Ewa Formella - Płacz wilka

Wyświetl całość
Okładka Ewa Formella Jutra nie bedzie
Jutra nie będzie

ROZDZIAŁ 1

L I S T

Śnieg prószył tak jak przystało na połowę lutego. Hanka wchodząc do budynku dokładnie otrzepała czapkę i płaszcz z białego puchu, aby pani Janina, u której od października wynajmowała pokój, nie marudziła na jej widok. Pani Janina, to miła starsza pani, ale czasami ma takie nastroje, że lepiej jej schodzić z drogi. Hanka zdążyła się już przyzwyczaić do humorków swojej gospodyni. Lubiła ją, bo kobieta często zachowywała się wobec niej ciepło i opiekuńczo.

Na klatce schodowej pachniało smażonym olejem.

- Racuchy - pomyślała i oblizała się na myśl o specjalności swojej gospodyni.

W brzuchu wyraźnie zaczął się taniec głodu. Wbiegła po schodach na drugie piętro

i otworzyła drzwi.

- Dzień dobry pani Janino! - krzyknęła i szybko zaczęła zdejmować z siebie mokry płaszcz.

- Dzień dobry Haneczko! - z kuchni odpowiedział melodyjny głos gospodyni. - Chodź szybko, póki ciepłe!

Dwa razy nie trzeba było powtarzać zaproszenia, Hanka pobiegła do łazienki, aby umyć ręce i prędko usiadła przy kuchennym stole wpatrując się w górę racuchów. Sięgnęła w stronę półmiska i wybrała pierwszy z góry.

- Mniam, są pyszne - powiedziała delektując się smakiem. - Dla pani racuchów mogłabym zrezygnować z miłości swojego życia.

- Najpierw znajdź tę miłość, a potem rzucaj deklaracje - roześmiała się pani Janina.

- Znajdę, znajdę, tylko teraz nie mam na to czasu - odpowiedziała sięgając po kolejnego racucha.

- Tam na szafce leży list polecony, pokwitowałam za ciebie, chyba nie masz nic przeciwko? - Janina odwróciła się

spoglądając na lokatorkę z lekkim zmieszaniem.- Pewnie, że nie mam - Hanka uśmiechnęła się. - Jak sobie pomyślę, że miałabym po zajęciach jeszcze jechać taki kawał drogi na pocztę, to brrr…

- No właśnie, też tak sobie pomyślałam - kobieta z wyraźną ulgą wróciła do smażenia.

Hania podeszła do starej komody w pokoju swojej gospodyni i wzięła zaadresowaną do niej kopertę.

- Kancelaria notarialna? - powiedziała, spoglądając w stronę kuchni. - Olsztyn? Jezu, a to, co znowu? - Szybko rozerwała kopertę i zaczęła wzrokiem śledzić pismo skierowane do niej.

- Haneczko, czy coś złego się stało?

- Tego jeszcze nie wiem - odkrzyknęła i spojrzała w stronę kuchni. - Mam się zgłosić do biura jakiegoś pana… na odczytanie testamentu.

- Testamentu? - Pani Janina stanęła w progu, wycierając ręce w zielony fartuch. - Dostałaś spadek?

- Nie wiem. Nic z tego nie rozumiem

- spojrzała na swoją gospodynię i uśmiechnęła się. - Zadzwonię do mamy, może ona mi to wyjaśni. A jak nie to… tu jest numer telefonu do kancelarii.

Pani Janina podeszła do dziewczyny i zerknęła przez ramię na urzędowe pismo.

- Kiedy masz się tam zgłosić?

- Dwudziestego marca - odpowiedziała i jeszcze raz zerknęła na treść listu. - Na godzinę dziesiątą. Boże taki kawał drogi.

- Nie martw się, to jeszcze ponad miesiąc czasu - pani Janina objęła ją jak małą, zagubioną dziewczynkę i pogłaskała po dłoni. - Chodź jeszcze na racuchy póki są ciepłe.

Wyjęła pismo z rąk dziewczyny, odłożyła na szafkę i pociągnęła ją w stronę kuchni. Usiadły razem przy stole i   w milczeniu kontynuowały jedzenie.

- Może to pomyłka? - Hania powiedziała, ni to do siebie, ni to do gospodyni. - Kiedyś czytałam taką książkę o dziewczynie, która odziedziczyła po swoim ojcu, o którym nie miała pojęcia, jedną trzecią część z fortuny i   musiała walczyć ze swoim przybranym rodzeństwem…

- Czy ty się zbytnio nie zagalopowałaś Haneczko? - pani Janina roześmiała się.

Dziewczyna zrobiła niewinną minę i   spojrzała na kobietę.

- Ojej, przecież mówię tylko o książce.


ROZDZIAŁ 2

D O M   W S C H O D Z Ą C E G O   S Ł O Ń C A

Pociąg zbliżał się do stacji. Hanka zerknęła na zegarek i   z zadowoleniem stwierdziła, że jej podróż prawie dobiega końca. Jeszcze tylko około godziny autobusem i będzie na miejscu. Nieprzespana noc powoli dawała się we znaki, ale adrenalina stawiała jej organizm w stan gotowości, podwyższając ciśnienie i przyspieszając akcję serca. Nie mogła się już doczekać, kiedy go zobaczy. Wyobrażała sobie wszystko jadąc do notariusza, ale nie to, że…

- Zbliżamy się do stacji Olsztyn. Osoby opuszczające pociąg prosimy o sprawdzenie czy w przedziale nie pozostał bagaż - z megafonu zabrzmiał sympatyczny głos

kobiety. - Dziękujemy za wspólnie spędzoną podróż.

Hanka zdjęła z górnej półki plecak i wyszła na korytarz.

- Do widzenia państwu, dziękuję za miłe towarzystwo - w drzwiach przedziału

odwróciła się i uśmiechnęła do swoich współtowarzyszy podróży.

Wysiadła z pociągu i rozejrzała się dookoła.

- Mama mówiła, że dworzec autobusowy jest niedaleko dworca kolejowego - pomyślała i jeszcze raz popatrzyła przed siebie. - O jest! Super!

Na tablicy sprawdziła godzinę odjazdu i uśmiechnęła się, połączenie okazało się idealne. Pociąg przyjechał punktualnie. Podeszła do kasy i kupiła bilet na swój autobus. Do odjazdu miała jeszcze około pół godziny, więc usiadła na ławce i z ciekawością zaczęła przyglądać się przechodzącym obok niej podróżnym. Wyjęła z saszetki kartkę, na której zapisany został adres i po raz kolejny przeczytała nazwę ulicy i numer domu. Kiedy autobus podjechał,

czuła w sobie takie podniecenie, że najchętniej skakałaby z radości. Usiadła przy oknie i zaczęła spoglądać na zatłoczone ulice miasta, o którym do tej pory nie wiedziała prawie nic. Wyciągnęła z plecaka książkę, ale prawie natychmiast schowała ją z powrotem. Nie potrafiła się skupić na czytaniu. Nie dzisiaj. Autobus wyjechał z miasta i pędził mijając piękne, zalesione okolice. Dochodziła godzina czternasta. Hanka uzmysłowiła sobie, że od wyjazdu z Wrocławia niewiele zjadła. W pociągu cały czas myślała o tym, co zastanie po przyjeździe na miejsce i bujając w wyobraźni, nie miała ochoty na jedzenie. W autobusie po każdym przystanku ubywało ludzi, prawie nikt nie wsiadał, większość pasażerów wysiadała. Wreszcie zatrzymali się na przystanku końcowym, który jednocześnie był końcem podróży dziewczyny. Wysiadła i rozejrzała się po pustej okolicy. Około dwieście metrów od przystanku stał stary budynek, a za nim mały kościółek. Podeszła do starszego mężczyzny stojącego obok czerwonego roweru typu damka, który był chyba tak stary jak jego właściciel.

Mężczyzna z zaciekawieniem się jej przyglądał.

- Dzień dobry, czy wie pan jak dojść do ulicy Kopernika?

- Wiem - odpowiedział zachrypniętym głosem. - Do kogo panienka tam idzie?

- Ja… - Hanka nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. - Szukam pewnego domu, tu mam adres - podała mężczyźnie kartkę.

- Acha - starszy pan z zainteresowaniem popatrzył na jej plecak, a następnie zmierzył ją wzrokiem od czubka głowy aż do butów. - Tą ulicą to będzie jakaś godzina drogi, potem musi panienka skręcić w leśną drogę, jak będzie stała taka drewniana kapliczka, a potem…

- To aż tak daleko?

- Noo… trochę daleko - mężczyzna pokiwał głową. - Ale przez las to by panienka w dwadzieścia minut była.

- Jak to przez las?

- O, tu jest droga - mężczyzna wskazał w kierunku polnej drogi, która biegła brzegiem lasu, a następnie skręcała w zalesiony obszar.

- A nie zgubię się, jak pójdę tą drogą? - początkowa euforia i ciekawość zaczęła zmieniać się w niepokój.

- Eeee, nie! Tylko niech się panienka trzyma kapliczek.

- Jak to? - Hanka przeraziła się trochę słów starego mężczyzny.

O warmińskich kapliczkach opowiadała jej babcia, która kiedyś mieszkała w tych okolicach. Warmia jest takim miejscem, gdzie można spotkać zaskakującą ich ilość i różnorodność. Podobno najstarsza, jaka została udokumentowana, wykutą chorągiewką, jest z roku 1601 i znajduje się w Dobrągu. Ciekawe, czy były inne przed nią? - Hanka zamyśliła się i popatrzyła w stronę leśnej ścieżki.

Babcia wspominała, że najwięcej kapliczek powstało w XIX wieku, w czasie zaciętego protestu przeciwko polityce niemieckiego Kulturkampfu, oraz objawień maryjnych w roku 1877 w Gietrzwałdzie.

Przydrożne kapliczki, były zarówno murowane jak i drewniane, stały nie tylko na skrzyżowaniach dróg, ale także w polu czy

w lesie i właśnie to było zawsze charakterystyczne dla Warmii. Szkoda, że teraz nie jest maj, bo spotkałaby mieszkańców wsi na nabożeństwach odprawianych przy nich. Hanka popatrzyła w stronę drogi, a następnie zwróciła się w kierunku lasu.

- A co tam… - powiedziała do stojącego przed nią mężczyzny - przecież kapliczki pełnią rolę ochronną, ich zadaniem była i jest ochrona podróżnych przed złymi mocami.

Mężczyzna uśmiechnął się i kiwnął głową.

- Ma panienka rację, ale są też miejscem, gdzie można najskuteczniej poprosić o pomoc i opiekę. Przecież nie tylko w maju można odmówić przy kapliczce litanię do Matki Boskiej.

Hanka zamyśliła się. Ale z tego, co opowiadała babcia kapliczki miały też funkcję świecką. Za pomocą znajdujących się na nich dzwonach ogłaszano alarmy, zebrania i informowano o śmierci.

- Zobaczy panienka, jakie one u nas są piękne te kapliczki. Nasze kobiety

i dziewczynki zawsze na wiosnę sadzą kwiaty przed nimi, albo ustawiają świeże, cięte. Stroją je we wstążki - mężczyzna z dumą spojrzał w nieokreślonym kierunku. - U nas kapliczki mają też różne formy. Jedne, te typu skrzynkowego są zawieszone na drzewie, na krzyżu albo na ścianie domu. Te słupkowe mają formę prostą, a na wierzchu postać świętego. Ale są także takie domkowe, murowane albo drewniane. One są nakryte daszkami z dachówki albo gontów. - Mężczyzna odwrócił rower i jeszcze raz popatrzył na dziewczynę, która go zaczepiła. - Dodam panience jeszcze, że u nas kapliczek jest dużo, występują zarówno przy drogach jak i we wsiach, niekiedy w jednej miejscowości znajduje się kilka. Na przykład w Worytach koło Gietrzwałdu jest ich aż dziewięć, ale są też na polach i w lasach.

- Dlatego trudno ustalić dokładnie jaka jest ich liczba - pomyślała Hanka - niektóre z nich może wciąż czekają na odkrycie przez etnografów. Podobno na Warmii doliczono się około trzech tysięcy kapliczek.

- Szkoda, że krzyży jest teraz mniej - mężczyzna zaczął powoli prowadzić rower

wzdłuż drogi i mówić jakby sam do siebie - kiedyś obok kapliczek mieszkańcy wsi stawiali też drewniane krzyże, ale obecnie można je spotkać sporadycznie, głównie dlatego, że wykonane z drewna były mało trwałe i uległy zniszczeniu.

Mężczyzna odwrócił się w stronę Hanki, wzruszył ramionami i uśmiechnął, ukazując spore ubytki i rząd zepsutych zębów. Wsiadł na swój rower i bez słowa pożegnania odjechał w kierunku przeciwnym do tego, który jej wskazał. Hance nie pozostało nic innego, jak wyruszyć dalej. Zdecydowała się na leśną drogę, mając nadzieję, że nie zgubi się i szczęśliwie dotrze do celu swojej podróży. Zarzuciła plecak, szybkim krokiem przebiegła na drugą stronę szosy i mijając tablicę informującą o granicy miejscowości ruszyła w stronę lasu. Na szczęście droga była szeroka i nic nie wskazywało na to, żeby nie prowadziła do konkretnego miejsca. Cisza, przerywana jedynie delikatnym szumem drzew i ptasim świergotem trochę ją przerażała, ale starała się nie myśleć o tym, że właśnie znajduje się sama w obcym lesie. Po kilkunastu minutach szybkiego marszu

uzmysłowiła sobie, że dochodzą do niej jakieś inne niż leśne dźwięki. Las stawał się coraz rzadszy i wreszcie zobaczyła wyraźnie skąpaną w słońcu polanę. Pod starym dębem, na prowizorycznej ławeczce siedziało dwoje młodych ludzi, mniej więcej w jej wieku, dziewczyna i chłopak. Wyglądali na zakochanych. Dziewczyna siedziała z głową opartą na ramieniu chłopca, który grał na gitarze i śpiewał tak pięknie, że Hanka mimowolnie przystanęła. Zaczęła wsłuchiwać się w dobrze znaną jej melodię zespołu Animals.


There is a house in New Orleans.

They call the Rising Sun.

And it's been the ruin of many a poor boy.

And God I know I'm one.

My mother was a tailor,

Sewed my new blue jeans.

My father was gamblin' man,

Down in New Orleans.


Zamknęła oczy i w myślach tłumaczyła

słowa piosenki, którą mama często śpiewała jej przed snem.

- Jest dom w Nowym Orleanie, który nazywają Wschodzącym Słońcem. Był on zgubą wielu biednych chłopców. Wiem, że jestem jednym z nich. Moja matka była krawcową, uszyła mi nowe, niebieskie jeansy. Mój ojciec był hazardzistą, w Nowym Orleanie.

Chłopak spojrzał na nią i odłożył gitarę na bok.

- Nie przerywaj, tak pięknie śpiewasz. - Hanka otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Poczuła jak jej twarz oblewa rumieniec.

- Przepraszam, nie chciałam wam przeszkadzać - szepnęła nieśmiało.

Chłopiec obojętnym wzrokiem zerknął na nią i ponownie wziął gitarę do ręki wydobywając z niej kolejne dźwięki.


Now the only thing a gambler needs

Is a suitcase and a trunk

And the only time he'll be satisfied

Is when he's all a-drunk

Oh mother, tell your children

Not to do what I have done

Spend your lives in sin and misery

In the house of the Rising Sun.


Dziewczyna mocniej przytuliła się do swojego towarzysza i mimo, że jej drobna twarz wyglądała na smutną, to z oczu emanowało tajemnicze szczęście. Hanka poczuła się jak intruz i powoli oddaliła od napotkanych osób, cichutko tłumacząc sobie w myślach dalszy tekst piosenki.

- Teraz jedyną rzeczą, której potrzebuje hazardzista jest walizka i kufer. Odczuwa satysfakcję, tylko, gdy jest pijany. Matko, powiedz swoim dzieciom, by nie robiły tego, co ja uczyniłem. By nie spędzały swojego życia w grzechu i nieszczęściu. W Domu Wschodzącego Słońca.

Po przejściu kilkudziesięciu metrów, zobaczyła cel swojej podróży. Przynajmniej takie odniosła pierwsze wrażenie.

Stary, ale bardzo zadbany budynek stał wśród otaczających go drzew, które już zaczęły przybierać wiosenne szaty. Przyznała

w duchu, że nie tego się spodziewała, jej wyobraźnia namalowała zupełnie inny obraz. Dom, który zobaczyła był drewniany, zbudowany został na podmurówce z cegły i pomalowany szarą farbą. Pokryty był rzeźbami ażurowymi z drewna, których pozostało chyba już niewiele. Rzeźby miały kolory jasno brązowy i rudawy. Dach pokryty był ocynkowaną blachą, pomalowaną na brązowo.

Do domu wchodziło się po wąskich schodkach, na których szczycie, znajdowały się drewniane, podwójne drzwi wejściowe, dużo większe niż normalne. Przed schodami na okrągłym klombie rosła stara jabłonka.Hanka odniosła wrażenie, że budynek wygląda na zamieszkały. Wyciągnęła z saszetki kartkę z adresem i po raz kolejny przeczytała treść, którą znała już na pamięć. Niewyraźny numer znajdujący się nad drzwiami, był taki sam, jaki widniał na papierze. Dla pewności wyjęła pismo, które otrzymała od notariusza i jeszcze raz sprawdziła adres. Wszystko się zgadzało. Wbiegła po schodach i wyciągnęła klucze. Gdy zamierzała wsadzić jeden z nich do

zamka, aby wejść do środka, zauważyła, że drzwi są uchylone. Delikatnie je pchnęła i przeszła przez próg domu. Weszła do sieni, w której znajdowało się kilka wysokich, drewnianych drzwi. Wszystkie oprócz jednych były zamknięte. Z jakiegoś pomieszczenia dolatywał zapach gotowanej kapusty i wyraźnie słyszała krzątaninę. Weszła przez otwarte drzwi i rozejrzała się po pomieszczeniu, które najprawdopodobniej było pokojem typu salon. Pokój mógł mieć ponad trzydzieści metrów kwadratowych. Zanim cokolwiek usłyszała, wyczuła w pomieszczeniu czyjąś obecność.

- Pani kogoś szuka? - z zamyślenia wyrwał

ją niski, męski głos.

Wystraszona cofnęła się w stronę sieni, ale ciekawość nie pozwoliła jej na ucieczkę. Odwróciła głowę w stronę dochodzącego głosu i zobaczyła mężczyznę, który przyglądał jej się z wyraźnym zainteresowaniem. Siedział w dużym wiklinowym fotelu na biegunach i trzymał w ręku grubą książkę. Siwe włosy wskazywały na to, że jest w wieku pani Janiny, a może nawet starszy. Śniada cera wyglądała zdrowo, ale gęsty zarost zakrywał

połowę twarzy. Duże ciemne oczy wpatrywały się w nią z ciekawością.

- Czy pani kogoś szuka? - mężczyzna zapytał ponownie.

Odłożył książkę na półkę i wstał z fotela.

- Nazywam się Wiktor Szczygieł - podszedł do niej i wyciągnął w jej stronę dłoń.

- Jestem Hanna… - słowa z trudem wydobyły się z jej ust. - To jest… dom mojego ojca, przyjechałam…

- Hania! - Mężczyzna krzyknął mile zaskoczony i szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy. - Tak się cieszę, że wreszcie się odnalazłaś. Siadaj, zaraz przygotujemy ci coś do picia i jedzenia.

- Przygotujemy? To pan nie mieszka tutaj sam? - spojrzała w oczy mężczyzny wyraźnie zaniepokojona. - Myślałam, że dom jest pusty, że po śmierci taty…

- Spokojnie, zaraz wszystko ci wyjaśnimy - Wiktor złapał jej dłonie i z wyraźną radością podprowadził ją do dużej, kolorowej sofy. - Siadaj i chwilkę zaczekaj, zaraz wracam.

Posadził ją i wybiegł z pomieszczenia.

- Marta! Marta! Chodź szybko, poznasz kogoś - Hanka usłyszała jak zawołał.

Korzystając z chwili samotności, zaczęła rozglądać się po pokoju.

Meble znajdujące się w środku były dużo starsze od niej, ale bardzo zadbane. Widać było w pokoju rękę kobiety. Koronkowe serwetki ozdabiały prawie każdy z mebli. W rogu pokoju na pięknym kominku stały posągi z różnych stron świata. Budda, Faraon, Napoleon, wielbłąd z Beduinem na grzbiecie. Czuć było wielki świat. Hanka podeszła do półki z figurkami i wzięła jedną do rąk.

- To Siwa, Andrzej przywiózł go z Bombaju - zza pleców dotarł do Hanki cichy głos. - To jedna z istot boskich w hinduizmie i mitologii indyjskiej.

Dziewczyna gwałtownie odwróciła się i zobaczyła przed sobą dziwnie ubraną kobietę w wieku około osiemdziesięciu lat, która kiedyś musiała być wyjątkowo piękna.

- Jego przeróżne postacie zawierają w sobie często wiele pozornych sprzeczności

- kobieta kontynuowała nie zwracając uwagi na minę dziewczyny. - Hinduizm, mówi o wielu dobrodziejstwach, jakich ludzie doznali od niego i o czynach, których dokonał w trosce o nich. - Starsza pani wyjęła z rąk Hanki figurkę i popatrzyła na nią z zachwytem. - Na przykład, kiedy rozlała się trucizna, która mogła zniszczyć wszystkie trzy wszechświaty, Siwa ją wypił. Jego żona uchroniła go jednak przed śmiercią i objęła jego szyję tak mocno, że trucizna nie mogła się rozejść dalej po jego ciele.

- Ciekawe to, co pani mówi… - dziewczyna próbowała nawiązać rozmowę z dziwnie wyglądającą kobietą. - Jestem Hanna Sztok.

Podała swoją dłoń w geście powitania, ale kobieta tylko spojrzała na nią, odstawiła figurkę hinduskiego bożka na półkę i odwróciła się w stronę sofy.

Usiadła wygodnie i z gracją poprawiła swoje ubranie. Dopiero po chwili zerknęła na dziewczynę.

- Jesteś jego córką prawda?

- Kogo? - Hanka przycupnęła obok niej.

- Andrzeja - kobieta zamyśliła się. - Jesteś bardzo do niego podobna, masz te same oczy i tak samo zadarty nos jak on.

- Miło mi to słyszeć, chociaż ja…

- Wiem, nigdy go nie widziałaś. Ale mylisz się. Widywałaś go częściej niż ci się wydaje, tylko nie wiedziałaś, że to twój ojciec.

- Skąd pani to wie? - dziewczyna zainteresowała się słowami nieznajomej.

- Jestem Goldstar - kobieta dopiero teraz wyciągnęła w jej stronę swoją rękę. - Tak właściwie to mam na imię Barbara, ale wszyscy nazywają mnie Goldstar, to jeszcze z dawnych czasów, kiedy byłam operową diwą.

- Pani dobrze znała mojego ojca?

- Bardzo dobrze - kobieta spojrzała na wiszącą nad kominkiem fotografię mężczyzny w białym mundurze marynarskim. - Kochałam się w nim, chociaż był dużo młodszy ode mnie. - Położyła dłoń na ręce dziewczyny i uśmiechnęła się. - Kiedyś ci o tym opowiem, ale teraz muszę się zdrzemnąć - wstała z sofy i dostojnym

krokiem odeszła w stronę drewnianych, kręconych schodów prowadzących na piętro domu.

Schody, tak jak cały budynek wyglądały na bardzo stare i wymagające porządnego remontu.

- Widzę, że szybko zadomawiasz się tutaj - Wiktor wszedł do pokoju niosąc na tacy filiżanki z parującymi napojami i talerz z pączkami. - Poznałaś już Barbarę, a to właśnie jest Marta - postawił tacę na stoliku i stanął obok puszystej kobiety, o niezwykle niebieskich oczach. Objął ją swoim ramieniem i przytulił do siebie z zachwytem wpatrując się w jej pogodną, uśmiechniętą twarz.

- Witaj Haniu. Mam nadzieję, że jakoś się dogadamy. - Kobieta zbliżyła się do dziewczyny i cmoknęła ją w policzek.

- No proszę! Obawiałam się, że spędzę upiorną noc w opuszczonym, starym domu a tu się zapowiada istna sielanka. - Hanka uśmiechnęła się z lekką ironią. - Czy jeszcze ktoś mieszka w tym domu oprócz was?

Wiktor i Marta spojrzeli na siebie

zmieszani i wzruszyli ramionami.

- No…, ja, Marta, Goldstar, i jeszcze… - mężczyzna zawahał się.

- Zuzanna z Błażejem i Ninoczka ze swoimi dwoma synami - Marta szybko weszła w słowo swojemu przyjacielowi.

- No… i jeszcze Piotrek - Wiktor dokończył z wyraźną ulgą, że wymienili wszystkich mieszkańców domu.

- Acha… - Hanka wzięła głęboki oddech i spojrzała na zdjęcie nad kominkiem. - To mi tatuś rodzinkę zafundował - mruknęła do siebie.

Usiadła, wygodnie sadowiąc się na kanapie i zaczęła ciekawie rozglądać po pokoju.

- Czy to wszystko należało do taty?

- Wszystko, poza naszymi rzeczami osobistymi - odpowiedział.

- Po drodze minęłam chłopaka z dziewczyną, czy to…

-Tak - Marta stanowczo przerwała zdanie, które Hanka chciała powiedzieć. - To Błażej ze swoją żoną Zuzanną. Miłe dzieciaki, na pewno się zaprzyjaźnicie.

- Marto! - Wiktor spojrzał na przyjaciółkę karcącym wzrokiem. - Nie zapominaj, że rozmawiasz z nową właścicielką domu, która może…

- Spokojnie panie Wiktorze - tym razem Hanka nie pozwoliła dokończyć zdania. - Dopóki się nie odnajdzie drugi współwłaściciel, to nic nie mam zamiaru zmieniać w tym domu.

Słowa dziewczyny spowodowały, że zarówno Wiktor jak i Marta odetchnęli z ulgą.

- Ten Błażej pięknie śpiewa. Moja mama uwielbia piosenkę zespołu Animals „Dom wschodzącego słońca” - Hania zamyśliła się. - Kiedy mijałam ich, on właśnie śpiewał tę piosenkę.

- To była też ulubiona piosenka Andrzeja - Marta spojrzała na Hankę. - Przepraszam, twojego ojca - dodała trochę zmieszana. - On zawsze nazywał ten dom „domem wschodzącego słońca”, bo jego pokój jest od strony wschodu.

- Jak chcesz to możesz w nim się zatrzymać - Wiktor popatrzył na dziewczynę i wskazał dłonią w stronę schodów. - Zresztą

to jest teraz twój dom, więc masz prawo zająć każdy pokój, który przypadnie ci do gustu.

- Zostaniesz tu? - Marta usiadła obok Hanki na kanapie.

- Tylko kilka dni... Niestety - zamyśliła się. - Bardzo bym chciała, ale muszę wracać na uczelnię. Cieszę się jednak, że dom jest w dobrych rękach, więc…

- Więc…? - Marta spojrzała na nią wyczekująco.

- Mogę spokojnie wracać do domu - Hanka popatrzyła na nowo poznanych ludzi. - Kilka dni jednak tutaj pobędę.

- To cudownie! - Marta klasnęła w dłonie. - Chodź! Pokażę ci pokój Andrzeja i łazienkę, odświeżysz się, odpoczniesz i oprowadzimy cię po domu i całej posesji.

Wiktor kiwnął głową wyraźnie zadowolony z tego, co zaproponowała jego przyjaciółka. I zanim Hanka zdążyła cokolwiek powiedzieć, złapał jej plecak leżący na podłodze i skierował się w stronę schodów. Marta chwyciła dziewczynę za rękę i pociągnęła za nim.

Pokój znajdował się na piętrze. Duże,

trzyskrzydłowe okno wychodziło na las. Pomieszczenie było w idealnym porządku, jakby ktoś dopiero pięć minut wcześniej skończył go sprzątać. Skromnie umeblowany, ale sprawiał wrażenie przytulnego kąta. Na środku pokoju leżał stary, zielony dywan, w herbaciane róże. Po prawej stronie od drzwi stało metalowe łóżko, przykryte zieloną narzutą w indiańskie wzory. Pod oknem znajdował się mały sekretarzyk, który wyglądał jakby ktoś go przyniósł z muzeum. Hanka podeszła bliżej i spojrzała na stojące na nim fotografie. Wzięła jedną z nich do ręki i zaskoczona zerknęła w stronę Wiktora i Marty.

- To ja. Skąd tata miał to zdjęcie?

- Andrzej ma sporo fotografii swoich dzieci - Wiktor podszedł do niej i otworzył drewnianą szkatułkę.

- Dzieci?

- Masz brata, nie wiedziałaś o tym?

- Ach tak, notariusz wspominał mi o nim. Jest drugim współwłaścicielem domu.

- To on - Wiktor wyjął ze szkatułki fotografię przedstawiającą uśmiechniętego

młodego mężczyznę, siedzącego z butelką piwa na trawie, przed jakimś dużym budynkiem. - To ostatnie zdjęcie, jakie Andrzej posiadał.

- Kto robił te zdjęcia?

- Twój ojciec miał zaprzyjaźnionych ludzi, którzy na bieżąco informowali go o tym, co robicie i jak wam się wiedzie.

- Wynajmował detektywów?

- Oj, zaraz tam detektywów - Marta uśmiechnęła się. - Po prostu przyjaciół, którzy mieszkali tu i tam i mogli mu coś niecoś o was powiedzieć.

- Zresztą sporo zdjęć zrobił sam, kiedy wyjeżdżał do was.

Hanka zaskoczona spojrzała na Wiktora.

- Jeździł po świecie i obserwował was, chociaż wam nic na ten temat nie wiadomo. - Marta objęła Hankę ramieniem. - Twój przyrodni brat też pewnie nie wie, że Andrzej był jego ojcem.

- No to ciekawe, ile jeszcze jego dzieci jest na tym świecie? - Hanka skrzywiła się jakby poczuła jakiś brzydki zapach.

- Oto możesz być pewna, że jesteś tylko ty i Marcel.

- Marcel? No tak, przypominam sobie. Notariusz wymienił takie imię. Czy on jest Polakiem?

- I tak i nie. Mieszka we Francji. Jego babcia ze strony matki była Polką, a dziadek Francuzem.

- A matka?

- Yvonne jest Francuzką, ale podobno zarówno ona jak i Marcel bardzo dobrze mówią po polsku. - Wiktor zerknął na fotografię mężczyzny - babcia się do tego przyczyniła.

- Super, coraz lepiej… - Hanka zamyśliła się i spojrzała za okno.

- No dobrze, ty się Haniu rozgość tu u siebie, a ja skoczę do kuchni dokończyć obiad - Marta uśmiechnęła się. - Wiktor pokaże gdzie jest łazienka, odśwież się po podróży i zejdź na dół. Obiad będzie około godziny siedemnastej, bo o tej porze już prawie wszyscy są na miejscu.

Kobieta musnęła dłonią ramię Wiktora i wyszła z pokoju. Mężczyzna usiadł w fotelu

stojącym obok łóżka i zaczął przyglądać się córce swojego przyjaciela. Podobieństwo do ojca było tak widoczne, że nie mógł oderwać od niej oczu. Jej sylwetka i charakterystycznie zadarty nos, oraz długie wręcz artystyczne palce, wskazywały na widoczne wspólne cechy jej i ojca. Gdyby miała krótkie włosy, to wyglądałaby dokładnie tak jak Andrzej ponad trzydzieści lat temu. Dziewczyna odwróciła się od okna i uśmiechnęła.

- Pokaże mi pan gdzie jest łazienka?

Wiktor ocknął się z zamyślenia i odwzajemnił uśmiech.

- Pewnie. Chodź zaprowadzę cię.

Wstał z fotela i skierował się w stronę drzwi.

- Niestety, ale musimy zejść do piwnicy.

- Do piwnicy?

Zaskoczona mina dziewczyny rozbawiła go.

- Tak - roześmiał się. - Na dole jest piwnica, w której stoi piec. Kiedyś była tam także wędzarnia, spiżarnia i łazienka. Teraz są tam dwa małe pomieszczenia mieszkalne i tylko kawałek piwnicy został nietknięty.

Niestety łazienka jest wspólna i nadal znajduje się w tej części domu. Andrzej nie zdecydował się przenieść jej na górę. - Myślę, że tu chodziło o zachowanie domu w takim stanie, w jakim go odziedziczył. Wiesz, chyba jakieś sentymenty…

- To ojciec odziedziczył ten dom? Myślałam, że go kupił.

- Nie, nie kupił. Ten dom został mu zapisany przez jego stryjecznego dziadka. Brata jego babci czy coś w tym rodzaju. Dom położony jest na dwudziestu hektarach posiadłości i od imienia pierwszego właściciela, cała ta ziemia nazwana jest Piotrówką, bo pierwszy właściciel nazywał się Piotr Szymski. Ten dom zbudowany został ponad sto lat temu, kiedy te tereny były pod zaborem rosyjskim, Andrzeja przodek, był generałem w wojsku carskim. Kiedy stacjonował w pobliżu, wybudował ten dom dla siebie i swojej rodziny, jako jeden z kilku, miał jeszcze dom w Mińsku i Kijowie - Wiktor zamyślił się - podobno, kiedy kupił tę ziemię była ona piaszczysta i niezalesiona. Nawoził ją, posadził las i sad. Od strony drogi

wykopał staw, a z piasku usypał górę naprzeciw stawu.

Wiktor podszedł do okna wychodzącego na przeciwną stronę lasu i wskazał na drogę.

- Teraz wjeżdżając przez bramę główną, po prawej stronie, mamy staw, a po lewej górkę obsadzoną akacjowymi drzewami. Droga dojazdowa do domu obsadzona jest szpalerem kasztanowców.

- Nie wiedziałam, że wejście do domu jest z innej strony - Hania z zachwytem popatrzyła na rozciągający się przed nimi widok.

- Do domu prowadzą dwa wejścia - Wiktor zamyślił się, jakby wróciły do niego jakieś dawne wspomnienia. - Wejście od frontu było głównym wejściem i też tam znajdował się podjazd. Kiedyś główne wejście było od tej strony, a z  tyłu domu, prowadzące do ogrodu i służbówki oraz stajni. Od tyłu wchodziło się po schodkach do sieni.

- Tu są stajnie?

- Niestety już nie ma. Do dzisiaj przetrwały tylko ruiny służbówki, ale Andrzej cały czas mówił, że chce ją odbudować.

- Spojrzał na dziewczynę i ledwo dostrzegalny uśmiech zagościł na twarzy, pod jego gęstym zarostem. - Nie zdążył.

- A tam, co było? - Hania wskazała na pozostałości po jakiejś budowli.

- Po obu stronach domu kiedyś były szklane oranżerie, z których teraz zostały tylko ceglane przybudówki.

- Nie wiedziałam, że ten dom jest tak stary. A co się stało z tymi domami w Mińsku i Kijowie?

- Tego dokładnie nie wiem, ale podobno krewny twojego ojca był dość rozrywkowym człowiekiem i przegrał te domy w jakiejś karczmie. Chyba w grze w kości.

- No ładnie - dziewczyna pokiwała głową i odwróciła się w stronę pokoju, do którego drzwi były otwarte na szeroko. - Teraz już wiem, dlaczego ten dom nazywa się „Domem wschodzącego słońca”.

- Skąd wiesz, jak się nazywa? - Wiktor spojrzał na nią.

- W akcie notarialnym jest tak napisane.

- Co?

- Wyraźnie jest napisane, że

odziedziczyłam po ojcu pół posiadłości, wraz zabudowaniami i domem, który nazywa się „Dom wschodzącego słońca”. Kiedy notariusz mi to czytał, uśmiechał się, a ja wtedy nie wiedziałam, dlaczego?

- Andrzej zawsze tak go nazywał, ale nie miałem pojęcia, że oficjalnie nadał mu taką nazwę. - Wiktor roześmiał się. - Wiesz skąd się wzięła ta nazwa?

- Przypuszczam, że od piosenki.

- Masz rację. Twój ojciec twierdził, że nie było dziewczyny, która oparłaby się mu po usłyszeniu, jak śpiewa przy akompaniamencie gitary ten właśnie przebój Animalsów.

- I w to akurat wierzę, bo odkąd sięgam pamięcią, to mama zawsze ją śpiewała. Gdyby pan widział, z jaką tęsknotą…

Roześmiali się. Schodząc po schodach Hanka ciekawie przyglądała się ścianom i obwieszonym obrazkom z różnych stron świata. Wysokie, stare drzwi wewnętrzne, prowadzące do różnych pomieszczeń, przeważnie były pozamykane. Wszystkie były podwójne i wyższe od normalnych. Z tego, co

zdążyła zauważyć, to na parterze domu były cztery, ponad trzydziestometrowe pokoje i dwa korytarze. Wszystkie umeblowane w starym stylu i wysprzątane jak na przyjazd ważnych gości.

Zeszli na sam dół domu i Wiktor pokazał jej łazienkę, a następnie, zostawiając ją samą wrócił na górę do swojej lektury.

Hania odkręciła wodę i usiadła na brzegu starej, fajansowej wanny, w której bez trudu zmieściłyby się, co najmniej dwie osoby. Nigdzie nie widziała żadnych kosmetyków, ani żadnych płynów czy mydeł. Na jednej ze ścian wisiało duże okrągłe lustro, pod którym na półeczce leżały równo poukładane ręczniki i to było wszystko, co charakteryzowało używalność tego pomieszczenia. Kilka stojących szafek po przeciwnej stronie wanny wyglądało jak ekspozycja w sklepie. Hania otworzyła jedną z nich i zobaczyła, że wszystko to, co u niej stoi na półkach w łazience, jest równiutko poukładane w środku szafki. Uśmiechnęła się na ten widok. Teraz już wiedziała, dlaczego w łazience jest tak schludnie i pusto. Każdy mieszkaniec tego domu, swoje

akcesoria łazienkowe trzymał w osobnej szafce. Postawiła na wannie szampon i mydło, które przywiozła ze sobą i rozebrała się. Weszła do gorącej wody i zanurzyła się aż po szyję.

Jeszcze kilka miesięcy temu, gdyby ktoś jej powiedział, że będzie współwłaścicielką starego domu i około dwudziestu hektarów ziemi, to wyśmiałaby go. Tak właściwie, to jeszcze ten fakt do niej nie dotarł. Bała się, że w pewnym momencie obudzi się i cała ta posiadłość, ta jej podróż, ten dokument przeczytany u notariusza okażą się tylko snem. Tyle razy marzyła o tym, żeby spotkać ojca a okazuje się, że go widywała i nie wiedziała, że to on.

- Ciekawe, jaki jest Marcel? - powiedziała sama do siebie.

Zamknęła oczy i zaczęła wsłuchiwać się w ciszę otaczającą ją. Kiedy już odprężyła się i ochłonęła po pierwszych wrażeniach, szybko dokończyła kąpiel i wyszła z wanny wycierając się ręcznikiem, który zabrała ze sobą z domu. Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się do swojego odbicia.

- No Haniu, czas na nowe życie.


ROZDZIAŁ 3

G O L D S T A R

Idąc po schodach do pokoju ojca, nawet nie zauważyła, że ktoś bacznie się jej przygląda. Barbara siedziała w salonie na parterze i widząc wchodzącą dziewczynę, odprowadziła ją wzrokiem aż do miejsca, w którym zniknęła z jej pola widzenia. Westchnęła ciężko i przeniosła wzrok na wiszącą nad kominkiem fotografię mężczyzny w białym mundurze oficerskim.

- Boże, jaka ona jest do ciebie podobna.

- Mówiłaś coś do mnie? - z drugiego końca pomieszczenia dobiegł do niej głos Wiktora.

- Nie. Mówiłam do Andrzeja.

Mężczyzna siedzący w fotelu zerknął w jej stronę i pokręcił głową.

- Barbaro, przypominam ci, że jego już tu nie ma.

- I co z tego! - odpowiedziała opryskliwym tonem. - Nie ma go w sensie fizycznym, ale jego dusza nadal tu jest.

- Może masz rację...

Wiktor wzruszył ramionami i ponownie zatopił się w lekturze.

- Czuję jego obecność w tym domu - Barbara nie zważając na to, że tak właściwie mówi sama do siebie, uśmiechnęła się - prawda drogi Andrzeju?

Ponownie zerknęła na fotografię.

Od schodów doleciał ją odgłos zbiegającej osoby. Przeniosła wzrok w tamtą stronę i zobaczyła Hankę, przebraną w dres, z mokrymi włosami sterczącymi na wszystkie strony.

- Jak ojciec… - westchnęła i pokręciła z niedowierzaniem głową.

- O, pani Basiu miło mi znowu panią widzieć - dziewczyna zwinnymi ruchami zbiegła na dół i usiadła na sofie obok kobiety.

- Zapamiętaj sobie raz na zawsze! - Barbara powiedziała wyraźnie akcentując ostatnie wyrazy. - Nienawidzę, kiedy ktoś mówi do mnie „Basiu”. - Wypowiedziała te słowa z takim naciskiem, jakby Hanka, co najmniej zrobiła jakiś niewybaczalny błąd.

- Przepraszam - szepnęła dziewczyna - chciałam być uprzejma.

- Jeżeli nie jest to dla ciebie problemem, to wolałabym, abyś nazywała mnie „Goldstar” - kobieta dumnie wypięła pierś i spojrzała na Hankę.

- O matko! - od strony okna doleciało westchnienie Wiktora.

- Nie ma problemu pani Ba… pani Goldstar - dziewczyna uśmiechnęła się. - Jak tylko pani sobie tak życzy, będę się tak zwracała.

- I nie „pani”, tylko po prostu „Goldstar”! - Barbara powiedziała tonem nieprzyjmującym sprzeciwu. - Pani jestem dla ekspedientki w sklepie, dla kasjerki w banku, czy dla mężczyzny, który spisuje licznik. Dla przyjaciół i rodziny jestem po prostu Goldstar.

- Zrozumiałam - Hanka przybrała poważny wyraz twarzy, chociaż ton głosu kobiety trochę ją rozbawił. - I cieszę się, że pa…, że zaliczasz mnie do swoich przyjaciół.

- Zaliczam cię dziecko do rodziny. Andrzej był moją rodziną i my wszyscy tu mieszkający

jesteśmy jedną rodziną.

Hanka zerknęła w stronę Wiktora, ale ten zagłębiony w swojej lekturze starał się nie zwracać uwagi na konwersację kobiet, przebywających w tym samym pomieszczeniu.

- Mogę spytać skąd się wzięło to „Goldstar”?

- Oj, to długa historia, ale jak nie masz nic innego do roboty to mogę ci opowiedzieć.

- Super! - Hanka klasnęła w dłonie i wygodnie usadowiła się na sofie w oczekiwaniu na długą opowieść.

Barbara spojrzała na nią, poprawiła nieskazitelnie ułożoną spódnicę i zamyśliła się.

- Od dziecka uwielbiałam śpiewać. Wiesz, jakie są początki? Najpierw jest chórek kościelny, potem akademie szkolne, potem jakieś konkursy piosenki studenckiej i tak dalej. Na jednym z takich konkursów wpadłam w oko pewnemu mężczyźnie. Zaraz… ile miałam wtedy lat? Chyba około dwudziestu dwóch - dotknęła dłonią czoła, jakby dzięki temu jej pamięć szybciej

wypełniła lukę. - Podszedł do mnie po którymś występie. Przyniósł ogromny bukiet tulipanów i powiedział, że zrobi ze mnie gwiazdę. Był dużo starszy ode mnie, prawie w wieku mojego ojca. Wszystko potoczyło się szybko. Za szybko…

Barbara przymknęła powieki i siedziała chwilę w pozycji tak nieruchomej, że Hanka odniosła wrażenie, iż kobieta zasnęła.

- Moja kariera zaczęła rozwijać się w bardzo szybkim tempie. Bronek, tak miał na imię ten mężczyzna, dwoił się i troił, żebym miała jak najwięcej występów. - Kontynuowała dalej swoje wspomnienia. - Wiadomo, początkowo były to typowe tancbudy, ale w miarę upływu czasu zaczęły się poważne kontrakty. Był moim managerem, stylistą, kierowcą… był wszystkim, czego pragnęła młoda, naiwna i marząca o wielkiej karierze dziewczyna. Broniu był mistrzem. Oczywiście w pewnym momencie naszej znajomości wylądowałam w jego łóżku, ale wtedy wydawało mi się, że jestem w nim zakochana po uszy, a on we mnie. Głupota zaślepiła mnie.

Barbara znów zamknęła oczy i dłuższą

chwilę siedziała jak posąg.

- Myślałam, że to miłość, a on widział w tym tylko pieniądze - szepnęła nie otwierając oczu. - Najpierw wyłudził od moich rodziców sporą sumkę, niby na reklamy i rozruch interesu, a że mój papa należał do zamożnych ludzi i dla swojej ukochanej córeczki zrobiłby wszystko, szybko dał się przekonać. Mama od początku mówiła, że ten Broniu jej się nie podoba, ale tatuś dla kariery córuni, nieba by uchylił, gdyby trzeba było. A kiedy dowiedział się, że jestem w ciąży, to już dosłownie oszalał.

- Masz dziecko? - Hanka przerwała zaciekawiona.

- Nie! Nie mam! - Barbara krzyknęła i podskoczyła na sofie jakby ktoś ukłuł ją ostrym przedmiotem.

- No, ale… powiedziałaś, że byłaś w ciąży?

- Bo byłam! - fuknęła - ale mój ukochany dla „dobra mojej kariery” kazał mi je usunąć - dodała szeptem, jakby wstydziła się swoich słów.

Spojrzała na dziewczynę, a po jej policzku spłynęło kilka łez. Szybkim ruchem wytarła

je drżącą dłonią i zaczęła mówić dalej.

- Udaliśmy się do jakiegoś miasta, gdzie pewien, prywatnie praktykujący ginekolog, za dość okrągłą sumkę uwolnił mnie od tej „przeszkody” w karierze.

- A co na to twoi rodzice?

- Nigdy się nie dowiedzieli. Mój ukochany, pojechał do nich za kilka dni i z wielką rozpaczą i łzami w oczach zakomunikował, że pośliznęłam się na schodach i …

- A to kawał chama! - Hanka z oburzeniem pokręciła głową. - I co było dalej?

- Mój menager uznał, że moje imię i nazwisko są mało spektakularne i wymyślił mi pseudonim „Goldstar”.

- A jak się nazywasz? - dziewczyna spojrzała na swoją rozmówczynię z ciekawością.

- Barbara Gostarek.

- Czyli, to „Goldstar” wzięło się od twojego nazwiska?

- Nie - Barbara pokręciła przecząco głową. - Goldstar oznacza przecież „Złota gwiazda”.

Powiedział, że zrobi ze mnie gwiazdę, która rozświetli cały rynek muzyczny. Trochę mu się udało, ale nie na długo. Przerwałam studia i zaczęliśmy jeździć po świecie. Śpiewałam… w Czechosłowacji z takimi gwiazdami jak Karel Gott i młoda wówczas Helena Vondrackova, śpiewałam w Związku Radzieckim z taką gwiazdą jak Ałła…

- Ałła Pugaczowa? - Hania spojrzała na Barbarę z zachwytem.

- Tak - kobieta dumnie uniosła podbródek. - Śpiewałam też w Niemczech z Michaelem Hansenem i wieloma innymi ówczesnymi gwiazdami, naszych przygranicznych sąsiadów. Raz nawet polecieliśmy do Ameryki… - Barbara uśmiechnęła się. - Kiedyś opowiem ci o tej podróży, ale nie dzisiaj. Czuję się zmęczona.

Wstała i bez słowa pożegnania skierowała się w stronę schodów. Hanka siedziała zaskoczona nagłą decyzją kobiety i ze smutkiem przyglądała się jak powolnym krokiem odchodzi w stronę swojego pokoju.

- Widzisz jak to jest Haniu, człowiek w jednej chwili leży na forsie, a w  kolejnej

zostaje bezdomnym żebrakiem, bez grosza przy duszy.

Wiktor podszedł do dziewczyny i położył jej dłoń na ramieniu.

- Ale… Bezdomnym?

- Jak to się stało, że została żebraczką? - Wiktor usiadł obok niej i skierował wzrok w stronę górnego piętra domu. - Ten jej ukochany Bronek tak ją omotał, że dała mu pełnomocnictwa na wszystko. Na dyspozycje związane z domem, który odziedziczyła po rodzicach, książeczki oszczędnościowe, na które wpłacała większość zarobionych pieniędzy, na swoje życie.

- I wykiwał ją?

- W czystym tego słowa znaczeniu - mężczyzna skinął głową. - Któregoś dnia ten jej Broniu wyjechał niby do Szwecji załatwić jakiś bardzo duży koncert i …

- Nie wrócił? - Hanka z litością spojrzała w stronę schodów, gdzie kilka minut wcześniej zniknęła starsza pani.

- Mało tego. Nie dość, że czekała na niego prawie dwa miesiące, to jeszcze się okazało, że nie ma już domu po rodzicach, bo Broniu

go sprzedał. Nie ma pieniędzy na książeczkach PKO, bo Broniu wypłacił wszystko, nie ma już niczego. Po Broniu został jej tylko samochód i mieszkanie, z którego ją wyeksmitowali, bo okazało się, że narzeczony nie płacił czynszu za „swoje mieszkanie”.

- I co? Nie potrafiła się bez niego obejść? Przecież była gwiazdą, miała chyba jakieś znajomości, kontakty i tym podobne…

- Widzisz dziecko - Wiktor spojrzał na nią i pokręcił przecząco głową. - Nie miała szans. Show business jest okrutny dla samotników. Dla kogoś takiego jak Goldstar, za którą wszystko załatwiał ktoś inny, droga kariery stanęła w miejscu. Ten jej Broniu miał to wszystko w małym palcu, ona bez niego była nikim.

- No, ale przecież ludzie chyba lubili jej muzykę, jej śpiew, więc dlaczego…

- Oj Haneczko, jak ty jeszcze mało wiesz o tym okrutnym świecie. Co z tego, że ludzie uwielbiali ją słuchać, ale żeby dalej mogła występować musiała zacząć organizować sobie występy, koncerty i tak dalej, a ona nigdy tego sama nie robiła.

- Rozumiem. Wszystko organizował Broniu, a ona tylko wychodziła na scenę i śpiewała...

- No właśnie - Wiktor skinął głową na znak potwierdzenia.

- Nie mogła znaleźć sobie innego managera?

- Może i by mogła, ale zanim doszła do tego wniosku, było już za późno. Nikt nie chciał się nią zaopiekować - mężczyzna zamyślił się - jej gwiazda już dogasała, a kto podejmie ryzyko dla upadającej gwiazdy? A poza tym, nie miała pieniędzy na opłacenie jego.

- Nikt nie chciał ryzykować?

- No właśnie. Gwiazda bez pieniędzy, jest zwykłą osobą, taką jak ty czy ja.

- Ale jak jej się udało przetrwać? Znalazła jakąś pracę?

Wiktor zamyślił się.

- Myślę, że to jest jej najtrudniejszy okres w jej życiu i ona ci o nim nie opowie, bo to dla niej bolesne przeżycia.

- A pan? - Hanka błagalnym wzrokiem spojrzała na Wiktora.

- Co ja?

- Może pan mi opowie?

Mężczyzna pokręcił przecząco głową i uśmiechnął się.

- Nie wiem, czy Barbara byłaby z tego zadowolona, ona nie lubi wspominać tego okresu swojego życia.

- Proszę - błagalny wzrok dziewczyny rozbawił go.

- No dobrze, ale obiecaj, że ona się o tym nie dowie.

- Obiecuję! - Hanka podniosła do góry dwa skrzyżowane palce, jak harcerka składająca przysięgę.

Wiktor uśmiechnął się i wskazał na drzwi.

- Proponuję, abyśmy dla zachowania bezpieczeństwa wyszli poza budynek. Nie chciałbym zrobić Barbarze przykrości, gdyby przypadkowo usłyszała naszą rozmowę.

- O.K. - Hanka skinęła głową i skierowała się w stronę wyjścia.

Zeszli schodkami w dół na podwórko i Wiktor delikatnie dotknął ręki dziewczyny, kierując ją w stronę pozostałości po

stajniach. Szli w milczeniu rozglądając się w około i wsłuchując w ożywione wokale ptasich mieszkańców lasu. Podwórko, przez które przechodzili było duże, w większości zachwaszczone, ale momentami pod stopami Hanka wyczuwała pozostałości kamiennego podjazdu. Wszędzie panował wręcz nieskazitelny porządek, żadnych śmieci, żadnych starych maszyn, czy skrzynek, albo narzędzi, jak to często widywała na wiejskich podwórkach, swoich dalekich krewnych.

Usiedli na murku, który kiedyś z pewnością był fragmentem jednej ze ścian stajni. Hanka wciągnęła w płuca świeże wiejskie powietrze i zamknęła oczy delektując się zapachem lasu.

- Tak właściwie, to życie dla tej kobiety ponownie nabrało sensu dopiero jak poznała Andrzeja, to znaczy twojego ojca. - Wiktor westchnął, spoglądając w stronę domu.

- Czy oni byli parą? - Hanka zaciekawiona spojrzała na ogorzałą od słońca twarz swojego rozmówcy.

- Nieee… - mężczyzna roześmiał się. - Byli parą dobrych przyjaciół, chociaż

Barbara chyba podkochiwała się w Andrzeju. Był dla niej czymś w rodzaju deski ratunku na oceanie rozpaczy. Kiedy zrozumiała, co zrobił jej ukochany Broniu, próbowała początkowo go szukać, ale facet zapadł się jak kamień w wodę. Nikt z ich wspólnych znajomych, dziwnym trafem nie potrafił jej wskazać miejsca pobytu tego drania. Myślę, że… - Wiktor zamilkł na chwilę - oni się go bali. Jak się potem okazało miał on na swoim koncie kilka czarnych spraw i był nawet notowany na milicji.

- Ale jednak udało się jej przetrwać?

- Sprzedała samochód i wynajęła mały pokoik, ale pieniądze ze sprzedaży szybko topniały, więc postanowiła szukać pomocy wśród rodziny. Niestety w branży muzycznej nie miała zbyt wielu szans by powrócić na scenę, bo gdziekolwiek się nie udała, każdy odsyłał ją z kwitkiem. To były układy i układziki, o których ona nie miała zielonego pojęcia. Wszędzie liczyły się znajomości, a ona była tylko produktem, który jak miał dobrą reklamę, to się sprzedawał. Bez reklamy był bezużyteczny. Cały czas wierzyła w siłę więzi rodzinnych, ale dla rodziny

również stała się osobą bezużyteczną. Po śmierci rodziców, dopóki była jeszcze sławna i bogata, wszystkie kuzynki i kuzyni byli jej najbliższymi. Bardzo szybko jednak przekonała się, że gdy skończyła się jej „wielkość” to dla tych najbliższych ona sama pozostała zbyt „mała”, aby się nią przejmować. Którejś zimy wylądowała w jednym z ośrodków dla bezdomnych, prowadzonym przez siostry zakonne. Nie był to szczyt marzeń dla kobiety, przyzwyczajonej do życia w luksusach, ale była to jedyna szansa dla niej, aby przeżyć. W długie zimowe wieczory, umilała czas mieszkańcom tego przytułku… śpiewem, dzieląc się z nimi swoim talentem. W jednym z pomieszczeń odkryła stare pianino, i dzięki niemu chwilami wracała do swojego dawnego życia. Siostry zakonne cieszyły się, że w ich domu zamieszkał ktoś z takim talentem. Jej współmieszkańcy często zarabiali stojąc na ulicach z plastikowymi kubeczkami i żebrząc o grosz, ona postanowiła wykorzystać do tego swój talent. Pierwszy raz stanęła w parku i poczęła śpiewać, kiedy na dworze już na dobre zaczęła się wiosna. Przez zamknięte

powieki czuła ciepłe promienie słońca, które delikatnie muskały jej twarz. Nie miała odwagi otworzyć oczu i sprawdzić, czy ktoś w ogóle jej słucha. Czuła jedynie spływające z upokorzenia łzy, które jedna po drugiej przesuwały się po policzkach w dół i skapywały na bluzkę. Na chwilę zapomniała gdzie jest i kim jest. Kiedy usłyszała oklaski była pewna, że znów stoi na scenie, i gdy otworzy oczy zobaczy wpatrzony w nią z entuzjazmem tłum fanów. Dopiero brzęk monety wpadającej do metalowej puszki, przypomniał jej o swoim położeniu. Nie potrafiła spojrzeć na swoją widownię. Nie wiedziała ile osób słuchało jej śpiewu, drżącą ręką złapała puszkę i uciekła do swojego legowiska w domu sióstr. Padła na materac i długo płakała myśląc o swoim upokorzeniu.

Hanka poczuła jak oczy zaczynają ją szczypać i z całych sił starała się powstrzymać łzy próbujące się wydostać na zewnątrz. Wiktor popatrzył na nią i uśmiechnął się. Położył dłoń na jej ręce i głęboko westchnął.

- Tak młoda damo, niestety, ale życie czasami bywa okrutne.

- Co było dalej? - Hania poczuła na twarzy

rumieniec, jaki wywołała zuchwała ciekawość.

- Kilka dni Barbara nie mogła dojść do siebie, nawet nie przeliczyła pieniędzy, które zostały wrzucone do puszki. Przekazała całą kwotę siostrom, aby dołożyły ją do wspólnego konta na utrzymanie jej bezdomnych znajomych. Któregoś dnia jedna z zakonnic zaproponowała jej, aby zaczęła śpiewać w pobliskim kościele. Opowiadała o niej tamtejszemu proboszczowi, a ten głęboko poruszony losem byłej gwiazdy postanowił jej w jakiś sposób pomóc. Pomysł ten nie bardzo spodobał się Barbarze, ponieważ po rozstaniu ze swoim Broniem, przestała wierzyć w Boga. Uważała, że gdyby istniał, nie dopuściłby do tego, co się z nią stało. Ksiądz proboszcz jednak zaproponował jej mieszkanie na plebani i utrzymanie, w zamian za codzienny śpiew w kościele na mszach, oraz czasami, w dni świąteczne, coś w rodzaju recitali. Długo się zastanawiała nad propozycją księdza proboszcza, i w końcu odmówiła.

- Odmówiła? Dlaczego? - Hanka spojrzała zaskoczona.

- Twierdziła, że nie będzie służyła komuś, kto opuścił ją w potrzebie.

- Miała na myśli Boga?

- Chyba Boga. Jej żal do niego był tak wielki, że nie potrafiła się przekonać do niego po raz kolejny. - Wiktor popatrzył w stronę lasu, tak jakby zaczął się zastanawiać, czy mówić dalej, czy na ten pierwszy raz zakończyć opowiadanie.

- Zapewne tym siostrom to się nie spodobało? - Hanka powiedziała sama do siebie.

- Oczywiście, ale ona się tym nie przejęła. Zaprzyjaźniła się z kilkoma mieszkańcami domu i oni tak właściwie przekonali ją do tego, aby wróciła do parku i śpiewała. Byli dumni z tego, że mają kogoś takiego wśród swoich znajomych.

- Wróciła?

- Tak. Opuściła również z kilkoma osobami dom sióstr i … - Wiktor zawahał się, czy powiedzieć dziewczynie prawdę.

- I…?

- I zamieszkała w parku.

- Jak to w parku? - Hanka nie mogła uwierzyć.

- Normalnie, tak jak mieszka większość bezdomnych.

Mężczyzna uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

- Jezu, to wydaje się niemożliwe…

- Na dworze było coraz cieplej, a jej nowi znajomi znali takie miejsca, gdzie czuli się bezpieczni i wolni. Skorzystała z ich zaproszenia i przystała do nich. Któregoś dnia, kiedy śpiewała, stojąc przy pomniku, podszedł do niej przystojny mężczyzna w białym mundurze oficerskim i wrzucił do puszki garść drobniaków. Kiedy na niego spojrzała, wydało jej się, że zobaczyła anioła. Mężczyzna przychodził codziennie przez kilka dni i za każdym razem wrzucał taką samą garść pieniędzy. Pewnego dnia przyniósł ze sobą karton, w którym był pieczony kurczak i butelka wina, przez ramię miał przewieszony koc i zaprosił ją na piknik.

Wiktor rozluźnił się i wygodnie oparł o kawałek muru. Z całej jego sylwetki zaczęła przebijać dziwna radość. Smutek, jaki gościł na twarzy w czasie opowiadania o losach Barbary ulotnił się, a jego twarz przybrała

promienny wyraz.

- Kim był ten mężczyzna? - Hanka domyśliła się, ale oczekiwała potwierdzenia.

Zamiast odpowiedzi zobaczyła w oczach mężczyzny dziwny błysk.

- Siedziałem wieczorem w swoim fotelu i czytałem książkę, kiedy usłyszałem na podwórku głosy. Byłem bardzo ciekawy, kogo licho przyniosło, ale lenistwo nie pozwoliło mi się ruszyć z pozycji, w jakiej się znajdowałem. Drzwi otworzyły się i do domu wszedł twój ojciec trzymając za rękę jakąś kobietę. Wyglądała na dużo starszą od niego, a jej strój przypominał prawdziwe łachmany. Twarz miała pogodną, ale podkrążone oczy wyraźnie świadczyły o nieprzespanych nocach. Nieśmiało uśmiechnęła się. Andrzej ciągnąc ją za rękę jak dziecko, podszedł do mnie i przedstawił…

- To była Barbara… - Hanka szepnęła spoglądając w stronę domu.

- Tak. Zamieszkała z nami, ale początkowo żyła tutaj jakby ktoś tylko na chwilę udzielił jej gościny. Cały czas bała się, że któregoś dnia będzie musiała się stąd wynieść. Andrzej

jednak nigdy nie wspomniał na ten temat ani słowem. - Wiktor spojrzał na dziewczynę, a pogodny wyraz twarzy, rozświetlił jego oczy. - Dobry był człowiek z tego twojego ojca, miał duszę anioła…

- Anioła… - powtórzyła z niedowierzaniem. - Może i pan ma rację, ale dlaczego był aniołem dla obcych? A co z własnymi dziećmi?

- Nie osądzaj go Haniu. Kiedyś zrozumiesz jego postępowanie. Najlepiej gdybyś zapytała mamę, ona z pewnością będzie miała ci sporo do powiedzenia na temat twojego ojca.

- Domyślam się. Mama całe życie ukrywała przede mną fakt istnienia ojca. Nie wiem, co nią kierowało… - zamyśliła się.

- Wiktor! Wiktor!

Od strony budynku usłyszeli wołanie Marty.

- Tu jestem, w stajniach!

Mężczyzna odkrzyknął i wstając podał Hani swoją dłoń.

- Wracamy, bo Marta zaraz zacznie nas szukać po całym terenie. - Uśmiechnął się i raźnym krokiem skierował w stronę

dochodzącego głosu.

Kobieta stała na schodkach domu ze skrzyżowanymi na piersi rękami i przyglądała się podchodzącym w jej stronę osobom.

- Przygotowałam coś do zjedzenia. Dziewczyna pewnie głodna jak wilk, a ty ciągasz ją po ruinach!

Spojrzała na Wiktora karcącym wzrokiem i kiedy podeszli bliżej, złapała Hanię za rękę i poprowadziła w stronę kuchni.


ROZDZIAŁ 4

M A R T A

Marta postawiła na stole talerz z parującym makaronem i wskazała Hani miejsce. Usiadła po przeciwnej stronie i zaczęła przyglądać się dziewczynie.

- I co z nami teraz będzie? - zapytała.

Hanka podniosła wzrok znad talerza i wzruszyła ramionami.

- A co ma być?

- No, co będzie z domem i z nami?

- Nie wiem… - dziewczyna spokojnie odpowiedziała i włożyła do ust kolejną porcję

makaronu.

- Pewnie będziemy musieli się wyprowadzić? - Marta mówiła ze smutkiem i z coraz większym niepokojem.

Hanka odłożyła widelec i spojrzała na niedojedzony posiłek.

- Pani Marto…

- Po prostu „Marto” - kobieta przerwała odruchowo.

- No, więc dobrze. W takim razie Marto nie wiem, co dalej będzie. Proszę nie oczekuj ode mnie odpowiedzi tu i teraz. Dobrze wiecie, że ten dom spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Wy przynajmniej wiedzieliście o moim istnieniu, a ja… - zerknęła na kobietę i pokiwała przecząco głową. - Nawet nie wiedziałam, że mój ojciec żyje, nie mówiąc już o tym, że ma zamiar pozostawić mi posiadłość i … przyrodniego brata. - Położyła rękę na drżącej dłoni kobiety i uśmiechnęła się. - Przede wszystkim najpierw musi się odnaleźć drugi współwłaściciel, dopóki on się nie pojawi nic tu się nie zmieni, no oprócz tego, że…

- Że…? - Marta spojrzała na dziewczynę

z niepokojem.

- Że… będziecie musieli, co jakiś czas znosić moje towarzystwo, bo mam zamiar przyjeżdżać tu we wszystkie wolne od nauki dni.

Kobieta uśmiechnęła się promiennie i pogłaskała Hanię po ręce.

- Dziękuję dziecko.

- Za co? Cieszę się, że dom nie stoi pusty. Przynajmniej zawsze będę miała, z kim porozmawiać, jak tutaj przyjadę.

Marta spojrzała na talerz ze stygnącym makaronem.

- Nie smakuje ci? - bardziej stwierdziła niż zapytała.

- Smakuje, tylko nie chciałam jednocześnie jeść i rozmawiać, ale już zabieram się żeby dokończyć.

Hania wzięła widelec i włożyła sobie do ust kolejną porcję.

- Może ci podgrzeję, bo taki zimny to z pewnością nie ma smaku?

Dziewczyna kontynuując jedzenie pokręciła przecząco głową. Po jedzeniu odstawiła talerz

do zlewu i wszystko dokładnie po sobie umyła. Marta siedziała przy stole obserwując ją i dopóki Hania nie usiadła ponownie na swoim miejscu, nie odezwała się. Siedziały w milczeniu dłuższą chwilę. Marta przyglądała się dziewczynie, która z zaciekawieniem ogarniała wzrokiem pomieszczenie kuchenne.

Kuchnia była królestwem tej kobiety, co do tego Hanka nie miała wątpliwości, ale porównując ją do kuchni pani Janiny widziała całkowitą odmienność. Równo stojące słoje z pięknymi malowidłami i opisami, co znajduje się w każdym z nich, dodawały temu pomieszczeniu uroku. Mąka, cukier, sól, zioła - Hanka czytała nazwy na słojach i w głębi duszy uśmiechała się. Sterylna czystość na blatach kuchennych szafek była czymś niespotykanym. W domu jej mamy i w kuchni pani Janiny blaty zastawione były różnymi kubeczkami, słoiczkami i innymi zbędnymi przedmiotami, a tu tylko kolorowe słoje pięknie komponujące się z resztą. Ściany ozdobione były również przeróżnymi malowidłami przedstawiającymi albo dorodnie wyglądające owoce, albo kobietę przygotowującą posiłek. Obrazki były o tyle

ciekawe, że każde z nich otoczone było brązową ramką i z daleka wyglądały jak pozawieszane na ścianach prawdziwe obrazy. Niewielkie okno zdobiła skromna firanka z falbanką, do której przywiązane były kolorowe wstążki, a do nich wpięte zasuszone kwiaty róż. Wszystko to sprawiało wrażenie pomieszczenia wesołego i przytulnego jednocześnie.

- Kto z was ma takie zdolności plastyczne? - zapytała wskazując dłonią jeden z malunków.

- A! To nasz zwariowany Piotruś - Marta roześmiała się. - Studiuje w Akademii Sztuk Pięknych, chłopak otrzymał od Boga prawdziwy dar, ale nie potrafi go wykorzystać.

Hanka uniosła do góry brwi i pomyślała, że bardzo chciałaby poznać tego chłopaka.

- Z tego, co zrozumiałam, on również mieszka w tym domu?

- Tak Haneczko. Jesteśmy zbieraniną ludzi, którzy zetknęli się z twoim ojcem, a którym on podał swoją przyjacielską dłoń, gdy byliśmy w potrzebie. Piotruś też do nich należy.

- A jak pani…

Marta groźnie spojrzała na dziewczynę, ale po chwili jej mina złagodniała i kobieta tylko pogroziła jej palcem.

- A jak ty się tutaj znalazłaś? - Hanka szybko zorientowała się, o co kobiecie chodziło.

Marta uśmiechnęła się tajemniczo i spojrzała na dziewczynę z wizerunkiem szczęścia na twarzy. Kiwnęła głową i zapatrzyła się na widok za oknem.

- Moje poprzednie życie nie było sielanką - zaczęła mówić spokojnym, drżącym głosem. - Zresztą jak życie każdego mieszkańca tego domu. Twojego ojca poznałam na izbie przyjęć na pogotowiu ratunkowym. Ponad trzy godziny spędziliśmy wspólny czas, zresztą… - zamyśliła się - bardzo przyjemnie. Pierwszy raz spotkałam tak otwartego mężczyznę. Od pierwszego zdania, które wypowiedział wydawało mi się, że znam go całe życie.

- Jak znaleźliście się na tym pogotowiu? - Hanię zainteresował początek historii znajomości jej ojca z tą wyjątkową kobietą.

- Andrzej trafił tam ze złamaną nogą. Biegł

do autobusu i nie zauważył dziury w chodniku i tak niefortunnie stanął, że noga zrobiła obrót o sto osiemdziesiąt stopni i … krach. Na szczęście było to w pobliżu stacji pogotowia i ktoś pomógł mu się doczłapać. Właściwie… - roześmiała się - facet postury Pudziana, po prostu wsadził go sobie na plecy i przyniósł na miejsce - zachichotała.

- A ty? Co ciebie tam przywiodło?

Marta skuliła się w sobie jakby miała ochotę zniknąć przed wzrokiem dziewczyny. W jej oczach ukazały się łzy, a dolna warga zaczęła niebezpiecznie drżeć.

- Nie musisz mi tego mówić, jeżeli nie chcesz - Hanka z czułością objęła kobietę.

- Przepraszam, ale mimo tego ile czasu minęło, ja ciągle mam przed oczami dawne życie.

- Marto wiem, że są takie sytuacje, do których się nie chce wracać. Dlatego zapomnij, że cię o to prosiłam.

- Nie, nie Haneczko! Już dobrze. Kiedyś i tak będę ci musiała o tym opowiedzieć, więc…

- Więc opowiesz mi kiedyś - dziewczyna

wytarła dłonią maleńką łzę, która spłynęła po policzku jej rozmówczyni.

- Milicja przywiozła mnie na pogotowie, abym zrobiła obdukcję. - Marta zaczęła mówić jak w transie i Hanka nie miała odwagi przerwać tego monologu. - Mój mąż, to znaczy były mąż, zrobił sobie ze mnie worek treningowy. Franek był bokserem i nieźle zarabiał w tej branży. Poznaliśmy się w klubie sportowym, kiedy mieliśmy chyba po szesnaście lat. Wiesz jak to jest na początku, maślane oczy, spacerki po parku za rączkę, jakieś lody, oranżada i tym podobne. Dużo wyjeżdżał na różnego rodzaju zawody i z tego powodu nie mieliśmy dla siebie zbyt wiele czasu… Zapisałam się do klubu na judo. Wtedy była taka moda, wszystkie dziewczyny chciały czymś zaimponować swoim chłopakom. Klub mieścił się w naszej starej podstawówce, więc prawie wszyscy znaliśmy się jeszcze z początków naszej nauki. Franek chodził do tej samej szkoły, do klasy równoległej, ale nigdy na niego nie zwracałam uwagi. Nasz były dyrektor zorganizował bal sylwestrowy dla sportowców, bo zależało mu na utrzymaniu dobrego zdania o placówce,

a takie imprezy zawsze przyciągały młodzież. - Marta uśmiechnęła się na wspomnienie tamtych lat. - Moja mama specjalnie na te okazję dała mi uszyć u naszej krawcowej sukienkę, pamiętam ją jakby to było wczoraj. Była z fioletowego lureksu, długa do ziemi i rozcinana w pasie. Dół stanowił wielki klosz, taki, że jak się kręciłam szybko dookoła, to czasami widać mi było majtki - zachichotała jak mała dziewczynka. - U góry sukienka była dopasowana do mojej figury, dekolt w kształcie karo obszyty był maleńkimi białymi różyczkami, a krótkie delikatnie bufiaste rękawki dodawały jej szczególnego uroku. Pamiętam ją do dziś - westchnęła i uśmiechnęła się do Hanki.

- Musiałaś wyglądać w niej przepięknie.

- O tak, ważyłam wtedy połowę mniej i miałam niezłą figurkę.

Kobieta złapała się w pasie i dotknęła swojego dość okrągłego brzucha.

- I na tym balu się poznaliście? - ciekawość Hanki została rozbudzona do takiego stopnia, że za wszelką cenę chciała usłyszeć dalszy ciąg opowiadania.

- Poszłam na ten bal z bratem mojej przyjaciółki, który trenował piłkę ręczną. Wysoki, przystojny jak George Clooney, koleżanki patrzyły na nas z zazdrością, ale my byliśmy tylko parą przyjaciół.

Marta głęboko westchnęła i podeszła do lodówki wyciągając z niej dzbanek z kompotem. Nalała do dwóch szklanek różowego płynu i podała jedną z nich Hani.

- Zaschło mi gardle od tego gadania, napijmy się. Zdrowie! - stuknęła swoją szklanką w naczynie dziewczyny i mrugnęła do niej figlarnie.

- Zdrowie! - Hanka roześmiała się, nie ukrywając ciekawości nad dalszym ciągiem opowieści.

- Franek przyszedł na ten bal ze swoją ówczesną dziewczyną. Ona też chodziła na judo i znałyśmy się bardzo dobrze. Kiedyś wspominała mi, że coś tam się psuje między nią a jej chłopakiem, ale ja nie miałam zielonego pojęcia, kto jest jej drugą połówką. Lilka, bo tak miała na imię, chyba odkochała się i swoje zainteresowania zaczęła przenosić na innego chłopaka, z sekcji piłki ręcznej. Jak

zobaczyła, że ja jestem z Edziem, czyli z bratem mojej przyjaciółki, to zaczęła się koło niego kręcić. Początkowo nie byłam zainteresowana towarzystwem Franka, ale Lidzia tak sprytnie wszystko poprowadziła, że wyszłam z balu zamiast z Edkiem, to z jej chłopakiem. No i tak się zaczęło. Odprowadził mnie do domu, zapytał czy się jeszcze spotkamy i takie tam…

- I co było dalej?

- Tak jak ci wspomniałam wcześniej, zaczęliśmy się spotykać, a po pięciu latach zostaliśmy małżeństwem. - Marta spojrzała w stronę okna i zamyśliła się.

Siedziały dłuższą chwilę w całkowitym milczeniu. Ciszę przerywało tylko ciche tykanie zegara, wiszącego nad kuchennym stołem i równe uderzenia siekiery o drewno, które najprawdopodobniej Wiktor postanowił porąbać w czasie ich nieobecności.

- Od samego początku był nerwowy i zaborczy, ale ja wszystko kładłam na karb jego przetrenowania, stresów związanych z zawodami i tym podobne. Często wpadał w furie z byle powodu, ale zawsze jakoś

udawało mi się go ułagodzić. Nie bił mnie, ale rzucał po mieszkaniu wszystkim, co mu wpadło w rękę. I nie patrzył gdzie rzuca.

Marta spojrzała na Hankę i delikatnym uśmiechem, jakby próbowała usprawiedliwić zachowanie, swojego byłego męża.

- Kochałam go i ciągle sobie powtarzałam, że kiedyś przecież przestanie boksować. Będzie wtedy normalnym człowiekiem… Boże jak ja się myliłam.

Zakryła twarz dłońmi i przez kilka minut siedziała ze spuszczoną głową. Nie płakała, ale wyglądała, jakby na jej ramiona ktoś położył jakiś wielki ciężar.

- Jego kariera zaczęła brnąć w coraz bardziej niekorzystnym dla niego kierunku. Coraz częściej wracał z pozycji przegranej i chociaż finansowo nie odczułam aż tak bardzo tego, on stawał się coraz bardziej zgorzkniały i agresywny. Któregoś upalnego dnia wyciągnął z lodówki piwo, które okazało się być zbyt słabo schłodzone jak na to, czego oczekiwał. Rzadko pił, ale wtedy właśnie miał ochotę na zimne piwo, a ja zbyt późno byłam na zakupach i nie wstawiłam tego cholernego

piwa do lodówki, zaraz po przyjściu do domu. Po prostu zapomniałam. - Marta wzruszyła ramionami, a do jej oczu napłynęły łzy. - Wściekł się i wtedy pierwszy raz mnie pobił. Miałam złamane dwa żebra, wybite cztery zęby i wielki krwiak na głowie.

Hanka zakryła dłonią usta, żeby nie wyrwał się z nich żaden nieartykułowany dźwięk i ze strachem patrzyła na kobietę siedzącą po przeciwnej stronie stołu, która z pozornym spokojem opowiadała o swoim życiu.

- Kiedy zorientował się co zrobił, tak bardzo się wystraszył, że uciekł z domu. Leżałam zakrwawiona, z bólem tak silnym, że teraz jeszcze go pamiętam. Nie miałam siły się ruszyć, i chyba musiałam stracić przytomność, bo gdy się ocknęłam to znajdowałam się już na łóżku. Franek siedział obok mnie na fotelu, rękami zakrywając twarz, a obok stał duży kryształowy wazon, w którym znajdował się olbrzymi bukiet kwiatów. Tak intensywnie pachnących, że chyba właśnie ten zapach mnie ocucił. Przy oknie stał jakiś mężczyzna w białym fartuchu. Miał taki wyraz twarzy jakby chciał kogoś

zamordować. Jak się później dowiedziałam, był to lekarz klubowy, którego mój mąż ściągnął, aby zobaczył moje obrażenia. Tylko dzięki wielkiej sile perswazji swojego podopiecznego, ten mężczyzna nie zawiadomił milicji i pogotowia. Franek przepraszał i błagał mnie o wybaczenie. Mówił, że nie wie, co w niego wstąpiło. Zastanawiał się, co spowodowało, że się tak podle zachował. Przysiągł, że coś takiego nigdy się już nie powtórzy. Ale…

- Zdarzyło się kolejny raz? - Hania wyszeptała tak cicho, że nie była pewna czy tylko to pomyślała, czy również wypowiedziała.

Ze współczuciem spoglądała w spokojne oczy Marty. Kobieta wzruszyła ramionami i kiwnęła głową.

- Niestety. Wprawdzie nie zdarzało się to zbyt często, ale kiedy już ponownie wpadał w ten swój amok, to skutki bywały coraz poważniejsze. Potem przychodził, przepraszał i tak w kółko. Kochałam go i byłam pewna, że to jakaś choroba, która czasami zmienia mojego męża w potwora. Postanowiłam

porozmawiać z jego byłym lekarzem sportowym…

- Dlaczego byłym? - Hanka zerknęła na swoją rozmówczynię.

- Nadszedł czas, kiedy Franek przestał walczyć. Proponowali mu trenerstwo młodzieży, ale uniósł się honorem i odmówił. Mieliśmy trochę odłożonych pieniędzy, więc nie martwiłam się o to, że mój mąż nie pracuje. Ale on nie mógł się pogodzić z tym, że już go nie chcą. Wpadał w coraz większą frustrację i coraz częściej nie panował nad sobą. W tamtym dniu, kiedy poznałam twojego ojca dostał szału, bo zaprosiłam moją siostrę z mężem do nas na kolację, nie uprzedzając go o tym wcześniej. Gdyby nie oni, tym razem chyba bym już nie wyszła z tego cało. Na szczęście, moi zaproszeni goście zjawili się w odpowiednim momencie a drzwi mieszkania nie były zamknięte na klucz. Kiedy dzwonili do drzwi, a ja długo nie otwierałam, weszli do mieszkania i zobaczyli mnie leżącą na podłodze we krwi. Jego oczywiście nie było. Siostra szybko wezwała pomoc i tak trafiłam na oddział ratunkowy.

Takich ofiar różnych kontuzji było sporo, musiałam dosyć długo czekać na swoją kolejkę. Dostałam zastrzyk przeciwbólowy, pielęgniarka zrobiła mi prowizoryczne opatrunki i czekałam na przyjęcie przez lekarza. Zresztą nie wspominam źle tego czekania, bo miło spędziłam czas w towarzystwie…

- Mojego ojca?

- Tak - Marta roześmiała się. - Mimo bólu śmiałam się wtedy jak nastolatka. Tak zabawnie opowiadał przeróżne historyjki z jego podróży po świecie, że w pewnej chwili, zapomniałam gdzie jestem, i …z jakiego powodu.

- To wtedy zaprzyjaźniliście się? - Hanka z uśmiechem na ustach spojrzała na Martę.

- Nie kochaniutka! - Marta odwzajemniła uśmiech. - Moja siostra zadecydowała, że zabiera mnie do siebie. Zostawiła jednak Andrzejowi swój adres, w razie gdyby chciał się jeszcze kiedyś ze mną spotkać. On po jakimś czasie przyjechał i przekonał ją, że potrzebuje gospodyni do prowadzenia domu. Czasy były wtedy dla mnie dość nieciekawe,

bo był to okres, kiedy większość Polaków wyjeżdżała za granicę. Moja siostra ze swoim mężem również podjęli taką decyzję. Dziadek mojego szwagra był pół Niemcem, więc skorzystali z tego i wyjechali.

- Ciebie nie mogli zabrać?

- Chcieli, ale najpierw musieli się tam jakoś sami urządzić, ja miałam zostać w ich mieszkaniu, żeby się nim opiekować, ale…

- Ale co? - Hania zaniepokoiła się miną, jaką Marta zrobiła wypowiadając ostatnie słowa.

- Byli ludzie, na których mówiliśmy „uprzejmie donoszę”. Ktoś napisał do Urzędu Miasta, że lokatorzy tego, a tego mieszkania, wyjechali za granicę, a ja tam przebywam bez meldunku i tak dalej…

- I co wyrzucili cię?

- Niestety. Dostałam nakaz eksmisji, zresztą moja siostra i jej mąż także. - Marta wzruszyła ramionami na znak bezradności. - Na szczęście zdążyłam poznać twojego ojca i zamieszkałam u niego.

- No i świetnie! Bo inaczej nie poznałabym cię - Hanka podeszła do kobiety i mocno

przytuliła ją do siebie.

- Nie wiem czy tak świetnie, bo teraz znowu będę musiała szukać jakiegoś mieszkania, kiedy ty i twój brat…

- Marto, póki co, wyrzuć z głowy te czarne myśli, Hania dopiero dowiedziała się o tym domu. Coś wykombinujemy… - do kuchni wszedł Wiktor i od razu podszedł do dzbanka z kompotem. - Ale się zgrzałem… - powiedział jakby nigdy nic.

Spojrzał na obie panie figlarnym okiem i wskazał ręką w stronę okna.

- Spójrzcie, co wywołała wasza nieobecność w moim towarzystwie.

Hania złapała Martę za rękę i podeszły bliżej. Pół podwórka było zawalone polanami drewna.

- Nie mam już siły tego poukładać. Przyjdzie Błażej i diabliki to zrobią i dokończą.

- Kto to są diabliki? - Hanka spojrzała na mężczyznę.

- Wiktor tak nazywa chłopców Ninoczki, bo oni są jak iskry wylatujące z ognia - Marta

roześmiała się. - Nie ma dnia, żeby czegoś nie nabroili, ciągle trzymają się ich jakieś psikusy.

- Acha - dziewczyna kiwnęła głową. - A tak właściwie, to gdzie oni teraz są?

- Ninoczka jest w pracy, a chłopcy pewnie gdzieś fruwają po okolicy, bo jeszcze im się nie zdarzyło wrócić po szkole prosto do domu.


ROZDZIAŁ 5

W I K T O R

- Panie Wiktorze, skąd pan znał tatę? - Hania spojrzała na przyjaciela ojca z jawną ciekawością.

- Pływaliśmy razem u tego samego armatora.

- To tato był marynarzem?

- A co, nie widziałaś jego zdjęcia w mundurze, które wisi nad kominkiem? - Wiktor roześmiał się.

- Widziałam, ale nie znam się na mundurach, więc skąd mam wiedzieć…

- Kochanie, daj spokój - Marta uderzyła Wiktora w plecy. - Nie kpij z dziewczyny,

i tak, jak na jeden dzień ma sporo nowinek.

- Masz rację Martuniu. Przepraszam - mężczyzna popatrzył na młodą współwłaścicielkę domu i zrobił minę zawstydzonego chłopca.

- Nie ma, za co - Hania uśmiechnęła się. - Opowie mi pan o znajomości z tatą?

- Hmmm, to było tak dawno, kiedy się poznaliśmy z Andrzejem, że nie wiem czy pamiętam…

- A jak pan trafił do tego domu?

- Ha, to była dosyć ciekawa sytuacja - Wiktor popatrzył na córkę przyjaciela, a następnie przeniósł wzrok na Martę. - Wróciliśmy właśnie z rejsu, z Hong Kongu i Andrzej zastał w mieszkaniu, które razem wynajmowaliśmy list od swojej dalekiej kuzynki z Sosnowca. Nic mi nie mówiąc o tym, co w nim było wyjechał i nie było go chyba ze dwa tygodnie. Nie odzywał się do mnie, a ja nie wiedziałem czy go szukać i gdzie. Telefonów wtedy nie było tak jak teraz. Mam na myśli te komórki, których wszyscy używają. Wrócił po tych dwóch tygodniach i natychmiast kazał mi się

spakować, informując bardzo tajemniczo, że wyjeżdżamy na Warmię. Zaskoczony, nie pytałem o nic, bo widziałem jego entuzjazm. Trochę obawiałem się, że on znowu coś wykombinował, co mi się nie spodoba. - Wiktor rozbawionym wzrokiem objął twarz swojej rozmówczyni. - Niestety, ale twój ojciec miał głowę pełną pomysłów, które nie zawsze mi przypadały do gustu. Wsiedliśmy do pociągu,

a musisz wiedzieć, że mieszkaliśmy wtedy w Gdyni, no i pojechaliśmy na tę Warmię. Andrzej był cały czas dziwnie tajemniczy, chwilami bardzo mnie to irytowało. Długie lata naszej przyjaźni, nie pozwoliły jednak na to, bym czuł jakąkolwiek złość. Z dworca kolejowego w Olsztynie pojechaliśmy autostopem do jakiejś zapadłej dziury, gdzie tylko biegały bezpańskie psy.

Wiktor popatrzył na otaczający budynek las i przypomniał sobie dzień, kiedy przyjechali do tego domu. Andrzej trzymał w rękach odręczny szkic terenu, na którym wśród gąszczu leśnego, narysowany był jakiś budynek, zaznaczony czerwonym krzyżykiem.

- Co to za mapa? - zapytał przyjaciela, próbując dostrzec coś wyjątkowego na porządnie już pogniecionym kawałku papieru, który Andrzej na przemian chował do kieszeni i wyjmował.

- Cierpliwości panie oficerze, już wkrótce dopłyniemy do naszego portu docelowego.

- Co ty chrzanisz? Jakiego portu? - zaśmiał się Wiktor. - Przecież jesteśmy w buszu, gdzie nawet nie słychać szumu wody.

- Oj Wiktorku, przenośnia mój kochany, przenośnia.

Szli przez dość gęsty las, ale Andrzej zachowywał się tak, jakby dobrze znał drogę do swojego celu. Nad głowami radośnie śpiewały ptaki, których nie potrafili wypatrzeć wśród zwartego listowia. Pogoda była idealna na taką wędrówkę, a ponieważ mieli za sobą ośmiomiesięczny rejs, czyli sporą ilość czasu na wodzie, obaj w skrycie tęsknili za takim spacerem po lesie. Wędrówka trwała około dwudziestu minut, kiedy weszli na dużą, słoneczną polanę, na której beztrosko skubał sobie trawę mały jelonek. Zwierzę było tak bardzo zajęte,

skubaniem soczystej trawy, że dopiero jak byli w odległości około sześciu metrów od niego, zauważyło ich. Jelonek najpierw stanął jak skamieniały, a następnie w ułamku sekundy strzygnął uszami i tyle go widzieli.

- Popatrz, czy to nie było coś pięknego? Taka żywa natura, jaką nie każdy ma okazję zobaczyć - Andrzej zachwycił się okolicą i spotkanym zwierzęciem. - A teraz spójrz tam… - wyciągnął rękę i pokazał ukryty za drzewami stary budynek.

- Co to jest? - Wiktor zaskoczony zerknął na przyjaciela.

- To nasz nowy dom.

- Nowy? Przecież to wygląda jak jakiś stary dworek, zapomniany przez ludzi i czas.

- To m ó j dom, „Dom wschodzącego słońca” - powiedział Andrzej z taką dumą, jakby stojący przed ich oczami budynek był, co najmniej piękną rezydencją. - Idziemy, potem ci wszystko opowiem!

Ruszył tak szybko, że Wiktor musiał podbiec, aby go dogonić. Andrzej wyjął z plecaka pęk kluczy i otworzył nimi stare, drewniane drzwi, za którymi znajdowało się

kilka pokrytych grubą warstwą kurzu pomieszczeń. Weszli do środka i natychmiast otworzyli okna, ponieważ zapach stęchlizny, zmieszany z kurzem, ostro zaatakował ich nozdrza. To było tyle lat temu,

a Wiktor zapamiętał ten dzień tak, jakby zdarzył się zaledwie kilka dni wstecz.

- Panie Wiktorze, czy coś się stało? - z zamyślenia wyrwał go zaniepokojony głos dziewczyny.

- Nie, nie! Tylko przypomniałem sobie mój pierwszy dzień w tym domu - roześmiał się i opowiedział Hani wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami.

- Z tego wynika, że znał pan tatę od młodych lat?

Wiktor podszedł do szafki kuchennej i nalał do szklanki kompotu. Dzięki Marcie, ten napój zawsze stał w dużym, szklanym dzbanku, aby każdy, kto ma pragnienie nie musiał pić wody z kranu.

- Poznałem twojego ojca na studiach, obaj uczęszczaliśmy do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni.

- Teraz to Akademia Morska - powiedziała

dziewczyna.

- Tak Haniu, Akademią Morską ta uczelnia została dopiero od… chyba 2001 roku,

a przedtem, to znaczy od 1969 roku była Wyższą Szkołą Morską. Wprawdzie uczyliśmy się na różnych wydziałach, bo ja na nawigacji a twój ojciec na elektrotechnice okrętowej, to jak wiadomo na takich uczelniach, były i są pewnie nadal imprezy, na które obaj z Andrzejem chętnie uczęszczaliśmy. - Wiktor przerwał na chwilę i upił kilka łyków kompotu. - Zaprzyjaźniliśmy się jednak dopiero na praktykach szkoleniowych, które odbywaliśmy na statku szkolno-towarowym m/s Antoni Garnuszewski. Od tej pory właściwie staliśmy się nierozłączni.

- Z tego, co pan wcześniej mówił, to nawet mieszkaliście razem?

- Tak, wynajmowaliśmy razem mały pokoik i razem wypływaliśmy w rejsy.

- Ciekawe… - zastanowiła się Hanka. - Jak to możliwe, że udawało wam się zatrudniać na tych samych statkach, przecież zapotrzebowanie na dane stanowiska nie zawsze bywają jednocześnie.

Wiktor uśmiechnął się i pokiwał głową, popatrzył najpierw na Martę, potem na Hankę i wzruszył ramionami.

- Kolejne rejsy zawsze załatwiał Andrzej i nie pytaj mnie jak on to robił. Kiedy ogłaszali jakiś nabór, on potrafił tak to zorganizować, że zatrudniali nas razem, czyli oficera nawigacji i oficera elektroniki. Osobno byliśmy chyba tylko na trzech albo czterech rejsach, a tak to zawsze we dwoje.

- Całe szczęście, że Andrzej miał ogromne powodzenie u kobiet, inaczej mogliby was uznać za parę. - Roześmiała się Marta, a Hania ochoczo jej w tym zawtórowała.

- Masz rację, na szczęście wokół Andrzeja zawsze kręciły się jakieś dziewczyny, miał skubaniec powodzenie, nie to, co ja.

- A skąd pan tak właściwie jest? - zapytała Hanka zastanawiając się nad dziwnym akcentem, w głosie swojego rozmówcy.

- Góral jestem z Limanowej - Wiktor dumnie wyprostował się.

- A to ci dopiero! - dziewczyna klasnęła w dłonie - góral, marynarz. Co w takim razie pana skłoniło, aby wyjechać na drugi koniec

Polski?

- Och dziecko, wiem, że nie powinienem, ale ciągnęło mnie do świata - mężczyzna smutno pokiwał głową. - Moi rodzice mieli cztery hektary pola, na których pracowali sami, od rana do nocy. My, to znaczy ja i moja starsza siostra, pomagaliśmy im, kiedy tylko pozwalał nam na to czas, ale oboje pragnęliśmy wyrwać się z tego. Nie wyobrażaliśmy sobie spędzenia całego życia w tym miejscu. Pierwsza z nas opuściła dom Iwona, czyli moja siostra. Nic nikomu nie mówiąc, złożyła swoje dokumenty na studia polonistyczne do Warszawy, i … o dziwo, dostała się. Myślałem, że mama zapłacze się na śmierć po jej wyjeździe. Kiedy powiedziałem rodzicom, że ja też wyjeżdżam, to miałem wrażenie, że pękną im serca. Wytłumaczyłem jednak nasz punkt widzenia na gospodarstwo i niewolniczą, naszym zdaniem pracę, i powiedziałem, że nie chcę, aby starość zastała ich w polu między snopkami. Chcę dla nich czegoś lepszego.

- I dopiąłeś swego - szepnęła Marta.

- Tak - Wiktor uśmiechnął się. - Kiedy wyjechałem do szkoły, szybko zacząłem się

sam utrzymywać, łapałem wszystko, co wpadło mi w ręce. Byłem kelnerem, roznosicielem mleka, sprzątałem wille bogatych żon marynarzy, kosiłem im trawniki i przycinałem drzewka w ogrodach. Nie bałem się żadnej roboty i jakoś udawało mi się łączyć naukę z pracą. Kiedy zacząłem wysyłać rodzicom pieniądze, z roku na rok coraz większe, nareszcie zrozumieli, że rolnictwo nie jest dla mnie.

- A pana siostra?

- Iwona szybko wyszła za mąż, ale udało jej się skończyć studia zanim powiększyła się nasza rodzina. Jej mąż jest tłumaczem, wyjechali do Szwecji jeszcze przed stanem wojennym, ale też wspomagała rodziców finansowo jak mogła. Nawet teraz, mając piątkę dzieci, pomaga mamie, bo nasz ojciec już niestety nie żyje. Iwona chciała mamę zabrać do siebie, ale ta się uparła, że nie wyjedzie z Limanowej. Mama ma teraz osiemdziesiąt dziewięć lat, ale trzyma się całkiem dobrze jak na swój wiek, mimo tak ciężkiego życia. Po sprzedaży pól, wpłaciła pieniądze do banku i żyje sobie teraz jak

królowa.

- Mieszka sama?

- Nie, załatwiliśmy z siostrą opiekunkę, która z nią zamieszkała. Kobieta całkiem zaradna, a mama pokochała ją jak własną córkę.

- Bo miała nadzieję, że syn się w niej zakocha, ożeni i wróci na stare śmieci – powiedziała Marta z nutą ironii.

- Przestań Martuniu, nie mów tak. Może i mama miała takie nadzieje, ale pani Elżbieta wcale nie jest w moim guście. Wiesz przecież, że gustuję tylko w takich pączusiach jak ty. - Wiktor przytulił Martę i pocałował jej zaróżowiony policzek.

- Pączusiach! Słyszałaś Haniu? - Marta prychnęła obrażona, ale prawie natychmiast na jej twarzy zagościł piękny uśmiech. - No dobrze, wy sobie tutaj gadajcie, a ja muszę dokończyć obiad, bo już słyszę, że diabliki wracają z mamą.

To powiedziawszy, wyswobodziła się z ramion Wiktora i odeszła na drugą stronę kuchni.

- Nie będziemy, zatem przeszkadzać i wyjdziemy na ganek, dobrze? - zawołał Wiktor.

- A idźcie! Idźcie! Jak będą wszyscy, to podam obiad - Marta zaśmiała się dobrodusznie.


(...)


Powrót do strony głównej

Fragmenty pozostałych książek

Fragment książki Leśniczówka Fragment książki Pamiątka z Paryża Fragment książki Jutra nie będzie Fragment książki Lawenda