zrobić.

Praca-dom, praca-dom, praca-dom i tak w kółko.

Postanowiłam zrobić coś z własnym życiem, bo nie potrafiłam sobie znaleźć w nim miejsca.

Zapisałam się na kurs dla wolontariuszy hospicjum. Niestety kilka dni przed rozpoczęciem kursu dostałam wysokiej gorączki - zapalenie płuc i szkolenie przepadło.

Wyczytałam na stronie hospicjum, że jest wyznaczony drugi termin szkolenia, więc znowu się zapisałam, już widziałam siebie pracującą przy chorych, umierających ludziach w hospicjum i... znowu wysoka gorączka, nawrót choroby i ponownie ze szkolenia „nici”.

Kiedy ponownie zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się, kiedy będzie następne szkolenie, pani poinformowała mnie, że dopiero za pół roku, ponieważ takie szkolenia odbywają się tylko dwa razy w roku                  

(przynajmniej w mieście, w którym mieszkam).

Nie ukrywam, że dotknęły mnie również problemy finansowe i zaczęłam szukać dodatkowej pracy na weekendy, aby trochę do pensyjki dorobić. W Internecie znalazłam ogłoszenie, że potrzebna pani do pomocy przy starszej osobie na wszystkie wolne od pracy dni, czyli soboty, niedziele i święta.

Zadzwoniłam, umówiłam się na spotkanie, pojechałam i tak zaczął się mój czas z moją Wandzią.

Z kilku pań, które zgłosiły się do tej pracy ona wybrała mnie. Powiedziała, że wyglądałam jej na ciepłą, swojską kobitkę.

Kiedy ją poznałam skończyła właśnie 102 lata. Wesoła, pogodna staruszka, niezdająca sobie sprawy ze swojej starości.

Ze względu na jej wiek byłam pewna, że ta praca nie potrwa dłużej niż kilka miesięcy.

A to już trwa prawie cztery lata. Widzę zmiany w jej osobowości, widzę zmiany w jej ciele, widzę jak demencja często gości w jej umyśle. Ale cieszę się, że mogę do niej            

jeździć, opiekować się, pomagać jej i cieszyć się razem z nią, każdą chwilą.

Postanowiłam napisać o moim spotkaniu z nią, dlatego, aby kiedyś wrócić do tych chwil spędzonych z tą niesamowitą osobą, aby pokazać że starość nie koniecznie musi być smutna, aby przedstawić osobę która mimo iż ma przeżyty wiek nie czuje tego, i często nie może sama uwierzyć w to ile ma lat.

Skończyła 100 lat a jeszcze marzy o miłości, jeszcze chciałaby wyjść za mąż, tęskni za seksem, za uczuciem miłości.

Kim jest ta KOBIETA?

Urodziła się w Anglii. Z powodu choroby, jako dziecko opuściła ten kraj i przyjechała z rodzicami do Wilna, skąd pochodzili jej rodzice. Klimat angielski jej nie służył.

Zaczęła chorować, więc rodzice zdecydowali się wyjechać z tego wilgotnego kraju, i wrócili w swoje rodzinne strony.

Ojciec nie miał zamiaru pozostać w Wilnie na stałe, bardzo chciał wrócić do Anglii, ale            

mama ze względu na chorobę córki uparła się i zostali.

Rodzina była dość majętna, duży dom z ogrodem, osiem pokoi. Zatrudniali dziewczynę do opieki nad dziećmi, oraz panią do sprzątania i gotowania. Dziadek miał sad, z którego sprzedawał owoce, uprawiali również warzywa głównie dynie i szparagi.

Dzieciństwo było dla pani Wandzi dość trudne, ponieważ dużo chorowała, głównie na oczy. Jej najlepszą przyjaciółką była Tecia, dziewczyna, która przybyła do ich domu w wieku około 9 lat, kiedy ojciec zostawił ją u „Państwa” do pracy polegającej na opiece nad czwórką dzieci. Dziewczynki mimo różnicy wieku bardzo się zaprzyjaźniły, Tecia pozostała w domu pani Wandzi bardzo długo. Nawet, gdy już obie wyszły za mąż, nadal były razem.

Pierwszy mąż pani Wandzi w czasie wojny wyjechał do Anglii walcząc u boku generała Andersa. Czy to jest prawda nie wiem, bo wspomnienia pani Wandzi miały różne wersje często sprzeczne ze sobą i raz mi mówiła, że            

go rozstrzelali Niemcy (na jej oczach), innym razem, że wyjechał do Anglii i walczył pod dowództwem generała Andersa, a jeszcze innym razem, że musiał uciekać z kraju.

Tak właściwie to do końca nie wiem, co się z nim stało.

Kiedy wybuchła II wojna światowa i męża zabrali do wojska, ona pozostała w domu z babcią, matką, siostrami, i małym dzieckiem. Ojciec i dziadek też zostali zwerbowani do armii tak, że kobiety zostały same.

Wojna się skończyła, mąż nie wracał, uznano go za zmarłego. Młodą, samotną i piękną kobietą zainteresował się pewien polski dżentelmen i w odpowiednim czasie pobrali się. Żyli ze sobą ponad 40 lat, niestety zmarł na serce i kobieta znów została sama.

Londyn, Wilno, Warszawa, Gdańsk to były miasta, które przewinęły się przez jej życie, najbardziej jednak z tych wszystkich miast wspomina Wilno, gdzie się wychowała, gdzie wyszła dwa razy za mąż, gdzie urodziła dziecko i gdzie była bardzo szczęśliwa mimo            

wojen, mimo zaboru rosyjskiego.

Kiedyś chciałam ją sprawdzić jak wiele pamięta i zapytałam:

- To właściwie gdzie pani mieszkała, w Polsce czy w Rosji?

- W Polce oczywiście, to pani nie wie gdzie leży Wilno?, Przecież Wilno JEST w Polsce! – Odpowiedziała z takim oburzeniem, że aż mnie zatkało.

Czasami zdarzają jej się takie chwile, kiedy mówi mi, że wraca do Wilna i czy odwiedzę ją tam. Tłumaczy mi wtedy jak dojść z dworca do jej domu, i że najlepiej jak wynajmę dorożkę, bo to trochę daleko.

Zapomina, że już od pięciu lat nie wychodzi z domu.

Każdy dzień jest inny

Kiedy przychodzę do nie w sobotę, czy w niedzielę rano (pracuję u niej we wszystkie weekendy oraz wszystkie inne dni wolne od pracy) ona siedzi na swoim łóżku często w półdrzemce. Na mój widok (kiedy już            

rozpozna, że to ja) uśmiecha się i mówi, że na mnie czeka. Siadam obok niej, jemy po ciasteczku i czasami pyta, co u mnie słychać a czasami od razu zaczyna mi coś opowiadać. Kiedy wejdzie w „trans” swoich opowieści i wspomnień to często nie mogę jej zmobilizować do tego by poszła ze mną do łazienki, aby się umyć.

W łazience ją myję, a ona cały czas mówi. Myję, perfumuję (tak (!)) po każdym myciu, muszę ją popryskać perfumami, bo ona chce (musi(!)) ładnie pachnieć, pomagam jej się ubrać i następnie idziemy do kuchni, gdzie przygotowuję dla nas obiad. Kiedy obiad się gotuje ja idę posprzątać jej mały pokoik, a ona w tym czasie smaruje sobie (sama) twarz kremem, tym samym od lat, kupowanym w aptece na specjalne zamówienie. Pościelenie jej łóżka i odkurzenie pokoju oraz sprzątnięcie go zajmuje mi niewiele czasu, ale czasami, kiedy wracam do kuchni ona siedzi na krześle i drzemie.

W czasie obiadu wypijamy po kieliszeczku wiśniówki, lubi sobie od czasu do czasu wypić            

po „małym”. Mówi, że to jej dobrze robi na apetyt.

Opowiadała mi, że razem z mężem, zawsze do obiadu wypijali sobie jeden, dwa kieliszeczki wódki, taką mieli tradycję.

Po obiedzie idziemy do jej pokoju na herbatkę, i tak właściwie to już jest koniec mojej pracy i powinnam iść do domu, ale nie potrafię wyjść od niej od tak.

KONIEC PRACY i do domu?

Siadam z nią przy stole i wypijamy razem herbatkę i zjadamy po kilka ciasteczek. Rozmawiamy, a właściwie to ona mówi, a ja słucham.

Prowadzi swój monolog tak, jakby czytała książkę. Sama zadaje pytania i sama na nie odpowiada, oczywiście często powtarza te same zdania po kilka razy, ale już się do tego przyzwyczaiłam.

Opowiada mi o Wilnie, o swojej młodości, o swoim życiu, o swoim małżeństwie, o balach, na które chodziła razem z mężem – oficerem WP, o podróżach, o swojej pracy.

Często myli przeszłość z teraźniejszością, ale kiedy tak opowiada widać, że jest szczęśliwa. Chociaż wiem, że powinnam już iść do domu – zostaję,

jeszcze 5 minut,

jeszcze 20 minut,

jeszcze godzinkę.

Taneczne wspomnienia

Są takie dni, kiedy przez te kilka godzin w pracy u pani Wandzi, śmiejemy się aż do bólu brzucha.

Ona wspomina, szczęśliwe i radosne dni w swoim życiu i opowiada o tym, co wesołego spotkało ją.

Z uśmiechem na twarzy i iskierką radości w oczach opowiada mi o balach, na które chodziła razem ze swoim mężem. Oczywiście były to bale wojskowe, bo jej mąż był oficerem. On sam nie lubił tańczyć i na tych balach przeważnie przesiadywał w innej sali grając w karty. Nie przeszkadzało mu jednak, a nawet był zadowolony i dumny z tego, że            

jego żona jest „rozchwytywana” przez jego kolegów. Ona sama uwielbiała tańczyć i miała swoich ulubionych partnerów do tańca. Był na przykład jeden chorąży, z którym najlepiej tańczyło jej się mazura i właśnie tylko z nim tańczyła ten taniec.

Walca uwielbiała tańczyć z majorem, którego żona również nie bardzo przepadała za tańcem, ale nie była zazdrosna o to, że jej mąż tańczy z inną. Była wręcz dumna z tego, że jej mąż tak pięknie tańczy i tak pięknie wygląda w parze z tą kobietą.

Kiedyś poprosił ją do tańca jakiś bardzo wysoką rangą wojskowy. Był brzydki jak „kupa śmieci” (tak go określiła), toporny jak „kulawy osioł” (to też jej słowa), ale nie wypadało mu odmówić, żeby mąż nie miał potem z tego powodu przykrości. Zatańczyła, więc i jak to sama określiła, był to pierwszy i ostatni taniec z nim, bo po tym jednym tańcu bolały ją wszystkie kości. Jej nowiutkie czółenka zostały „sponiewierane” przez jego gigantycznych rozmiarów buty, a w psychice została wielka czarna pamięć tego felernego            

tańca. Towarzysz taneczny, pocił się jakby go ktoś polał „pomyjami” i wyglądał, jak „żaba, która wyskoczyła z bajora”. Jego zapach przypominał zapach „onucy żołnierza wracającego z wojny”.

Czasami zastanawiam się skąd u niej biorą się te wszystkie określenia. Kiedy jednak je wypowiada z taką dziwną ironią w głosie to nie potrafię się nie uśmiechnąć.

Nahajka

Któregoś dnia przyszłam do pani Wandzi, weszłam do jej pokoju, patrzę a ona siedzi zapłakana na łóżku. Usiadłam obok niej i zapytałam:

- Co się stało?

Pani Wandzia spojrzała na mnie mokrymi od łez oczyma i odpowiedziała:

- Kim pani jest? Ja nie będę z nikim rozmawiać. Ktoś wszystko „kabluje” babci.

- Babci? Czyjej babci ? – Zapytałam zdezorientowana.

- No przecież mojej babci – odpowiedziała            

pani Wandzia i dodała - ktoś wszystko, co ja powiem powtarza babci, a babcia potem bije mnie nahajką. Widzi pani? Tam wisi nahajka koło drzwi i ja już nie mogę tego znieść. Mam całe ciało pobite do krwi aż mi skóra popękała i mam bardzo bolące rany.

Starłam chusteczką jej łzy na policzku i chciałam ją objąć i przytulić, ale skuliła się i znów głośno zapłakała.

- Niech pani mnie nie dotyka, ja mam na plecach same rany nie widzi pani tej krwi na mojej koszuli?

Popatrzyłam na jej koszulę i delikatnie pogładziłam jej plecy. Tak ledwo wyczuwalnie żeby znów nie zaczęła płakać. Niczego nie zauważyłam. Pomyślałam, że zaraz pójdziemy do łazienki, żeby tak jak zawsze dokładnie ją umyć. Pani Wandzia będzie rozebrana, to dokładnie obejrzę jej plecy. Może gdzieś się uderzyła i teraz bolące miejsce kojarzy jej się z biciem.

Postanowiłam wyciągnąć ją jakoś z tego świata, w którym właśnie się znajdowała i zapytałam:

A co dziadek na to, że babcia panią bije, dziadek nie staje w pani obronie?

- Dziadek, dziadek! Siedzi tylko w tym swoim sadzie na drzewie i mówi „czego ty od tej dziewczyny chcesz, przecież ona ci nic nie zrobiła”.

- A mama też nie staje w pani obronie?

- Mama sama boi się babci. Jak babcia się zdenerwuje to i mama dostanie nahajką tak, że aż krew leci.

Ta sytuacja trochę mnie zaskoczyła, bo do tej pory pani Wandzia wspominała babcię i dziadka przedstawiając ich w samych superlatywach. Była ulubienicą dziadka, ale o babci też nigdy nie mówiła niczego złego.

Postanowiłam skończyć z tym smutnym wspomnieniem, delikatnie objęłam panią Wandzię i przytuliłam.

- Tak właściwie to nie miałam tego mówić, ale babcia wyjechała.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

- Wyjechała? A dziadek?

- Dziadek też wyjechał razem z babcią –            

odpowiedziałam.

- Wyjechali i nic mi nie powiedzieli? I kto się teraz będzie mną zajmował?

Rozpłakała się jak małe dziecko.

- Spokojnie pani Wandziu – szepnęłam - nie powiedzieli pani, bo nie chcieli żeby się pani martwiła, poprosili mnie żebym przyjechała do pani na kilka dni i się panią zaopiekowała, a nahajkę już zdejmuję i schowamy ją daleko pod tapczan, żeby je nie widzieć.

Popatrzyła na mnie zdziwiona, ale uśmiechnęła się.

- Bardzo się cieszę, że ze mną zostaniesz. Na pewno spędzimy czas wesoło.

Uspokoiłam się. Łzy przestały się lać z jej oczu, ręce przestały się trząść, wrócił do niej spokój.

Oczywiście w łazience bardzo dokładnie obejrzałam jej plecy i okazało się, że są czyściuteńkie i gładziuteńkie jak zawsze, cienka delikatna skóra nie miała nawet maleńkiego zadrapania ani siniaka.

Ucieczka księdza

Poranna toaleta zakończona, pokoik wysprzątany i wywietrzony, czas zabrać się do przygotowania obiadu. Siedzimy z panią Wandzią w kuchni i jak zawsze ona opowiada a ja słucham, gdy nagle rozbrzmiewa dzwonek u drzwi. Poszłam otworzyć a tu stoi… ksiądz. Na śmierć zapomniałam, że miał przyjść właśnie w tym dniu. Miesiąc temu osobiście mi o tym powiedział, ale cóż chyba skleroza lubi mnie. Wróciłam do kuchni i mówię:

- Pani Wandziu ma pani gościa

- A ten gość to płci męskiej czy żeńskiej? – Zapytała.

- Płci męskiej.

Z przedpokoju dolatuje do mnie śmiech księdza.

- To, co? Idziemy do pokoju?

- No to idziemy, bo przecież gościa w kuchni nie wypada przyjmować – wzruszyła ramionami.

Pomalutku, opierając się na swoim                

balkoniku pani Wandzia idzie do swojego pokoju. W połowie kuchni nagle zatrzymuje się i przywołuje mnie ruchem ręki.

- Pani zobaczy, czy mi się nos za bardzo nie świeci, może trzeba trochę przypudrować?

Słyszę jak ksiądz śmieje się ze słów, które wypowiedziała.

- Wszystko O.K., wygląda pani ślicznie a nosek jak u panienki – zapewniam panią Wandzię, żeby nie czuła zdenerwowania.

W pokoju podchodzi do swojego gościa i widzę jak uśmiech zaczyna rozjaśniać jej twarz.

- O mój księżulek kochany, dawno księdza widziałam. Co słychać u księdza?

Kiedy ksiądz przychodzi ja wychodzę z pokoju, żeby pani Wandzia mogła sobie spokojnie porozmawiać, czasami po cichutku śmieję się z tej ich rozmowy, bo ona nie wszystko dobrze rozumie i czasami ksiądz pyta ją o coś innego a ona odpowiada mu zupełnie na inny temat.

Pomodlili się, ksiądz zaśpiewał pieśń            

„Chwalcie łąki umajone” i pomalutku zaczął się z nią żegnać. Niestety wyjść od pani Wandzi wcale nie jest tak łatwo, bo ona będzie robiła wszystko, żeby zatrzymać gościa jeszcze przez jakiś czas.

- Ale jeszcze ciasteczkiem ksiądz się nie poczęstował – sprawdza ręką stół, ponieważ prawie nie widzi i stara się dotykiem upewnić czy postawiłam na stole razem z obrazkiem Matki Bożej, świeczki i zapałki talerzyk z ciastkami. Siedzę w kuchni i przysłuchuję się ich rozmowie.

- Dziękuję bardzo, już się poczęstowałem – zapewnił duchowny.

- No to jeszcze jedno ciasteczko.

- Dobrze, ale już ostatnie, bo muszę już iść.

- A może ksiądz wypije kielicha?

(śmiech)

- Nie, nie! Dziękuję muszę jeszcze odwiedzić kilka osób chorych.

- I racja, bo od wódki rozum krótki i nieodwracalne mogą być tego skutki – mówi pani Wandzia prawie szeptem, ale że jest            

osobą niedosłyszącą brzmi to dość głośno.

Ksiądz śmieje się.

– A co ksiądz myśli, że ja go upiję i coś mu zrobię? Ja już za stara na to jestem.

(znowu śmiech księdza)

- Pani Wando, bardzo miło rozmawia się z panią, ale ja już naprawdę muszę iść.

Powolutku duchowny wycofuje się w stronę drzwi, kiedy jest już prawie w korytarzu z pokoju pani Wandzi dochodzi do nas jej głos z nutką ironii w głosie.

- Co tam będzie taki przystojny facet gadał z taką staruchą, spieszy się do innej, młodszej, przecież ksiądz to tylko facet tyle że chodzi w sukience, ale taki sam facet jak inni.

Na korytarzu ksiądz żegnając się ze mną powiedział z wielkim rozbawieniem, że do takich starszych i chorych osób to aż miło przychodzić, człowiek pożartuje, po-śmieje się nie tak jak u innych smutnych i schorowanych starszych osób, ale sam na sam to on nie chciałby z nią zostać.

Zaproszenie na obiad

Tego dnia pani Wandzia w ciągu czterech godzin mojej pracy była w kilku różnych latach. Była w latach swojej młodości, była w latach II wojny światowej, była w czasach teraźniejszych i w czasach swojej świetności, jako pani oficerowa.

Starałam się z całych sił dostosować do jej myśli i chyba mi się to udawało całkiem, całkiem. Kiedy już zbierałam się, żeby wyjść do domu pani Wandzia nagle zapytała:

- Co jutro dobrego będzie na obiad?

- Jutro jest niedziela a w niedzielę, co zawsze jadamy na obiad? – Odpowiedziałam pytaniem na jej pytanie. Zamyśliła się i uśmiech rozjaśnił jej twarz

- Rybka będzie smażona, a do tego buraczki i brokuły. Prawda?

- Ale ma pani dobrą pamięć – pochwaliłam. – Tak. W niedziele jemy rybkę, którą pani tak bardzo lubi.

Na twarzy mojej przyjaciółki zobaczyłam            

jednak wyraz zastanowienia,

- Czyżby nie była pewna? - Pomyślałam, ale nic nie powiedziałam, żeby nie rozproszyć myśli, które w tej chwili zaplątały się do jej głowy. Nagle szeroki uśmiech zagościł na jej twarzy i bardzo pewnym głosem powiedziała do mnie.

- NIE! Jutro nie będzie rybki, bo ja zapraszam państwa na obiad. Do restauracji. Zapraszam panią i pani męża, tylko proszę żeby pani dopilnowała, żeby mąż ubrał się elegancko, w garnitur, lakierki i musznik. Dobrze by było, żeby ubrał mundur galowy, ale niestety pani mąż jest cywilem. Ale garnitur porządny to on ma?

- Tak, tak ma – zapewniłam.

- No tak przecież niedawno mieliście wesele syna i pamiętam, że pani mi mówiła, że kupiła mężowi nowy garnitur i koszulę, i krawat

Mój syn faktycznie ożenił się kilka miesięcy temu, więc byłam zaskoczona, że pani Wandzia będąc w tej chwili w innym świecie pamiętała o weselu mojego syna.

- O, i niech pani powie mężowi, żeby zabrał ze sobą na ten obiad swoją córkę, ja ją tak bardzo lubię, no i jej tego nowego lowelasa.

- O.K., pani Wandziu, przekażę mężowi żeby zabrał córkę – odpowiedziałam. - Córcia na pewno się ucieszy, będzie miała okazję żeby umyć samochód, bo na proszony obiad nie można przecież przyjechać brudnym autem.

- O nie! Żadnym, samochodem państwo nie przyjadą, bo nawet byście nie trafili do tej restauracji. Ona mieści się w takim parku, gdzie przyjeżdża tylko elita, a nie obrażając państwa, wy do elity nie należycie - zawołała oburzona. - Stangret mojego męża po was przyjedzie, bo nie chciałabym żebyście się spóźnili. To bardzo nieeleganckie.

Uśmiechnęłam się i pomyślałam, że fajnie by było pojechać na taki elegancki obiad rodzinny razem z moją przyjaciółką. Tylko szkoda, że jest rok 2010, a nie na przykład 1955, i że pani Wandzia od kilku już lat nie wychodzi nawet ze swojego mieszkania. Jej            

jedynym wyjściem „na świat” jest wyjście na balkon i to tylko w ciepły i słoneczny dzień.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Ostatnio pani Wandzia myślami ciągle jest w swoim ukochanym Wilnie, wspominając dom rodzinny a zwłaszcza babcię i dziadka, których chyba kochała bardziej niż rodziców. Mieszkali w jednym domu, wychowywali ją i rozpieszczali. Zwłaszcza dziadek. Tęskni za nimi. Tęskni za swoim mężem i za domem rodzinnym, za ogrodem, który babcia uprawiała i za jabłonkami, na które dziadek wchodził żeby zerwać dorodne jabłka na sprzedaż. Kiedy jestem u niej ciągle powtarza mi, że wkrótce nie będziemy się widziały, bo ona jedzie do babci i dziadka. Podczas mojej ostatniej wizyty znów robiła plany wyjazdowe i zaproponowała, żebym też przyjechała do Wilna na urlop. Koniecznie razem z mężem. Mówiła to tak zachęcająco i z takim entuzjastycznym przekonaniem, że prawie zaczęłam sama wierzyć w to, że tam pojadę.

Do niej.

Do domu babci.

Mówiła mi jaką odzież mam ze sobą zabrać bo…

- Dziadek na pewno będzie chciał, żeby pani weszła na jego jabłonkę. Tę, na której dziadek ma swoje lokum spokojności i ucieczki od babuszki.

- Ale ja nie wiem, czy potrafię wejść na drzewo w końcu nie mam już 20 lat – powiedziałam ze śmiechem.

- Oj, co się pani boi? Dziadek ma specjalnie zrobioną drabinę, po której wchodzi się do jego skrytki. No, ale musi pani mieć na sobie spodnie, bo w spódnicy to trudno się wchodzi na drzewo. – Powiedziała z pewnością w głosie i zamyśliła się. - Chociaż babcia bardzo nie lubi, kiedy kobieta ma ubrane spodnie. Mówi wtedy, że taka kobieta wygląda jak „chłopka w polu”

- Spodnie mam to zabiorę. Przecież pani wie, że ja nie lubię chodzić w spódnicach

- No tak – pani Wandzia spojrzała na            

mnie. – Wiem, że pani jest taka jakaś nie kobieca. Chociaż przyznam szczerze, że zawsze jak pani do mnie przychodzi, to pani ładnie pachnie. I ładnie jest wymalowana. Ale i tak to nie zmienia faktu, że babcia nie lubi jak kobieta jest w spodniach. – Uśmiechnęła się do mnie życzliwie. - Jednak spodnie musi pani też mieć jak popłyniemy łódką po Wiśle.

- Chyba po Wilii – powiedziałam.

Machnęła ręką i popatrzyła w stronę okna.

- Przecież w sukni pani nie będzie pływała? – Kontynuowała nie patrząc na mnie. - Bo jak wiatr zawieje to może się suknia podnieść i nasi panowie zobaczą te koronki, które przykrywają pani intymne części ciała. Ciekawy to będzie dla nich widok i na pewno przyjemniejszy niż brzegi rzeki – roześmiała się - ale pani to chyba nie byłyby zadowolona.

- Spokojnie pani Wandziu. Zabiorę ze sobą spodnie do wchodzenia na drzewo i inne do pływania łódką – zapewniłam moją przyjaciółkę.

- No i koniecznie musi pani zabrać jakąś elegancką sukienkę, bo w sobotę pójdziemy            

na potańcówkę do parku. Tylko niech się pani nie zdziwi, jak wejdziemy tam razem, a ja za chwilę zostawię panią z naszymi panami. Bo jak ja przychodzę na tańce, to jestem rozchwytywana przez tańczących panów. Mój mąż nie lubi tańczyć i wszyscy o tym wiedzą. Nie ma tańca żebym podpierała ścianę, a pani mąż lubi tańczyć?

- Lubi, ale nie za bardzo potrafi – uśmiechnęłam się.

- Oj to ja pani znajdę takiego, co będzie panią zabawiał, a pani mężowi podsuniemy jakąś sierotkę. A w niedzielę zaproszę państwa do cukierni do Sztrala, tam mają najlepsze lody na świecie, takich lodów pani nigdy nie jadła, przekona się pani o tym.

Rozmarzyłam się. Oczami pani Wandzi widziałam siebie w łódce płynącej po Wilii, z parasolką przeciw słoneczną w ręku. Widziałam siebie w pięknej sukni na potańcówce w parku w piękny, ciepły letni wieczór, tańczącą z przystojnym oficerem. Czułam na podniebieniu smak kołdunów, które babcia pani Wandzi specjalnie dla nas            

by ugotowała, i smak lodów od Sztrala. Czułam zapach jabłek, które dziadek specjalnie dla mnie zerwał z jabłonki i widziałam ich piękny czerwony kolor.

Dzięki wspomnieniom pani Wandzi znalazłam się na chwilę w innym świecie i coraz bardziej pragnę pojechać tam i zobaczyć to, o czym ona opowiada. Wiem, że Wilno teraz to już nie jest to samo Wilno, co było za czasów jej młodości, ale pojechać tam i przeżyć, chociaż chwilę z jej opowiadań...

Syn pani Wandzi powiedział mi kiedyś, że pojechał do Wilna. Postanowił przejść ulicami wspomnień swojej mamy, jednakże wiele z tych jej wspomnień nie istnieje. Domy wyburzono a na ich miejscu stoją już zupełnie inne budynki i o innym przeznaczeniu, ale kilka starych odnalazł. Może i mnie uda się kiedyś tam spędzić trochę czasu. Wiem, że często jak sobie coś ubzduram to dojdę do celu, ale na razie pozostaje mi życie w jej wspomnieniach. Tutaj i przy niej.

Pamięć wraca do początku

Troszkę Wandzia podupadła na zdrowiu, ale co się dziwić w końcu ma już wiek za sobą. Fizycznie i tak jeszcze się trzyma super, bo chodzi sama wprawdzie z balkonikiem, ale chodzi. Siada sama i wstaje z krzesła, a że wzrok, słuch i pamięć nie funkcjonują tak jak by tego chciała no cóż SAMO ŻYCIE.

Poprzedni tydzień spędziła w szpitalu, bo miała tak bardzo spuchnięte nogi, że ledwo mogła się na nich utrzymać z bólu. Kiedy odwiedziłam ją leżała zapłakana, ale na mój widok ucieszyła się.

Nie mogła przypomnieć sobie mojego imienia, ale to już nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Od razu jednak, kiedy mnie poznała zapytała:

- Czy dzwonił już Feliks i wie, że jestem w szpitalu?

Przyznam szczerze, że pierwszy raz usłyszałam z jej ust to imię, więc byłam trochę zdezorientowana.

- Pani Wandziu, a kim jest Feliks?

- No jak to – oburzyła się – to przecież mój narzeczony, co pani sklerozę ma czy co?

- Pani Wandziu, zawsze myślałam, że pani miała dwóch mężów jeden nazywał się Fredek, a drugi Julek, ale o żadnym Feliksie nie słyszałam.

Zamyśliła się. Chwilę trwało zanim ponownie się odezwała.

- Co pani gada? Jakich mężów? Przecież ja jestem jeszcze za młoda na męża!

- Tak? – Zapytałam. – A ile tak właściwie pani ma lat?

Znów się zamyśliła. Po dłuższej chwili, ze smutkiem na twarzy odpowiedziała:

- No właśnie ile ja mam lat? Nie pamiętam. A jak długo jeszcze zostanę w tym szpitalu? W domu czeka na mnie Feliks. Na pewno się martwi, że mnie już tak długo nie ma. Może nawet mnie szuka. Niech pani do niego zadzwoni i mu powie.

- Pani Wandziu, ja nie znam żadnego Feliksa. Nie znam do niego numeru telefonu,            

a pani ma ponad sto lat, więc jak może mieć pani narzeczonego?

Spojrzała na mnie tak zdziwionym a zarazem smutnym wzrokiem, że zrobiło mi się głupio. W pewnej chwili zobaczyłam jak samotna łza zaczęła spływać po jej bladym policzku i poczułam, że w moich oczach również zaczynają się zbierać łzy. Wzięłam ją za rękę i delikatnie zaczęłam głaskać jej kruchą dłoń. Przykro mi się zrobiło, bonie chciałam jej smucić, ale ona po moich słowach chyba przypomniała sobie, że jest tu i teraz a nie tam i wtedy. Kiedy spłynęła kolejna łza po jej policzku zobaczyłam smutny uśmiech na jej twarzy.

- No tak zapomniałam, ale widzi pani starość nie radość.

Pan Alzheimer częstym gościem

Tak to już w życiu bywa, że często nie chce się tego, co do nas przylgnęło jak rzep do psiego ogona i za żadne skarby nie chce puścić. Tak jest z panem A. Przychodzi do            

mojej pani Wandzi, kiedy chce i zostaje na tak długo jak chce. Czy to się jej podoba czy nie, on wpada i zostaje na długo. 15

Syn pani Wandzi powiedział mi kiedyś, żeby nie pozwolić jej na te długie wizyty z panem A., bo pani doktor podobno mówiła, żeby ją uświadamiać, że to co było – tego NIE MA, a teraz jest to co JEST.

Nie mam jednak tyle sił, aby ją od tego „uwalniać”, bo kiedy widzę jej radość i jej szczęśliwą minę, kiedy opowiada o przeszłości to aż mi się serce raduje.

Ona jest szczęśliwa, kiedy jest ze „swoim ukochanym” albo, kiedy „siedzi z dziadkiem na drzewie”, albo, kiedy jest w „towarzystwie mężczyzn, wysoką rangą wojskową na balu dobroczynnym”. Wiem, że ona wraca do tych chwil po to, aby nie być TU i TERAZ.

Często jest tak, że siedzę i słucham jej wspomnień a ona jest w innym świecie. Wystarczy jednak, że dotknę jej dłoni i powiem:

- Pani Wandziu, muszę już iść bo czekają na mnie w domu obowiązki.

Ona automatycznie wraca do teraźniejszości. Robi wówczas smutną minę, a jej oczy wypełniają się łzami.

- Tak, pani teraz pójdzie sobie do męża, do domu a ja zostanę tutaj sama. Aż do wieczora, albo aż do jutra rana i nikt nawet do mnie nie zajrzy.

Często zastanawiałam się nad tym czy ona naprawdę ma tak zaawansowaną chorobę Alzheimera czy tylko „ucieka” od teraźniejszości.

Dzisiaj na przykład prawie cały mój pobyt opowiadała mi o jakimś księciu i jego synu, którzy byli u niej w gościach i zachwycali się jej wileńskim chłodnikiem. Z detalami podała mi, z czego ten chłodnik zrobiła i z dumą podkreślała jego niepowtarzalny smak. Czas jednak bardzo szybko przesuwał wskazówki zegara. Kiedy nadszedł czas mojego wyjścia, ona jak automat przestawiła się na stan: „zostanę teraz sama a pani sobie idzie”.

Często mam straszne wyrzuty sumienia, że zostawiam ją samą, ale mam też swoje życie i niestety nie mogę sobie pozwolić na 24            

godziny z nią.

Ostatnio była u mnie przyjaciółka z Niemiec i rozmawialiśmy ta temat mojej pracy u pani Wandzi. W Niemczech, można zarobić „ładne pieniążki” za taką pracę, ale tam taka osoba jak ja jest zatrudniona na 24 godziny, czyli pozostaje całą dobę do dyspozycji danej osoby. Mojej Wandzi właśnie ktoś taki bardzo by się przydał, aby umilić jej te krótkie chwile jej długiego życia. 16

Pani Wandziu, co tak dziś bojowo?

Ten dzień był wyjątkowy. Pierwszy raz, od kiedy pracuję i spotykam się z nią, była w takim nastroju. Kiedy przyszłam w sobotę rano tak jak zwykle, przywitała mnie wyjątkowo oschle i tak jakby z pretensją, że przyszłam:

- Kto to? Kim pani jest i czego tu szuka u mnie?

- Dzień dobry pani Wandziu, nie poznaje mnie pani? – Tak jak zawsze nachyliłam się, aby przy powitaniu pocałować ją w policzek.

- Co pani robi, łapy przy sobie, co to ja jestem TWOJA koleżanka!? – Zawołała i odepchnęła mnie od siebie.

Trochę mnie ta jej reakcja zaskoczyła, więc usiadłam obok niej na łóżku i zaczęłam się uśmiechać. Próbowałam wyczuć czy ona udaje, czy faktycznie jest dzisiaj „gdzieś indziej”. Pani Wandzia siedziała z miną wielce obrażonej damy. Chociaż była bardzo poważna, jej mina doprowadzała mnie do śmiechu.

- Czego się śmiejesz i po co właściwie tu siedzisz, weź się lepiej za robotę!

- O.K. Czekam kiedy pani wstanie i pójdziemy do łazienki się umyć tak jak zawsze – powiedziałam udając bardzo poważną minę.

- Do jakiej łazienki, co to znaczy „łazienka” nie rozumiem tego słowa! W jakim języku ty do mnie gadasz? Skąd ty jesteś, gadaj do mnie po polsku, a nie po jakiemuś tam. – cały czas utrzymywała władczy ton.

- Słowo „łazienka” jest po polsku, to taki pokoik, gdzie myjemy buzię, zęby, pupę,            

włosy, plecy i tak dalej.

- Co mi tu będziesz gadać głupoty, „pójdziemy do łazienki się umyć” (sparodiowała moje słowa), ja nigdzie się nie wybieram, i TY mnie myć nie będziesz bo nie mam dziś ochoty na to żeby wstawać, myć się, i... w ogóle z tobą gadać.

- To w takim razie proszę mi powiedzieć, co mam robić, bo za siedzenie i patrzenie na panią nikt mi nie płaci?

- A rób co chcesz, ty leniwa dziewucho! Ja dzisiaj nie chcę mieć z tobą nic do czynienia, chcesz to siedź, chcesz to idź, ale odczep się ode mnie, bo nie jestem twoją koleżanką!

W tym momencie zauważyłam, że nie przyjęła dzisiaj jeszcze swojej porcji tabletek, więc wzięłam kieliszek z jej tabletkami i podałam jej.

- Proszę, pani lekarstwo.

- A co ty mi tu dajesz? Jakie lekarstwo, co to ja chora jakaś jestem? Nie będę brała żadnych lekarstw, bo mi nie potrzebne! A może ty mnie chcesz otruć? - Popatrzyła na mnie podejrzliwie. - A potem mnie okradniesz            

i jak gdyby nigdy nic wyjdziesz sobie do domu. O nie! Taka głupia to ja nie jestem.

- Dobrze! Jak pani nie chce to niech nie bierze tych lekarstw, ale jak pani umrze to proszę mieć pretensje do siebie, nie do mnie – odpowiedziałam obojętnie.

- Dawaj! Jak mnie otrujesz to mój mąż już i tak się z tobą policzy, nie ujdzie ci to, bo on cię znajdzie wszędzie – złapała kieliszek z tabletkami i całą jego zawartość wsypała sobie do ust – może dasz mi chociaż herbaty do popicia?

Wzięłam ze stołu dzbanek z herbatą i nalałam do filiżanki tyle, aby mogła dobrze popić tabletki.

- Co ty mi tu dajesz do picia, co to za „siki Weroniki”, to nawet herbaty nie potrafisz już porządnej zrobić, co z ciebie za służąca?

Ponieważ po raz pierwszy widziałam ją w takim bojowym nastroju i nie pasowało to do niej wcale, zaczęłam się śmiać. Prawie dostałam ataku śmiechu.

- Co panią dzisiaj ugryzło, jeszcze tak bojowej pani nie widziałam, czy coś się pani            

przyśniło? – Zapytałam ciągle się śmiejąc.

Postawiłam pustą filiżankę na stoliku, objęłam moją przyjaciółkę ramieniem. Przytuliłam policzek do jej policzka i zaczęłam się tak śmiać, jak dziecko na widok fikającego koziołki Clowna. Czekałam, kiedy mnie od siebie odepchnie i krzyknie coś obraźliwego, ale ona, najwyraźniej, była tym moim gestem bardzo zaskoczona. Przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo, przewracając tylko oczami jakby w zniecierpliwieniu, ale po chwili sama zaczęła się śmiać. Wiedziałam już, że „moja Wandzia wróciła”. Już z uśmiechem na twarzy pogłaskała mnie po ręce i położyła głowę na moim ramieniu.

Myślę, że już nawet nie pamiętała naszej wymiany zdań z przed kilku minut.

Myśli trudne do zrozumienia

Tak trudno mi czasami zrozumieć ją, bo znajduje się w dwóch czasach jednocześnie. Mówi, że czeka na męża i synka, którzy pojechali odwiedzić umierającą teściową. Nie            

ma ich od dwóch, a może nawet trzech dni i ona strasznie się martwi bo obawia się, że stało się coś złego. Prosi mnie abym pojechała z nią tam, bo syn nie pozwoli jej jechać samej ale… ona ma tylko jednego syna. 18

W jednej chwili widzi swojego syna jako małego chłopca i dorosłego mężczyznę od którego jest teraz zależna.

Umysł jej jest przy malutkim synku, a świadomość podpowiada, że obok, w drugim pokoju jest jej syn ten dorosły, z którym mieszka i który opiekuje się nią. Godzinami potrafi opowiadać mi o swoim malutkim synku, gdzie z nim była, co on powiedział, co od niego otrzymała i w trakcie tych opowiadań, co chwilę pyta mnie czy jej syn (ten dorosły) jest w domu. Następnie każe mi wyjść na podwórko i go poszukać bo już dawno powinien być w domu a ciągle gdzieś biega i nie zastanawia się nad tym, że ona – jego matka o niego się martwi.

Ostatnio znów była w dwóch światach jednocześnie.

- Proszę mnie dzisiaj elegancko ubrać, bo            

spodziewam się dzisiaj gości – powiedziała zdecydowanym i stanowczym tonem.

- Dobrze, zawsze staram się, żeby pani ładnie wyglądała.

- Nie będę jadła dzisiaj obiadu, bo będę jadła dopiero jak przyjdą goście i jak mój mąż wróci z kantyny. Mam nadzieję że on też tam nic nie jadł. A co pani przygotowała dzisiaj na obiad?

- To co pani najbardziej lubi, pieczone skrzydełka z kurczaka, marchewkę z groszkiem, ziemniaczki z koperkiem i kompocik z jabłek, może być?

- No, pychotka, pani zawsze przygotowuje to, co ja lubię a za ile będzie obiad? Bo jestem strasznie głodna.

?????????

Uśmiechnęłam się do niej zadowolona, że wróciła do teraźniejszości, bo dużo lepiej nam się rozmawia, kiedy jesteśmy w czasie teraźniejszym. Po tej krótkiej wymianie zdań udałyśmy się do łazienki. Kiedy już umyłam ją, uczesałam i ubrałam przeszłyśmy do            

kuchni gdzie zawsze razem siedzimy, to znaczy ona siedzi i pije herbatkę a ja przygotowuję obiad.

- Która godzina?

- Piętnaście minut przed godziną dwunastą, a dlaczego pani pyta? Obiad będzie za około 20 minut, chyba pani wytrzyma, co?

- Zjem tylko odrobinkę, bo przecież mam dzisiaj gości. Główny posiłek będę jadła jak przyjdą moi goście. Zapomniała pani pewnie przygotować przyjęcia dla moich znajomych, a takie ważne osoby będą. Co pani się tak guzdrze, zaraz przyjdą goście a pani daleko w tyle z robotą – spojrzała na mnie z takim wyrzutem, że nie potrafiłam opanować uśmiechu.

- Wszystko jest przygotowane w spiżarni. Proszę się nie martwić.

- A wódkę kupiłaś? Bo oni lubią do obiadu wypić coś dobrego

- Kupiłam jest w spiżarni

- To dobrze. – Zamyśliła się. -To, kiedy będzie wreszcie ten obiad, bo już mi się            

naprawdę chce jeść – powiedziała takim tonem, że znów musiałam się uśmiechnąć.

W jednej chwili znów była kilkadziesiąt lat temu. I teraz, czasami nie nadążam za tokiem jej myśli, ale zawsze cieszę się, kiedy ona jest szczęśliwa. Będąc właśnie kilkadziesiąt lat wstecz przeważnie towarzyszą jej wspomnienia z tych „lepszych lat”.

Zwykłe przeziębienie czy...

Taka krucha, taka bladziutka, taka cicha...

Kiedy przyszłam dzisiaj do niej spała. Jej syn powiedział, że pani Wandzia jest przeziębiona, nic groźnego, ale... źle się czuje. Poszłam, więc do kuchni, chwilę porozmawiałam z nim i zaczęłam przygotowywać obiad. Co jakiś czas zaglądałam do pokoju i chwilami musiałam się bardzo mocno przyglądać, aby zobaczyć czy ona oddycha. Niepokój, jaki czułam był nie do opisania. Wyglądała tak mizernie. Jej klatka piersiowa delikatnie podnosiła się i opadała, podnosiła się i opadała, podnosiła się               

i opadała. Kiedy wreszcie się obudziła z trudem namówiłam ją na pójście do łazienki, aby się umyć.

- Jeszcze chwileczką sobie posiedzę, tylko minutkę, proszę – powtarzała przez około 45 minut.

I tak siedziałam obok niej, z jej głową na moim ramieniu przytulając ją i delikatnie głaszcząc po zimniej, kruchej dłoni. Wreszcie poszłyśmy do łazienki. Powolutku opierając się na swoim „chodziku” szła tak wolniutko, że obawiałam się czy dojdzie sama, czy nie przewróci się. Nie miała siły nawet umyć zębów. Nie chciała się ubrać, powiedziała, że chce wrócić do łóżka. Spełniłam jej prośbę, bo widziałam, co się z nią dzieje. Kiedy położyłam ją, natychmiast zamknęła oczy i zasnęła.

Usiadłam obok niej i przyglądałam się. Wyglądała tak krucho. Blada, smutna, spokojna.

Obiadu zjadła tyle, co nic, co chwilę zamykając oczy. W pewnym momencie uśmiechnęła się i powiedziała:

- Zawsze bałam się tego..., bałam się żeby nie być na starość samej... bałam się śmierci... bałam się tej samotności jak niczego innego i widzi pani to wszystko, czego się bałam teraz mam w nadmiarze, mój strach był chyba uzasadniony.

Maleńka łezka spłynęła po jej policzku, ale ona nawet jej nie zauważyła. Czułam, że sama zaraz się rozpłaczę. Gdzie się podziała moja Wandzia?

Wychodząc od niej cały czas myślałam, co będzie dalej? Wiem, że zwykłe przeziębienie u osoby w tym wieku może skończyć się śmiercią. Cały wieczór siedziałam jak na szpilkach obawiając się telefonu od jej syna. Zastanawiałam się jak to jest? Obca osoba, a bliższa mi niż rodzina. Kim ona dla mnie jest? Namiastką babci, którą zawsze bardzo kochałam? Przyjaciółką? KIM?

Dlaczego te piękne oczy płaczą?

Któregoś dnia wchodzę do pani Wandzi a ona leży w łóżku. Do tej pory raczej rzadko            

się to zdarzało. Gdy do niej przychodziłam, to przeważnie siedziała i albo kończyła jeść śniadanie, albo kiwając się rytmicznie w przód myślała o czymś, lub o kimś. Od pewnego już czasu, kiedy przychodzę, ona leży wpatrując się w okno a łzy jak grochy spływają po jej policzkach.

- Dzień dobry! – zawołałam jak zwykle z uśmiechem, cmoknęłam jej policzek i otarłam samotną łzę spod jej oka.

- Dzień dobry – delikatny uśmiech na kilka sekund zagościł na jej twarzy. – Kim pani jest?

- No kim? Proszę pomyśleć.

Po kilku nieudanych próbach powiedzenia mojego imienia się uśmiechnęła się i powiedziała, że na mnie czekała. Znów zamilkła a łzy zaczęły spływać po policzkach jedna za drugą.

- Co się stało pani Wandziu, dlaczego pani płacze?

- Ech, bo nie chcę już żyć, nie mam nikogo, nikogo nie obchodzę. Samotność jest            

najgorszym cierpieniem, po co ja jeszcze żyję? Dla kogo?

- Dla mnie, dla syna, dla wnuczki – odpowiedziałam i przytuliłam ją do siebie.

Nie odepchnęła mnie, ale rozpłakała się jeszcze bardziej. Starłam jej łzy a ona pogłaskała mnie po ręce.

Trudno mi w takiej chwili ją pocieszać, bo sama czuję jak klucha w gardle zaczyna mi rosnąć a oczy zaczynają piec jak podczas krojenia cebuli.

- Jakiej wnuczki? Ja nie mam wnuczki, a syn od dawna już siedzi u babci i nie ma zamiaru wrócić do domu, a pani? – Spogląda na mnie. - Pani jest tutaj tylko dla pieniędzy. Żebym pani nie płaciła to miałaby pani mnie głęboko w...

- To nie prawda, pani syn jest obok w pokoju, wnuczka przychodzi czasami. Ale pani wie jak to młodzi, ciągle czymś zajęci, zabiegani, a ja nie tylko dla pieniędzy tu przychodzę. Pani wie, że kocham panią jak matkę i lubię do pani przychodzić.

- Wiem, wiem. Pani jest moją przyjaciółką, ale ja chciałabym żeby był tutaj teraz mój mąż. A on jak poszedł kilka dni temu tak do dziś go nie ma.

Płacze, bo nie chce już żyć. Chwilami jest świadoma tego, że ma już ponad 100 lat, a chwilami nie zdaje sobie z tego sprawy i wtedy wymyśla milion przyczyn, dla których chce płakać. Już zapomniała dlaczego płacze więc musi szybko sobie coś smutnego przypomnieć. Jej mąż nie żyje od kilku może nawet kilkunastu lat, ale ona wciąż na niego czeka. Jej syn jest już dorosłym mężczyzną, ale ona wciąż czeka na swojego małego synka. Tęskni za czułym gestem, za uśmiechem, za ciepłym słowem. Tęskni za życiem. Coraz częściej płacze będąc na granicy teraźniejszości i przeszłości.

Nie potrafię jej pomóc a najgorsze, co może być, to patrzeć na czyjś smutek i nie móc nic zaradzić.

Za kilka dni święta Bożego Narodzenia, ona tak samo jak ja nie cieszy się już tymi świętami, przestała czuć magię tego okresu.            

Podarowałam jej upominek na święta, kupiłam jej ulubione brandy oraz trufle, które tak bardzo lubi. Najpierw się ucieszyła, a potem rozpłakała. Powiedziała, że mam to zabrać, bo ona nie chce żadnych prezentów. Ona nie chce żadnych świąt, ona chce umrzeć.

Szpital i powrót do domu

Kilka dni temu moja Wandzia wróciła ze szpitala, była krótko, bo około półtora tygodnia. Wysokie ciśnienie i arytmia. Kiedy odwiedziłam ją w szpitalu nie poznałam jej. Dobrze, że nad łóżkiem wisiała kartka z nazwiskiem, bo nie byłam pewna, czy podeszłam do odpowiedniego łóżka. Początkowo i ona mnie nie poznała. Prawie cały czas wypytywała mnie o jakąś mszę, o jakieś wesele, ale dla mnie to nic nowego. Przyzwyczaiłam się do tego. Na drugi dzień, kiedy ją odwiedziłam nie kontaktowała.

Spała. Budziła się i zasypiała. Jak się dowiedziałam była na lekach psychotropowych, bo podobno były z nią            

w nocy jakieś problemy. Awanturowała się nie wiadomo, z jakiego powodu. Nie chciała wrócić do domu, chciała zostać w tym szpitalu, co było dla nas dużym zaskoczeniem, bo każdy jej pobyt w szpitalu to było kilkakrotnie w ciągu dnia pytanie:

- Kiedy mnie zabierzesz do domu?

A tym razem zupełny szok.

Myślę, że wiem, dlaczego nie chciała wracać. Od jakiegoś czasu bardzo boi się samotności. Boi się, że umrze sama, a w szpitalu wiadomo, cały czas ktoś się kręci, cały czas można kogoś zawołać, cały czas są jacyś LUDZIE.

Dzisiaj przyszłam do niej i patrzę a ona siedzi na swoim łóżku zadumana i uśmiechnięta. Tak jakby uśmiechała się do siebie, do swoich myśli.

- Dzisiaj w nocy dostałam wiadomość, że umrę – powiedziała spokojnym i chyba nawet trochę zadowolonym głosem.

- Dzisiaj pani umrze? – zapytałam

- Chyba tak.

Popatrzyła na mnie i smutno pokiwała głową.

- Ja już umieram.

- No trudno, bardzo mi przykro, bo przygotowałam dzisiaj coś dobrego na obiad. Coś, co pani bardzo lubi – odpowiedziałam.

- No trudno – chwilę zastanowiła się i po raz kolejny popatrzyła na mnie. – A co pani przygotowała? – Widziałam, że jej zainteresowanie rośnie.

- Rybkę smażoną i brokuły z marchewką gotowane na parze i surówkę z selera i jabłka z jogurtem, no i kompocik z czereśni z mojego sadu...

Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.

- No to postaram się do obiadu nie umrzeć, w końcu chyba lepiej się umiera z pełnym brzuchem, prawda?

Przytuliłam ją do siebie i roześmiałyśmy się.

Zaczął się kolejny nasz wspólnie spędzony dzień.

Wiem, że ona czeka już na śmierć i chyba            

jest już do niej przygotowana, chociaż jeszcze tak nie dawno mówiła, że nie chce umierać, że chciałaby jeszcze wyjść za mąż, chciałaby jeszcze żeby ktoś ją pokochał.

Z każdym dniem jest jednak coraz słabsza, ale nie poddaje się. Chce umrzeć z podniesioną głową.

Powolne umieranie

Od kilku dni pani Wandzia leży. Jej syn załatwił dla niej takie łóżko, sterowane pilotem, ale ona sama nie potrafi tego pilota uruchomić. Nie potrafi już sama jeść ani nawet utrzymać w ręku filiżanki z piciem. Pije przez rurkę.

Kilka dni temu, kiedy ją odwiedziłam była bardzo agresywna i miała zaburzenie osobowości typowe dla choroby Alzheimera. Kiedy chciałam jej zmienić pampersa zaczęła krzyczeć.

- Niech pani zostawi moją żonę! Moja żona przez panią umrze! Niech pani przestanie się znęcać nad moją żoną! Proszę natychmiast            

przestać, bo wezwę policję.

Krzyczała tak głośno, że aż jej syn wszedł do pokoju sprawdzić, co się dzieje.

Poczułam się jak tyran znęcający nad słabą i bezbronną osobą. On jednak nie powiedział nic, zamknął drzwi i wyszedł z pokoju.

Kobieta, która jeszcze nie tak dawno nie przepuściła żadnej soboty aby nie umyć i nie nakręcić na wałki włosów, która jeszcze nie tak dawno dążyła do tego aby ją porządnie wymyć i spryskać wodą kolońską, teraz nie chce się myć, nie chce jeść.

Kiedy zasypia, a robi to często, chociaż na krótko, biorę ręcznik zamoczony w ciepłej wodzie i tym ręcznikiem delikatnie ją myję. Staram się to robić tak, jakbym jej robiła delikatny masaż ciała. Jest tak słaba, że kiedy próbuję jej zmienić pampersa i oczywiście umyć tę część ciała to widzę ile wysiłku ją kosztuje przekręcenie się na bok. Staram się wykonywać te czynności w miarę delikatnie i szybko a ona cały czas pyta:

- Długo jeszcze, bo nie wytrzymam?

Czasami łzy lecą mi po policzkach z tej bezradności, ale staram się, aby po tej nieprzyjemnej toalecie poleżała trochę i odpoczęła. Głaszczę ją wtedy delikatnie po policzku a ona zasypia, oddychając tak, jakby, co najmniej weszła po schodach na piąte piętro.

Kobieta, której jeszcze nie tak dawno buzia się nie zamykała i potrafiła opowiadać przez dwie-trzy godziny historie swojego życia i te prawdziwe i te wymyślone, teraz nie potrafi powiedzieć całego zdania, żeby się tym mówieniem nie zmęczyć. Kiedy tak leży i mówi, „połykając” części wyrazów to wygląda jak ryba, którą ktoś wyciągnął na brzeg a ona łapczywie stara się złapać wodę.

Pani Wandzia stara się złapać powietrze.

Ile jeszcze czasu będzie się tak męczyła?

Często mówi, że chciałaby już umrzeć, a za chwilę opisuje mi przejażdżkę łodzią po rzece w Wilnie. Z jednej strony chce umrzeć, a z drugiej chce żyć po to, aby pojechać jeszcze raz w swoje rodzinne strony; do babci, do dziadka, do mamy…

Laleczka z porcelany

Od jakiegoś czasu przychodzę do niej codziennie, nie tylko w dni wolne od pracy. Moja codzienność u pani Wandzi stała się tak "codzienna", że nie widzę już w niej nic "innego". Od powrotu ze szpitala jest przykuta do łóżka. Czasami jest sobą, a czasami myślę, że to już KONIEC. W Sylwestra znowu podupadła na zdrowiu i wszyscy spodziewali się najgorszego, ale powolutku... małymi kroczkami, wraca do zdrowia.

Wygląda jak porcelanowa laleczka, którą strach dotknąć, bo może się rozlecieć przy mocniejszym złapaniu. Słaba jak piórko na wietrze, delikatna jak puch, a do tego ma wielkie trudności z piciem i jedzeniem.

Kiedy przypomnę sobie te dni, kiedy ją poznałam, i kiedy porównuję tamtą Wandzię, do tej teraz kruchej kobietki, to aż mi się łzy same cisną do oczu.

Staram się jak mogę, aby nie czuła               

samotności, aby doświadczała ciepła drugiego człowieka. Dzięki niej postanowiłam podjąć naukę w szkole, która przygotowuje ludzi do pracy takiej, jaką wykonuję u niej.

Niby jestem przygotowana na jej śmierć, ale kiedy pomyślę sobie, że mogłoby tej osoby zabraknąć w moim życiu, to nie potrafię do tego przejść jak do normalności.

Kolejne zwycięstwo szpitalne

Wróciła ze szpitala. Kolejny raz była w nim na obustronne zapalenie płuc. Było źle. Można stwierdzić, że nawet bardzo źle, ale udało jej się. Chodziłyśmy do niej codziennie. Myłyśmy ją, karmiłyśmy i patrzyłyśmy na jej cierpienie, jak dusi się od kaszlu. Po tygodniu ją wypisali do domu, jest już zadowolona ale...

Od powrotu ze szpitala ma dziwne lęki. Czasami wchodzę do jej pokoju a ona kurczowo trzyma się ramy łóżka i cała się trzęsie ze strachu. Wczoraj wieczorem, nie mogłam jej nawet podać kolacji, bo złapała            

mnie za ręce i tak mocno trzymała, aż jej palce zbladły. Krzyczy przy tym, albo płacze:

- Trzymaj mnie mocno, trzymaj, bo ja lecę! 25

Któregoś dnia zapytałam ją:

- Pani Wandziu, czego się pani tak boi?

- Nie wiem - odpowiedziała - ale się boję.

Wydaje się jej, że spada. Martwię się, bo nie potrafię kolejny raz jej pomóc. Gdybym miała czas, to siedziałabym przy niej całą dobę, ale niestety mam jeszcze swoją pracę, swoją rodzinę, (z którą praktycznie prawie się nie widuję).

Zastanawia mnie, że tak krucha i słaba osóbka jak ona, w danej chwili ma w sobie tyle siły, jak zdrowy, dorosły mężczyzna. Kiedy trzyma mnie za ręce w tych swoich chwilach lęku, to nie potrafię się oswobodzić.

Jak długo to jeszcze potrwa?

To jej balansowanie między światami teraźniejszym i przeszłym. Ciało kruche jak porcelana, a serce silne jak dzwon.

Podróż w jedną stronę

Początek maja był bardzo trudny. Wandzia dostała wylewu krwi do mózgu. Kolejny szpital już nie skończył się zwycięstwem. Choroba pozostawiła po sobie bezwładną rękę, trudności w mówieniu, trudności w połykaniu nawet płynów. Jej stan z każdym dniem się pogarszał. W końcu musiała zostać oddana do hospicjum. Nie wiem czy był to dobry pomysł, ale kto by się nią opiekował, przez 24 godziny na dobę, a takiej opieki potrzebowała.

Dzisiaj byłam w szkole, miałam bardzo ważny egzamin i chciałam go mieć z głowy jak najszybciej, bo spieszyłam się do hospicjum.

Przyjechałyśmy z koleżanką około godz. 18:30.

Wandzia leżała bardzo ciężko oddychając. Jej oddech był szybki i nierówny. Pomalutku dałyśmy jej Nutridrink do picia i małymi łyczkami wypiła prawie całą butelkę, chociaż widziałyśmy, że sprawia jej to trudność. Ale            

cieszyłyśmy się, że połyka, bo ostatnio już niczego nie połykała (dysfagia po udarze mózgu).

Cały czas trzymałyśmy ją za ręce, ja za jedną a moja koleżanka za drugą. Głaskałyśmy jej policzki i coraz bardziej pocące się ciało.

Z każdą minutą była bardziej spocona, a jej ciało było rozpalone jak w wysokiej gorączce.

Do pokoju weszła jedna z pielęgniarek i zaczęła się modlić.

Głośno.

Próbowałyśmy się modlić razem z nią, ale… łzy zbyt mocno dławiły nasze gardła.

Nie zdążyłyśmy skończyć modlitwy i moja Wandzia odeszła.

Kilka urywanych oddechów i udała się w podróż w jedną stronę. Do swojej babci i dziadka, do swoich rodziców i do swojego ukochanego wnuka.

Pożegnałyśmy się z nią.

Przytuliłam się mocno do jej ciepłego policzka, a moje łzy spłynęły na jej włosy.

Zawsze mówiła, że boi się śmierci bo nie chce umierać w samotności, że chciałaby żebym trzymała ją za rękę.

Spełniło się jej życzenie.

- Śpij spokojnie moja Wandziulko, odeszłaś przy osobach bardzo ci bliskich. Dziękuję ci, za to, że na nas zaczekałaś, żeby się z nami pożegnać.


Powrót do strony głównej

Fragmenty moich książek

Fragment książki Leśniczówka Fragment książki Pamiątka z Paryża Fragment książki Jutra nie będzie Fragment książki Lawenda Fragment książki Płacz Wilka