Ewa Formella - Wspominki z życia pewnej dziewczynki

Wyświetl całość

Wspominki z życia pewnej dziewczynki

No dobra O.K.
Niestety (!) teraz już KOBIETY

Rozdział pierwszy

Czyli skąd się wzięła dziewczynka
(ta z tytułu) ?

Dawno, dawno temu, a może jeszcze dawniej, nie pamiętam, bo nie było mnie (czyli autorki) jeszcze nawet w planach przed produkcyjnych gatunku ludzkiego, spotkało się dwoje młodych ludzi płci różnej.

Ona piękna kobieta imieniem Helena, (ale nie ta trojańska) i on przystojny blondyn imieniem Zygmunt. (ale nie król, i nie August). To było ich przeznaczenie, które ściągnęło ich do siebie jak magnes z dwóch odległych krańców pięknej krainy zwanej Polska, do samego serca tej krainy, czyli do            

Warszawy. Oboje byli młodzi, piękni, weseli i tak dalej... i ni z gruszki, ni z pietruszki poczuli do siebie wielki pociąg (ale nie PKP tylko taki inny na „N”*, a potem to nawet pociąg drugi na „S”*). No i pociąg najpierw ten na „N” mobilizował siły Zygmunta, który nie zważając na chłody, lody, upały, ulewy i inne meteorologiczne bajery jeździł jednośladowym środkiem lokomocji, a czasami nawet wsiadał w pociąg (ale już ten PKP) i jechał, jechał, jechał daleko żeby spojrzeć w namiętne oczy pięknej Heleny , potrzymać ją za rękę, no może nawet pocałować (ale o pociągu na „S” w realizacji jeszcze mowy nie było), i przy okazji

wypić ćwiarteczkę z ojcem Heleny. I tak kursował ten pociąg przez jakiś czas od stacji „N” do stacji „S”.

* N - czyli NAMIĘTNOŚĆ * S - czyli SEX Wreszcie młodzi zafascynowani sobą ludzie postanowili zalegalizować swoje uczucia przed Bogiem (który i tak dokładnie widział co robili) i oczywiście przed władzami państwowymi.

Jak im się działo po zalegalizowaniu tego nie będę pisała, bo przecież to moje pisadło nie miało być poświęcone im (z całym szacunkiem dla dotychczasowych bohaterów), ale komuś innemu.

Otóż jak ten ich pociąg tak kursował od stacji „N” do stacji „S” wyskoczyło z niego (w odstępie kilku lat) w jakimś tam momencie ich życia kilka prześlicznych, przeuroczych, kochaniutkich... itp., dzieci płci żeńskiej, obdarzonych przez Boga (bo to przecież On był głównym inicjatorem tego CUDU) wyjątkową urodą (no tak o tym już wspominałam), inteligencją, dobrocią, cierpliwością, błyskotliwością, poczuciem humoru, mądrością itd. (jak czegoś nie wymieniłam to można sobie dopowiedzieć). O tym, że te wszystkie cechy nie zostały solidarnie podzielone między te istoty cudu nie będę pisała, bo w tym wypadku On postąpił trochę nieuczciwie dając jednej więcej czegoś, a drugiej mniej czegoś, ale widocznie taki był jego zamiar, ale i tak odwalił kawał dobrej roboty (!).

Jak już się zapewne, co inteligentniejsi domyślili jedną z tych prześlicznych, przeuroczych, kochaniutkich dzieci była właśnie dziewczynka (ta z tytułu). I teraz dalej będzie o niej (i nie tylko, bo inni też zasługują na uwagę). Ale, że jest ona priorytetową postacią tego czegoś, co tu jest napisane, proponuję innym grzecznie umyć ząbki, buźkę i tamto inne też i ładnie położyć się spać, a nie zawracać sobie głowy tym arcydziełem. Jeżeli chodzi jednak o dziewczynkę (tę z tytułu), to może jeszcze uda jej się przebrnąć przez kilka stron.

Rozdział drugi

Czyli to, co pamiętała autorka i co wymyśliła o dziewczynce (tej z tytułu) i jeszcze trochę o jej skrzypeczkach.

O jaka śliczniutka, o jaka mądra, o jak dobrze ułożona, o jaka grzeczniutka... Nie wiem jak można się tak w kółko zachwycać kimś, kto wygląda jak miliony innych istot ludzkich na świecie.

Dziewczynka od najmłodszych swych lat była wielką dumą swoich rodziców, wykazywała się dużym talentem muzycznym, oczywiście ładnie śpiewając przy każdej nadarzającej się okazji, szczególnie na uroczystościach rodzinno-towarzyskich jej rodziców. Chętna do prezentowania swojego talentu muzycznego grając na malutkich skrzypeczkach (tak jak Janko Muzykant) wspierała uroczystości domowego ogniska nawet w późnych godzinach nocnych, w przerwie między snem, a snem.

Oczywiście nie wszyscy byli z tych jej popisowych solówek zadowoleni, mam tu na myśli na przykład sąsiadów, którzy zwykli spać o niektórych porach nocy, lub jej najukochańszą młodszą siostrzyczkę, której te popiskiwania i poskrzypiwania skrzypeczek siostrzanych doprowadzały czasami do stanu nazywanego w medycynie szałem, a czego efektem były na przykład rysowane diabełki w zeszytach dziewczynki lub wypisywane w tychże zeszytach obraźliwe słowa krytyki skierowane oczywiście pod adresem                      

rozwijającej się kulturowo dziewczynki.

Nie miała ona chyba jednak wielkiego urazu do swojej młodszej siostrzyczki, bo prawdopodobnie już wtedy kierowała nią miłość macierzyńska do wszystkich dzieci świata, a siostra to przecież rodzina, więc przysługiwały jej szczególne względy w tym kierunku i nawet czasami potrafiły się dogadać.

Nie było to zbyt często i tu winę można zwalić z premedytacją i pełną świadomością na odmienność charakterów obu prześlicznych, przeuroczych osóbek no…, ale jak już wstępnie wspomniano każda otrzymała inny pakiet cech, nie zawsze ze sobą współgrających. Ilość pozytywnych cech u dziewczynki i wielka chęć opanowania wszystkich nauk świata, oraz namiętność do nauki, czego do dzisiaj nie może wiele osób zrozumieć, bo namiętność do płci przeciwnej, albo nawet do płci tej samej, (jak kto woli) to normalka, ale namiętność do nauki (brrr...) powodowała, że najukochańsza siostrzyczka potrafiła się dziewczynki wyprzeć w szkole.

Pytana na przykład czy jest może siostrą dziewczynki, odpowiadała „NIE”. No bo czasami było wstyd przyznać się do tego, że ma się w rodzinie „odmieńca”, który zamiast latać po dyskotekach i kawiarniach, umawiać się z osobnikami płci przeciwnej (albo tej samej, jak kto woli), czas spędza DOBROWOLNIE na znęcaniu się nad biednym kawałkiem drewna i kilku końskich włosiach.

Rozdział trzeci

Czyli to, co robiła dziewczynka (ta z tytułu) i nie tylko ona, żeby życie było ciekawe.

Głupio by było nic nie napisać w tym rozdziale, ale autorka mało pamięta z tego okresu, kiedy dziewczynka nie była już dziewczynką, a powolutku stawała się panienką, ponieważ dzielił ich ocean (nie taki z wody, ale z przenośni). Dziewczynka, która nie była już dziewczynką często podróżowała, do czego przyczyniała się głównie szkoła, do której chodziła. W czasach tamtych budziło to powszechną zazdrość, ponieważ dla wielu            

osób szczytem realizacji wyjazdu za granicę były wczasy w Bułgarii lub wyjazd zarobkowo - rekreacyjny do NRD polegający na przykład. na sprzedaży polskich jaj obcokrajowcom. Tak, tak były czasy, kiedy nasze polskie kury były nosicielkami dewizowymi. No, ale dziewczynka, która stawała się panienką wyjeżdżała nie po to żeby sprzedawać jaja za niemieckie marki ale w innym celu. Z każdej podróży przywoziła prezenty dla swojej młodszej ukochanej siostrzyczki, a po każdym powrocie z tego „innego świata” jej mała (no może już nie tak całkiem mała) siostrzyczka, bardzo się cieszyła z powrotu, ponieważ dziewczynka (ta z tytułu), zawsze przywoziła ze sobą jakieś ekstra ciuchy, które można było pożyczyć idąc na integracyjne spotkanie młodzieży w dyskotece. Był jeden maleńki szkopuł w tych ciuchach. Nie były one uniwersalne i nie zawsze pasowały na osobę, która je chciała na siebie wdziać. Dziewczynka jednak stając się panienką nie zauważała często, że jakiś ciuch na jakiś czas ginął z jej szafki. Niestety w jej otoczeniu była            

osoba, która w cudowny - wręcz iluzjonistyczny sposób potrafiła dopasować na siebie ciuch o kilka numerów mniejszych. Między innymi były to na przykład. spodnie (koloru dokładnie autorka nie pamięta, ale chyba coś koło żółtego).

O rany to był ciuch(!), ale jak to w piosence Anity Lipnickiej „wszystko się może zdarzyć...”, owe spodnie, owa osoba moczyła w misce z wodą, następnie ubierała mokre na siebie (nie wykręcając z wody), następnie na sobie suszyła suszarką do włosów (trwało to wprawdzie całe wieki, ale czego się nie robi dla seksapilu).

Potem tylko musiała pilnować żeby nie wypić zbyt dużo cocacoli, bo nałożone w taki sposób spodnie, to był jednocześnie kategoryczny zakaz korzystania z toalety, ponieważ raz rozpięty guzik nie dał się ponownie zapiąć mimo nieziemskich umiejętności.

Pewnego popołudnia ojciec dziewczynki, czyli Zygmunt, (ale jak już wcześniej wspomniano nie król i nie August)            

przypadkowo wszedł do pomieszczenia improwizującego łazienkę,. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu zobaczył (już nie małą niestety) siostrzyczkę dziewczynki, suszącą na sobie spodnie (koloru chyba żółtego, które były własnością dziewczynki). A że był w stanie „pod rauszem” w pierwszej chwili nie mógł zrozumieć, co jest grane. Niestety siostrzyczka dziewczynki była już prawie spóźniona na umówioną randkę, a tylna część spodni znajdująca się na miejscu dość kształtnym, które stanowiło przedłużenie kręgosłupa i pleców była wciąż mokra, siostrzyczka dziewczynki poprosiła swojego reproduktora o pomoc. Jego zdziwienie było wielkie, kiedy suszarka do włosów nagle znalazła się w jego dłoni, a do jego uszu dobiegła komenda „susz spodnie na mojej d... (brzydkich i pospolitych słów nie będę używała, aby kogoś nie zgorszyć), bo już jestem spóźniona”. Ale trzeba przyznać, że miał niezły ubaw wkurzając wytwór, swoich miłosnych uniesień do Heleny (jak już wcześniej wspomniano nie Trojańskiej),            

komentując nadmiar ciała w niektórych miejscach, zrozpaczonej z powodu spóźnienia na umówione spotkanie córki.

Trzeba przyznać uczciwie, że nie wydał jej przed dziewczynką.

Sorry, miało być o dziewczynce, a rozpisałam się o jej siostrzyczce. Ale w tytule rozdziału trzeciego, uczciwie zostało napisane: „Czyli to co robiła dziewczynka (ta z tytułu) i nie tylko ona, żeby życie było ciekawe„

No i tak dziewczynka, która stawała się panienką, jeździła sobie po świecie. Niestety z umiejętnością orientowania się w geografii autorka zawsze miała problemy, więc gdzie jeździła dziewczynka, to ona wie sama, ale była ta Anglia, Dania i coś tam jeszcze. Fajnie tam wtedy było, ciężką pracę, połączoną z trudami podróży rekompensowało jej towarzystwo poznawanych ludzi, uroki oglądanych miejsc i luz bluz, jaki potrzebny jest każdemu młodemu człowiekowi.

Kiedy dziewczynka, która stała się panienką osiągnęła wiek osiemnastu wiosen            

(może to było trochę później), postanowiła sprawdzić swoje macierzyńskie zdolności, tylko niech nikt nie myśli, że zapragnęła przeżyć błogość stanu kobiety ciężarnej, czy cierpień porodowych itp. Nie! Postanowiła połączyć pięknie z pożytecznym i „zaciągnęła” się jak opiekunka kolonijna. Pojechała z czeredą dziewczynek i panienek, które na trzy tygodnie zamieniła w swoje podopieczne do pięknej Gdyni.

Wyglądem bardziej przypominała kolonistkę niż wychowawczynię, ale chyba miło wspomina ten czas do dzisiaj. Na tych koloniach spotkała ją jednak przykrość i to ze strony najbliższej jej wtedy osoby (no może drugiej po najbliższej).

Pewnego razu, dziewczynka, która była wychowawczynią na koloniach dała swoim podopiecznym, czas wolny, aby pobiegały sobie po sklepach. Kolonistki grupkami poszły każda w swoją stronę, a ona została sama. Ktoś, kto nawet nie zaproponował jej żeby poszła z nimi zrozumiał to dopiero po latach. Tamtej przykrości jej już nie wynagrodzi, ale            

może wystarczy słowo: PRZEPRASZAM

Kiedyś dziewczynka (ta z tytułu), która była już panienką wpadła w oko pewnemu osobnikowi płci odmiennej o ksywce (no dobra pominę te nazwę, żeby przypadkiem facet, gdyby przypadkiem tu trafił, nie zorientował się, że o nim mowa). Biedny chłopak szukał w niej bratniej duszy, a mieli ze sobą wiele wspólnego, bo chłopak ładnie śpiewał, szczególnie arię „Ten zegar stary...”, należał też do kategorii odmieńców takich jak dziewczynka (wyjścia do dyskotek ograniczone do minimum, picie alkoholu ograniczone do mniej niż minimum, oceny w szkole i chęć do nauki na poziomie wyższym niż kujon, a do tego postura szprychy rowerowej, i zerowe podejście do seksu). Biedne chłopisko przyszło do domu dziewczynki z wielką nadzieją spełnienia swojego marzenia, czyli namiętnego patrzenia jej w oczka i głaskania po delikatnej rączce, ale chłopak źle trafił, bo dziewczynka była w trakcie skłócenia z siostrzyczką, a ta postanowiła zemścić się na dziewczynce.            

Kiedy więc chłopak przyszedł, siostrzyczka miała powiedzieć, że dziewczynki nie ma w domu i wróci późno. Ta (wredna) jednak powiedziała osobnikowi, że dziewczynka powinna zaraz wrócić, więc kochaś może na nią zaczekać. Dziewczynka w tym czasie schowała się w innym pokoju. Pora była wówczas zimowa, a pokój ten nie był ogrzewany, więc panowała w nim temperatura około stopni (pana Celsjusza). Zołzowata siostrzyczka, która była jednak najukochańszą siostrzyczką dziewczynki przetrzymała biedną dziewczynkę w tym lodowatym pokoju około dwóch godzin.

Zemsta była słodka.

Ale, ale... siostrzyczka wcale nie była taka zła, jak ją tu opisano. Mała kochana siostrzyczka bardzo lubiła robić dziewczynce nietypowe prezenty. No, było to częściowo spowodowane deficytem budżetowym w skarbonce siostrzyczki, (która wtedy już popalała sobie papieroski po które jeździła aż do miasta B., do delikatesów gdzie można było kupić takie papieroski jak Marlboro, Pall            

Mall, czy Maxwell), a wiadomo jak dziura finansowa, to trzeba kombinować, a w tym trzeba przyznać siostrzyczka była dobra.

I tak na przykład na jakieś święta Bożego Narodzenia zrobiła dziewczynce papeterię w ilości 100 sztuk kopert i 100 sztuk papieru listowego do kompletu.

Każda koperta i przypisana jej kartka listowa oznaczona była innym własnoręcznie przez siostrzyczkę wykonanym rysunkiem.

Siostrzyczka, w konspiracji przed dziewczynką, (tą z tytułu) rysowała…, rysowała…, rysowała…, a że w głowie miała zawsze fiubździu zamiast nauki, rysunków i pomysłów starczyło.

Na inne znów święta, siostrzyczka zrobiła dziewczynce na szydełku szalik, który był wtedy super modny, w kolorze zieleni, a jego długość wynosiła prawie (a może nawet ponad) 3 metry. Czy potrafi sobie ktoś wyobrazić coś takiego, żeby robić taki długi szalik w domu tak, żeby go przyszła właścicielka nie zobaczyła?

To się nazywa poświęcenie.:)

Rozdział czwarty

Czyli to, co robiła dziwnego dziewczynka (ta z tytułu), a czego nie mogli inni zrozumieć

Na swoje 18-te urodziny dziewczynka, (której już nie można nazwać dziewczynką, bo w tym wieku jest się już kobietą, a czasami nawet matką, żoną i kochanką), zaprosiła na bibkę urodzinową całą swoją klasę a nawet trochę więcej. Młodzież zaproszona na ową balangę, aby wejść do mieszkania dziewczynki, musiała stać na schodach w kolejce (do wpuszczenia - do przedpokoju). A, że pora 20 była raczej chłodna, więc każdy miał na sobie wierzchnie okrycie, które trzeba było z siebie zdjąć.

Przedpokój mieszkania, w którym mieszkała dziewczynka razem z resztą swojego dobytku rodzinnego, był dość małych rozmiarów i mógł pomieścić jednorazowo około czterech osób. Kolejka przypominała kolejkę sklepową w latach 80-tych po kawę, czy mięso. Oczywiście tym faktem najbardziej            

byli zainteresowani sąsiedzi dziewczynki, którzy powychodzili na korytarz słysząc nietypowe dla tej klatki schodowej odgłosy, a widząc tłumnie napierającą młodzież do mieszkania rodziców dziewczynki chcieli wzywać milicję z obawy, że coś się stało. No i jak wiadomo siostrzyczka dziewczynki (tej, która nie była już dziewczynką tylko nastolatką) musiała na drugi dzień, każdemu napotkanemu sąsiadowi ze szczegółami opowiedzieć, co było przyczyną, tego zamieszania korytarzowego. Trzeba było widzieć wtedy ich miny.

Nagle okazało się, że dziewczynka uchodząca w starym domu zamieszkałym przez starych i nie tylko starych lokatorów, za wzór cnót, przykład kumulacji samych pozytywnych cech, dziewczynka stawiana za wzór wszystkim innym mieszającym w tym budynku dziewczynkom i marzenie wszystkich przyszłych matek, okazała się zwykła balangowiczką. Fe!

Jak to ludzie potrafią się mylić. I pomyśleć, a wyglądała na tak dobrze ułożoną            

i dobrze wychowaną. Wreszcie ludzie mieli okazję przekonać się, która z córek pani Helenki (oczywiście nie tej Trojańskiej) i pana Zygmunta (oczywiście nie króla i nie Augusta) jest tą dobrą, a która złą.

* * * * *

Kiedyś dziewczynka chodziła do szkoły, a był to obowiązek, który jedni traktowali jak skazanie na galery (np. siostrzyczka dziewczynki), a inni traktowali jak wspaniałe wakacje. (Tu autorka ma na myśli oczywiście dziewczynkę). Po skończeniu nauki na poziomie etapu marginesu społecznego4, a właściwie to nie skończywszy tego etapu, ale przerwaniu w pewnym momencie i przejście do etapu wyższego, dziewczynka zaczęła kontynuować swoją edukację w Liceum Muzycznym - czyli szkole, do której uczęszczają albo całkiem pomyleni, (bo kto z młodzieży dobrowolnie i bez żadnego przymusu ze strony rodziców rezygnuje z biegania po boisku, szaleństwa            

w dyskotekach, czy chodzenia do kina nawet trzy razy w tygodniu, co w tamtych czasach było bardzo realne, kiedy umiało się dobrze zagadać z chłopakami), albo... odmieńcy, którzy obdarzeni zdolnościami muzycznymi pragnęli zostać światowej sławy muzykami.

Tu autorka oczywiście ma na myśli szkołę podstawową

Taki jeden też skończył tę szkołę, podobno ma wyjątkowy talent wokalny (oraz wyjątkowy talent do pożyczania kasy i nie oddawania jej). Ale pomijając fakt, że wygląda jak dobrze zaopatrzony sklep mięsny, to jeszcze jak zaśpiewa, to nie wiadomo czy tego słuchać, czy

płakać i wyć. No, ale jedni go uwielbiają a inni mają torsje na sam jego widok. Nie o nim jednak ma być to wielkie arcydzieło pisarskie tylko o dziewczynce, która dnia jednego w domu zachowała się jak... no jak ktoś to startuje do Liceum Muzycznego.

A było to tak.

Cała rodzina w ilości trzech osób, czyli            

mamy dziewczynki, taty dziewczynki i siostrzyczki dziewczynki siedziała sobie przy stole oglądając jakiś na pewno bardzo interesujący film w czarno-białym telewizorze, pod którym stało wielkie radio. Natomiast dziewczynka siedziała na podłodze ignorując wypociny jakiegoś reżysera, którego dziełem był ten film i z uchem przyklejonym do radia, (tym, co stało pod telewizorem) czegoś tam słuchała (niestety o słuchawkach nikt wtedy chyba jeszcze nie miał zielonego pojęcia). Siostrzyczka dziewczynki nie mogła pojąć nader dziwnego zachowania dziewczynki, która nie reagowała na nic, nawet na głupie komentarze siostrzyczki pod jej adresem. Autorka przypuszcza, że tę scenę zobaczył na pewno w swoich wizjach jakiś uzdolniony technicznie jasnowidz, który dla ułatwienia w przyszłości takich sytuacji stworzył na potrzeby ludzkości słuchawki do radia. Może w tej całej sytuacji nie byłoby nic śmiesznego gdyby nie fakt, że dziewczynka słuchając tego radia miała tak poważną i przejętą minę, że nawet trudno to sobie            

teraz wyobrazić. W pewnej chwili dziewczynka zaczęła klaskać, cieszyć się jak małe dziecko, któremu w czasach komuny kupiono zabawkę w PEWEX-ie albo w Baltonie. Radość dziewczynki spowodowana była tym, że jeden z uczniów liceum, (w którym dziewczynka oczywiście kontynuowała swoje marzenia edukacyjne), plumkając na fortepianie wygrał konkurs im Fryderyka Ch. Fakt radości okazanej przez dziewczynkę był tak niespotykany, jakby to był, co najmniej jej facet i jakby ona dzięki tej jego wygranej miała jakieś profity finansowe.

No ale cóż, tak właśnie zachowywała się młodzież chodząca do różnych dziwnych szkół.

Rozdział piąty

Czyli o tym gdzie jeździła dziewczynka (ta z tytułu) sama lub z rodziną

Dziewczynka bardzo często wyjeżdżała na przeróżne wypady za miasto, żeby odtoksynować swój organizm i płuca od smogu            

śląskiego i powpuszczać w swoje płuca trochę świeżego luftu. A, że nie paliła papierosów, to jej płuca były czyste jak dziewicza dżungla. W wieku około siedmiu lat dziewczynka pojechała na kolonie do Cieplic. Jej babcia z dziadkiem nie mogli sobie odpuścić, ,żeby nie zobaczyć jak radzi sobie ich pierwsza wnusia na pierwszym samodzielnym wypadzie. Babcia upiekła furę rogalików, którymi dziewczynka obdarowała całą czeredę śląskich dzieci i było fajowo. Na tych właśnie koloniach dziewczynka była w fabryce drewnianych zabawek, skąd postanowiła przywieźć dla swojej kochanej siostrzyczki (i dla siebie też oczywiście) trochę drewnianych klocków imitujących zabawki. Zabrała ich tak wiele, że nie miała możliwości przewiezienia ich w walizce razem ze swoimi ubrankami. Wpadła więc na pomysł żeby swoje ubranka włożyć do poszewki od podusi „jaśka”, a cenne „klocki - obrzynki” zapakować do walizki. I tak przyjechała do domu taszcząc z pociągu ciężką walizkę ze swoimi skarbami i podusię wypełnioną ciuszkami.

Najbardziej tym faktem zdziwiony był tatuś dziewczynki, który był stolarzem i mógłby swojej kochanej córeczce sam zrobić takich „klocuszków”, ale co przywiezione z oryginalnej fabryki to przywiezione.

Innym razem dziewczynka pojechała na zimowisko gdzieś chyba w okolice Starego Sącza obciążona dodatkowym bagażem w postaci młodszej siostrzyczki. Zimowisko było w pięknej górskiej okolicy, gdzie dziewczynki miały okazję zobaczyć biały śnieg, jakiego w rodzinnym mieście dziewczynki raczej się nie widywało, ponieważ był tak wredny, że zanim spadł z nieba na ziemię, już zmienił kolor na mysioszary. Na tym właśnie zimowisku dziewczynka nie zważając na obecność młodszej siostrzyczki szalała jak młody Bóg korzystając z bajkowego krajobrazu i możliwości młodego wieku.

Mama zaopatrzyła swoje córeczki w ciepłe kurtki, ciepłe szaliki i przede wszystkim w ocieplane spodnie. Niestety spodnie, chociaż wykonane bardzo solidnie jak na            

tamte czasy, nie przeżyły zimowiska i w pewnych miejscach bardziej przypominały ser szwajcarski niż zimowe zabezpieczenie dziecięcego ciała. Powodem tego była chyba nieproporcjonalna liczba sanek do ilości kolonistów, a górki i tak bieluteńki śnieg były tak zachęcające, że trzeba było sobie jakoś radzić.

ZAKOŃCZENIE

Ta krótka forma mojego pisarstwa nigdy nie miała być opublikowana. Dostała ją dziewczynka (ta z tytułu), jako prezent urodzinowy, ale kilku osobom, którym pokazałam ten tekst zaświtało w głowach, że czemu nie udostępnić go szerszemu gronu czytelników. Oczywiście autorka skasowała z tego dzieła pierwotnego galerie zdjęć, które również były wplecione w tekst, ponieważ ktoś, kto zobaczyłby siebie sprzed… lat, mógłby autorkę potem zmieszać z błotem. Myślę, że dziewczynka (ta z tytułu) nie będzie miała do autorki pretensji o to, że            

postanowiłam pokazać to w formie e-booka. I to by było na tyle.


Powrót do strony głównej

Fragmenty moich książek

Fragment książki Leśniczówka Fragment książki Pamiątka z Paryża Fragment książki Jutra nie będzie Fragment książki Lawenda Fragment książki Płacz Wilka